Marta Natalia Wróblewska

Kogo stać na doktorat?


Są dobrze lub nawet bardzo dobrze wykształceni, w wieku pomiędzy dwadzieścia pięć a czterdzieści lat, nie mają dzieci i mniej lub bardziej świadomie wybrali prekaryjną ścieżkę kariery. Chwytają się dorywczych zajęć, żyją z projektów albo realizują zlecenia od wielu klientów równocześnie, podejmują się jednego po drugim, na ogół bez płatnych zwolnień chorobowych, wakacji lub zasiłku na czas bezrobocia, bez pewności zatrudnienia, a więc z niewielkim socjalnym zabezpieczeniem (lub jego brakiem). Czterdziestogodzinny tydzień pracy jest iluzją. Nie sposób wskazać granicy między pracą i czasem wolnym. W czasie nieopłacanym gromadzą dużą wiedzę, za którą nie dostają dodatkowego wynagrodzenia, ale która jest wymagana i używana przy okazji płatnej pracy etc.”[1].

Ten fragment tekstu badaczki Isabell Lorey dotyczy realiów pracy tak zwanych twórców kultury, a więc przede wszystkim przedstawicieli zawodów tradycyjnie uznawanych za kreatywne – artystów, pisarzy i muzyków – które konotowały prekaryjność na długo przed powstaniem tego terminu. Prawdopodobnie osoby decydujące się na karierę w tych profesjach miały świadomość (popartą rozpowszechnionym w społeczeństwie mitem ubogiego artysty pięknoducha), że ich zawód może wiązać się z pewnymi życiowymi niewygodami – brakiem stabilności, trudnością w robieniu planów życiowych, stresem. Jednocześnie zawody twórcze, przynajmniej w teorii, oferowały możliwość realizowania swoich pasji, a także zapewniały więcej wolności niż większość pozostałych profesji, co przy odrobinie dobrej woli można nazwać rekompensatą za wspomniane wyżej niedogodności.

Jednak w powyższym opisie rozpoznają siebie zapewne także pracownicy sektora nauki, szczególnie ci młodzi: doktoranci, naukowcy zatrudnieni na tak zwanych stanowiskach post-doc, osoby prowadzące na uczelni jedne lub kilkoro zajęć, lecz niezatrudnione na pełnym etacie. Ludzie ci nie są na ogół artystami w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, ale ich pracę można określić jako kreatywną. Są w większym stopniu instytucjonalnie umocowani i zależni (choćby przez więzy lojalności wobec pracodawcy) niż większość wolnych strzelców sensu stricto. Jednak w odróżnieniu od artystów nie decydowali się na karierę akademicką ze świadomością ogromnego ryzyka prekaryjności. Do całkiem niedawna praca na uczelni, pomimo stosunkowo niewysokich zarobków, oferowała pewną stabilność, przewidywalność kariery i socjalne zabezpieczenie.

Problem prekaryjnych realiów życia (aspirujących) pracowników nauki został niedawno obrazowo opisany w opublikowanym w Gazecie Wyborczej tekście „Będąc młodą doktorką”[2]. Jest to rodzaj anonimowego pamiętnika uzdolnionej i zdeterminowanej, a jednak niemogącej znaleźć godnego zatrudnienia absolwentki studiów doktoranckich. Nie będę przytaczać opisu przykrości, z jakimi mierzy się bohaterka, gdyż zapewne większość czytelników zna je z własnego doświadczenia lub opowieści znajomych. Dość, że artykuł kończy się optymistycznym akcentem: autorka dostaje umowę post-doc na zagranicznym uniwersytecie, który oferuje warunki nieporównywalnie korzystniejsze od tych, jakie mogłaby dostać w Polsce.

Na Zachodzie jednak trawa wcale nie jest tak zielona, jak mogłoby się wydawać. W związku z wdrożeniem procesów bolońskiego i lizbońskiego w wielu krajach europejskich przeprowadzono reformy edukacji zmierzające do zwiększenia konkurencyjności uczelni, podobne do polskiej reformy Kudryckiej (riforma Gelmini we Włoszech, réformes Pécresse we Francji, reforma LOMCE w Hiszpanii). Skutki tych reform można określić mianem „akademickiego kapitalizmu”: nakierowanie pracy uniwersytetów na nauczanie, a nie badania, nacisk na nauki stosowane, zmniejszenie autonomii uniwersytetów i naukowców, wprowadzenie rygorystycznych systemów ewaluacji oraz zmniejszenie stabilności zatrudnienia.

Z kolei w Stanach Zjednoczonych, które w dyskusjach o szkolnictwie wyższym tak często bywają podawane za wzór, 70% wykładowców zatrudnionych jest na stanowisku adiunkta, a więc bez pewności zatrudnienia, opieki socjalnej i z minimalnym wynagrodzeniem. Amerykańskie gazety opisują przypadki profesorów zgłaszających się po zapomogę żywnościową lub wręcz żyjących na ulicy. Książek i artykułów diagnozujących kryzys wyższych uczelni jest na pęczki[3]. Naukowcy otwarcie deklarują, że z przyczyn moralnych odradzają ambitnym studentom karierę w nauce[4]. Powstał nawet ironiczny quasi-poradnik Jak przeżyć po kretyńskiej decyzji, by robić doktorat, popularnością cieszy się także blog 100 powodów, żeby nie iść na studia doktoranckie.

Wygląda na to, że z punktu widzenia rachunku ekonomicznego ktoś, kto w tej chwili decyduje się na pisanie doktoratu, podejmuje całkiem nieracjonalne ryzyko: stawia na szali dość dużo (przynajmniej trzy, cztery lata swojego życia, w jego potencjalnie najbardziej produktywnym okresie, a także ogromny nakład pracy i niemało stresu), by wygrać stałą, stosunkowo nisko płatną posadę na uczelni. Czym w takim razie wytłumaczyć niesłabnącą popularność studiów doktoranckich? Prawdopodobnie dla części podejmujących je osób materialne nagrody są po prostu obojętne, bo środki do życia czerpać można z innych źródeł. Pozostali zaś w swoim rachunku uwzględniają prawdopodobnie (a nawet nadają im dużą wagę) także niematerialne aspekty życia pracownika nauki: wspomnianą wyżej autonomię i kreatywność, relatywnie wysoki (choć spadający) prestiż społeczny i możliwość wykonywania pracy zaangażowanej, niealienującej. Zupełnie jakby brakująca część pensji mogła być wypłacona w kapitale kulturowym.

Ludzie, których mimo wszystko pociąga wizja zostania akademikiem, stają często przed paradoksalnym wyborem: ze względu na postępującą dewaloryzację dyplomów nie mogą sobie pozwolić, by nie mieć doktoratu. Jednocześnie jednak zniechęca ich do tego konieczność utrzymania siebie i rodziny. Istnieje zapewne granica, za którą nagrody o charakterze kulturowym przestają stanowić ekwiwalent środków finansowych.

W wielu krajach obecne warunki pracy skłaniają pracowników naukowych do organizowania się i protestu. W USA powstają stowarzyszenia zrzeszające pracowników nauki niezatrudnionych na etacie, a zatem niemogących wstąpić do związków zawodowych (m.in. New Faculty Majority). Napisano nawet podręcznik samoorganizacji dla naukowców, być może skuteczny, bo wkrótce ma się odbyć ogólnokrajowy strajk adiunktów[5]. We Francji niemal dwanaście tysięcy pracowników nauki podpisało petycję do ministra nauki: zwrócono w niej uwagę na pogorszenie warunków pracy naukowej zarówno w przypadku wykładowców, jak i studentów. Jednocześnie na płaszczyźnie bardziej ideologicznej pojawił się we Francji i Belgii ruch Slow Science, zachęcający do odejścia od modelu nauki opartego na hiperkonkurencji i maksymalizacji zysków (tu akurat protest dotyczy zamachu na charakter pracy akademickiej, a więc drugiej składowej „wynagrodzenia” naukowca). We Włoszech utworzono serię wydawniczą dedykowaną prekaryjnym naukowcom, których nie stać na opłacenie kosztów wydania książki. Z polskich inicjatyw warto wymienić Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej i Nowe Otwarcie Uniwersytetu – obie łączą refleksję teoretyczną z działalnością publiczną, przy czym pierwsza skupia głównie profesorów, a druga – doktorantów i młodych naukowców.

O ile problem prekaryjnego zatrudnienia dotyczy nie tylko, i nie w pierwszym rzędzie, pracowników nauki, to właśnie oni znajdują się w uprzywilejowanej sytuacji, by podnosić tę kwestię, a to ze względu na inherentne charakterystyki swojego zawodu: zgromadzony kapitał kulturowy i społeczny, swobodę w komunikowaniu, prestiżową pozycję i (względną) autonomię. Wydaje się, że przynajmniej część działaczy nowo powstałych akademickich ruchów społecznych ma świadomość swoich możliwości i odpowiedzialności w tym zakresie, gdyż w tekstach programowych bolączki pracowników uczelni problematyzowane są często jako element szerszego społecznego zjawiska. Można tu wskazać np. na francuski kolektyw PAPERA, działający na rzecz „zniesienia prekaryjności w nauce, badaniach i gdzie indziej” czy na solidarny gest Komitetu Kryzysowego Humanistyki, który wypowiedział się przeciwko zatrudnianiu na umowy śmieciowe personelu sprzątającego uczelnię.

Biorąc pod uwagę zmieniającą się w skali globalnej sytuację badaczy, wygląda na to, że „młoda doktorka” nie ucieknie za daleko ani na zbyt długo przed prekaryjnym losem. W ten czy inny sposób trzeba mu będzie stawić czoła, a prawdziwe pytanie stojące przed młodymi naukowcami brzmi: „czy stać nas, by się nie organizować?”.

 


[1] Isabell Lorey, „Governmentality and Selfprecarization. On the normalization of cultural producers”, tłum. własne z przekładu angielskiego Lisy Rosenblatt i Dagmar Fink, http://eipcp.net.

[2] Maja Chodzież, „Będąc młodą doktorką”, Gazeta Wyborcza, 03.01.2015.

[3] Odnośniki do wielu z nich można znaleźć na blogu „100 Reasons not to go to Graduate School”, http://100rsns.blogspot.co.uk.

[4] Thomas H. Benton, „Graduate School in the Humanities: Just Don’t Go”, http://chronicle.com.

[5] Zob. Joe Berry, „Reclaiming the Ivory Tower: Organising Adjuncts to Change Higher Education”, Monthly Review Press, 2005.