Powrót do spisu treści
Zbigniew Marcin Kowalewski
"Świat nie jest towarem"
Powraca fala rewolucyjna
My Lord thanks for life - thanks for my rain.
It's raining revolution.
It's raining solution.
Arrested Development
Raining Revolution, 1992
Na świecie co rok umiera z głodu 30 milionów osób. Porównajmy
- w ciągu pięciu lat druga wojna światowa spowodowała śmierć
50 milionów. Teraz w ciągu pięciu lat umiera z głodu trzy razy
więcej - 150 milionów. "Wolna prasa" o tym nie informuje, bo
ci, którym służy, uważają, że ludzkość nie powinna być tego
świadoma. Dziesiątki milionów osób - w tym 11 milionów to dzieci
do lat pięciu - umierają co rok z powodu uleczalnych chorób
lub takich, którym można zapobiec. Tylko jeden procent środków
inwestowanych corocznie w badania w dziedzinie opieki zdrowotnej
przypada na badania nad zapaleniem płuc, chorobami biegunkowymi,
gruźlicą i malarią - czterema głównymi plagami krajów słabo
rozwiniętych. 800 milionów osób cierpi głód lub chroniczne niedożywienie,
a jedna trzecia ogółu mieszkańców kuli ziemskiej żyje w ubóstwie.
Przeciętne dalsze trwanie życia mieszkańca zależnych, słabo
rozwiniętych peryferii światowego systemu kapitalistycznego,
zwanych Trzecim Światem, jest o 18, a w Afryce subsaharyjskiej
nawet o 30 lat krótsze, niż w panujących, wysoko rozwiniętych
ośrodkach tego systemu, które marksiści zwykli nazywać państwami
imperialistycznymi. Szacuje się, że 654 miliony osób mieszkających
na wspomnianych peryferiach nie przeżyją 40 roku życia. Odsetek
matek, które umierają przy porodzie, jest sto razy większy w
Afryce niż w Europie. 99% wszystkich ich zgonów przypada na
Trzeci Świat. W wielu krajach Afryki dwieście dzieci na tysiąc
umiera przed ukończeniem piątego roku życia. 250 milionów dzieci
- połowa ma poniżej 14 lat - na całym świecie musi pracować
w wołających o pomstę do nieba warunkach. Dwoje spośród pięciorga
dzieci jest w Trzecim Świecie opóźnionych w rozwoju. 840 milionów
osób dorosłych to analfabeci. Spośród 4,5 miliarda mieszkańców
Trzeciego Świata około jedna trzecia nie ma dostępu do wody
pitnej. Jedna trzecia ludzkości cierpi na anemię.
Dochody górnych - najbogatszych - 20% mieszkańców kuli ziemskiej
były w 1960 r. 30 razy wyższe niż dochody dolnych - najuboższych
- 20%, natomiast w 1995 r. były już 82 razy wyższe. Górne 20%
kontroluje obecnie 84% bogactwa światowego, podczas gdy trzydzieści
lat temu kontrolowało 70%. Dolne 20% musi zadowolić się jednym
procentem bogactwa światowego. W latach 1980-1998 zadłużenie
zagraniczne krajów słabo rozwiniętych wzrosło ponad czterokrotnie
- z 609 do 2530 miliardów dolarów. Stosunek długu zagranicznego
tych krajów do wytwarzanych w nich bogactw (mierzonych produktem
krajowym brutto) wzrósł z 20 do 42%, choć z tytułu obsługi długu
zagranicznego corocznie spłacają one ogromny trybut. Im więcej
spłacają, tym bardziej są zadłużone.
Jeden mąż stanu tylekroć mówi o tym przerażającym stanie świata,
ilekroć ma okazję wystąpić na forum międzynarodowym - Fidel
Castro. To jeden z powodów, dla których "globalni przywódcy"
klasy panującej śmiertelnie go nienawidzą. Podczas tzw. Szczytu
Tysiąclecia Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku we wrześniu
2000 r. przywódca rewolucji kubańskiej wystąpił z dramatycznym
apelem o pomoc dla Afryki subsaharyjskiej, pustoszonej przez
plagę AIDS. Dziesięć na jedenaście zarażeń wirusem HIV przypada
na ten region, w którym ogólna liczba zarażonych przekroczyła
25 milionów osób. Zapewnił, że Kuba może w błyskawicznym tempie
zmobilizować na zasadzie wolontariatu kilka tysięcy swoich lekarzy
i pracowników służby zdrowia, którzy w ciągu roku byliby w stanie
stworzyć w Afryce subsaharyjskiej infrastrukturę nieodzowną
do zmasowanej walki z AIDS. W wielu krajach Trzeciego Świata
kubański personel medyczny jest znany z tego, że pracuje tam,
gdzie diabeł mówi dobranoc, w najtrudniejszych warunkach; czyni
to z niebywałym poświęceniem, świadcząc usługi za darmo. Propozycja
ta została zignorowana przez światową klasę panującą i przytłaczającą
większość mediów. Na froncie walki z AIDS klasę tę stać jedynie
na wykonywanie ruchów pozornych. Inicjatywa szczytu G8 w Genui
w tej sprawie, wokół której robi się wiele szumu, to nawet według
paryskiego Le Monde tylko "cios szpadą w wodę", czyli bicie
piany.
W świecie dzisiejszym produkuje się tyle żywności, że powinno
jej starczyć dla każdego - każdy mógłby spożywać codziennie
co najmniej 2700 kalorii, a na ogół tyle trzeba, aby normalnie
żyć. Jest dość zasobów, aby nikt nie umierał z głodu ani nie
cierpiał na chroniczne niedożywienie, na brak dachu nad głową
i przyodziewku, nie umierał na choroby uleczalne i takie, którym
można zapobiec, nie miał zapewnionej opieki lekarskiej, był
niepiśmienny i nie mógł się uczyć. Jest ich dość, aby radykalnie
zredukować śmiertelność niemowląt i matek przy porodzie. Dość,
aby każdy mógł pracować i mieć zapewniony godziwy dochód. "Według
Narodów Zjednoczonych, aby zaspokoić podstawowe potrzeby (wyżywienie,
wodę pitną, oświatę, ochronę zdrowia) całej ludności kuli ziemskiej,
wystarczyłoby pobrać z 225 największych fortun świata mniej
niż 4% skupionego przez nie bogactwa", pisze Ignacio Ramonet,
dyrektor francuskiego miesięcznika Le Monde Diplomatique, którego
redakcja uczestniczy w narastającym na świecie społecznym ruchu
sprzeciwu wobec globalizacji kapitalizmu neoliberalnego. "Powszechne
zaspokojenie potrzeb sanitarnych i żywnościowych kosztowałoby
tylko 13 miliardów dolarów - a więc zaledwie tyle, ile mieszkańcy
Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej wydają w ciągu roku
na perfumy." (1) Na to, aby wszystkie dzieci mogły chodzić do
szkoły, potrzeba 6 miliardów dolarów. Ludzkość nie jest w stanie
wysupłać takich sum, podczas gdy corocznie wydaje na cele wojskowe
800 miliardów dolarów (z czego USA wydają 36%, a państwa NATO
63%), na narkotyki 400 miliardów, na reklamę komercjalną bilion.
Tego wszystkiego, na co pozwalają zasoby dostępne ludzkości,
nagromadzone przez nią bogactwa społeczne, dopóty się nie osiągnie,
dopóki panującym w systemie światowym sposobem produkcji będzie
kapitalizm. Jak to wykazał Marks, jego podstawowy stosunek produkcji
stanowi stosunek wyzysku - konkretnie wyciskanie z pracowników
przez kapitał nieodpłatnej pracy pod postacią wartości dodatkowej,
która przekształca się w zysk i ulega akumulacji jako kapitał.
Przy tym nieodłączną, permanentną tendencją kapitału jest tendencja
do maksymalizacji stopy i masy wartości dodatkowej - do maksymalizacji
produkcji względnej i bezwzględnej wartości dodatkowej, czyli
wzrostu względnego i bezwzględnego wyzysku. Stąd podział społeczeństwa
na klasę wyzyskującą i klasę wyzyskiwaną oraz podział świata
na narody panujące i narody uciskane, spolaryzowana akumulacja
bogactwa i ubóstwa w obrębie poszczególnych społeczeństw i w
skali światowej, która nie tylko sprawia, że są bogaci i biedni,
ale również to, że bogaci stają się coraz bogatsi, a biedni
coraz biedniejsi, że na jednym biegunie kwitnie konsumpcja zbytkowa,
a na drugim szerzy się śmierć głodowa i chroniczne niedożywienie,
że trzy najbogatsze na świecie osoby posiadają fortunę większą
od sumy produktów krajowych brutto 48 krajów najbiedniejszych,
że pod względem dochodu na głowę mieszkańca 450 miliarderów
"waży" tyle co 2,5 miliarda mieszkańców Trzeciego Świata, że
w ciągu minionych czterdziestu lat Stany Zjednoczone importowały
z krajów Ameryki Łacińskiej i Karaibów milion fachowców, których
wykształcenie kosztowało słabo rozwinięte, ubogie społeczeństwa
tych krajów 200 miliardów dolarów, a wysoko rozwinięte, bogate
Stany Zjednoczone nie kosztowało nic, że jedność i solidarność
klasy robotniczej rozbija nieustannie wyższa wartość siły roboczej
jednych pracowników (mężczyzn, "białych", zatrudnionych w regionalnych,
krajowych, międzynarodowych ośrodkach systemu światowego) i
niższa innych (kobiet, "kolorowych", zatrudnionych na regionalnych,
krajowych i międzynarodowych peryferiach systemu) - itd.
"Praca dzieci pozwala obniżać płace dorosłych i ich zastępować.
W Indiach liczba pracujących dzieci i dorosłych bezrobotnych
jest prawie taka sama", pisze Susan George, działaczka ruchu
sprzeciwu wobec globalizacji neoliberalnej. "Ten horror nie
ma nic wspólnego z tradycją, kulturą czy Ťwartościami azjatyckimiť,
natomiast bierze się w całości z tego, że za cenę jednego dorosłego
można dysponować trzema posłusznymi i bezbronnymi dziećmi."
(2) Kapitalista, płacąc trojgu dzieciom tyle samo, co jednemu
dorosłemu robotnikowi, wyciska z pracy tych dzieci trzykrotnie
wyższą wartość dodatkową od tej, jaką wycisnąłby z jego pracy.
Obok wydłużania dnia roboczego i intensyfikacji pracy bez rekompensującej
wzmożone wydatkowanie siły roboczej podwyżki płac to jedna z
tradycyjnych, zbadanych już przez Marksa, form wzrostu produkcji
bezwzględnej wartości dodatkowej, czyli wyzysku bezwzględnego,
nazywanego też superwyzyskiem. Średni dochód naczelnego dyrektora
wielkiej firmy północnoamerykańskiej jest dziś ponad 420 razy
wyższy niż średnia płaca robotnika takiej firmy. Średnia płaca
realna jest dziś w USA niższa niż 15 lat temu. Nawet w wysoko
rozwiniętych, centralnych krajach systemu światowego w ciągu
minionych 15 lat robotnicy nie skorzystali na wzroście wydajności
pracy. Gdyby skorzystali w takim stopniu, jak ich pracodawcy,
których dochody wzrosły w tym czasie wielokrotnie, minimalna
gwarantowana płaca godzinowa robotnika wynosiłaby w USA 22,
a nie 5,15 dolara i w ciągu roku zarabiałby on średnio 110 tysięcy
dolarów, a nie 23 tysiące. Wzrost wydajności pracy bez proporcjonalnej
podwyżki płac to podstawowa forma wzrostu produkcji względnej
wartości dodatkowej, czyli wyzysku względnego. Łączenie wzrostu
wydajności pracy z intensyfikacją pracy czy obniżką płacy realnej
to z kolei jeden ze sposobów kombinacji wzrostu wyzysku względnego
ze wzrostem wyzysku bezwzględnego.
Obszary świata poszkodowane przez straszne plagi, o których
tu mowa, z reguły pokrywają się z obszarami, które od kilkuset
lat są bezlitośnie grabione i wyzyskiwane przez mocarstwa kolonialne
i imperialistyczne lub które, spustoszone po długotrwałej grabieży
i zbędne z punktu widzenia światowej akumulacji kapitału, kapitalizm
światowy ruguje ze swojego łona. "Można powiedzieć, że od czasu
załamania się społeczeństw biurokratycznych [chodzi o ZSRR i
państwa bloku radzieckiego - ZMK] kapitalizm wyciska swoje piętno
na całej planecie, nad którą panuje niemal niepodzielnie i ponad
granicami państwowymi. Zatracił jednak zdolność rozwijania swojej
logiki wszerz i w głąb i działa jako ogromna machina wykluczająca
- zamiast ogarniać tą logiką coraz szersze warstwy społeczne
i strefy geograficzne, przeprowadza systematyczną selekcję i
odrzuca wszystko, czego nie potrafi nią ogarnąć", pisze francuski
ekonomista marksistowski Michel Husson. "Światowa gospodarka
kapitalistyczna weszła więc w fazę głębokiej niestabilności,
w której grozi rozplenienie się najbardziej barbarzyńskich form
zachowania przebrzmiałego systemu gospodarczego i społecznego
przy życiu. Dziś i w nadchodzących dziesięcioleciach byłoby
możliwe zaspokojenie elementarnych potrzeb całej ludzkości,
i to nawet przy uwzględnieniu wymogów ekologicznych - przecież
odpowiedni potencjał gospodarczy istnieje. Jest jednak coraz
bardziej jasne, że na przeszkodzie realizacji elementarnych
aspiracji ludzkości stoją irracjonalne wymogi systemu kapitalistycznego.
(...) Niewątpliwie po raz pierwszy w swojej historii kapitalizm
może popisać się jedynie ograniczoną legitymizacją - bierze
się ona stąd, że warunkiem jego skuteczności jest pozbawienie
większości ludzkości płynących z niej korzyści. Warunek ten
jeszcze nigdy nie był tak bezwzględny, nie narzucał się z taką
siłą i rozmachem jak dziś. (...) Weszliśmy w fazę rozwoju kapitalizmu,
w której tak elementarne postulaty, jak prawo do pracy i cywilizowanych
warunków egzystencji nabierają niemal wywrotowego charakteru,
a to ze względu na niezdolność kapitalizmu do zaspokojenia tego
rodzaju elementarnych potrzeb. (...) Chcąc założyć fundamenty
współczesnego antykapitalizmu nie trzeba żądać rzeczy niemożliwych.
Wystarczy z uporem i nie obierając żadnych dróg na skróty żądać
tego, co możliwe." (3) Innymi słowy - hasło "bądźmy realistami,
żądajmy tego, co niemożliwe" znaczy tyle co: bądźmy irrealistami,
żądajmy tylko tego, co całkiem możliwe.
"Obrońcy ładu neoliberalnego twierdzą, że dzięki wzrostowi gospodarczemu,
który pewnego dnia da wszystkim najeść się do syta i każdemu
pozwoli skorzystać z rogu obfitości, tych, którzy zyskają, będzie
w końcu dużo więcej niż tych, którzy stracą", pisze Susan George.
"Takie stwierdzenie pojawia się regularnie w literaturze czy
to Międzynarodowej Izby Handlowej, czy Międzynarodowego Funduszu
Walutowego i Światowego Forum Ekonomicznego (Davos) i służy
do uzasadniania najbardziej drakońskich posunięć i w ogóle cierpień
ludzkich, które mają zostać wynagrodzone w bliżej nieokreślonej
świetlanej przyszłości. To kłamstwo. W XXI w. polityka nie będzie
polegała na dzieleniu tortu na podobieństwo tego, co działo
się w państwach opiekuńczych, które przyszły na świat po drugiej
wojnie światowej, ani na określaniu kto, kiedy i jak będzie
miał dostęp do określonych zasobów; nawet nie będzie chodziło
głównie o hierarchię ani o to, kto może komu rozkazywać. Polityka
będzie obracała się wokół śmiertelnie poważnych strategii -
tego, kto ma prawo przetrwać i kto jest skazany na zagładę."
(4)
Jeśli chce się skończyć z coroczną eksterminacją fizyczną dziesiątków
milionów istot ludzkich za pośrednictwem głodu wywołanego przez
mechanizmy gospodarki kapitalistycznej i innych plag systemowych
oraz z nieustannie postępującym ubóstwem, marginalizacją, wykluczeniem
i degradacją kilku miliardów ludzi, trzeba obalić kapitalizm
światowy. Trzeba znacjonalizować pod kontrolą pracowniczą i
uspołecznić środki produkcji w ramach demokratycznie zarządzanej
przez bezpośrednich wytwórców i spożywców, planowej gospodarki
światowej i na jej podstawie budować bezklasowe, bezpaństwowe
i beztowarowe społeczeństwo światowe, tzn. prawdziwy socjalizm.
Nie chodzi o jego stalinowską karykaturę w postaci "socjalizmu
w jednym kraju czy w każdym kraju z osobna" i dyktatury pasożytniczej
warstwy biurokratycznej. Nie nabierajmy się na dyskurs, że "Ťprawdziwy
socjalizmť to taki, który istniał realnie, bo innego socjalizmu
nie ma" - gdyby tak było naprawdę, światowa klasa panująca nie
inwestowałaby tyle, ile inwestuje, w emisję tego rodzaju dyskursów,
nie promowałaby z takim rozmachem "czarnych ksiąg komunizmu"
ani nie ściągała co rusz do studiów telewizyjnych dupków z tytułami
akademickimi, którzy mają dyktować masom, co należy myśleć o
socjalizmie.
Właśnie przeczytałem biografię wielkiego włoskiego wydawcy Giangiacomo
Feltrinelliego. To właśnie ten komunista, działając wbrew kierownictwom
radzieckiej i własnej partii, wprowadził do literatury światowej
Doktora Żywago. Zerwał z Włoską Partią Komunistyczną, ale pod
wpływem rewolucji kubańskiej stał się działaczem rewolucyjnym.
W "ołowianych latach", gdy za pośrednictwem skrajnie prawicowych
terrorystów krajowe i północnoamerykańskie służby specjalne
realizowały we Włoszech "strategię napięcia", która miała doprowadzić
do dyktatury policyjno-wojskowej, a jego samego oskarżano o
morderczy zamach bombowy na Piazza Fontana w Mediolanie (w rzeczywistości
dokonali go faszyści powiązani ze służbami specjalnymi), zszedł
do podziemia i kierował Partyzanckimi Grupami Działania (GAP).
"W raportach CIA i FBI (z którymi można zapoznać się na podstawie
Freedom of Information Act) wskazuje się na Feltrinelliego palcem
jako na Ťgłównego agenta castryzmu w Europieť", pisze jego syn
Carlo (oczywiście, niczyim agentem nie był). Carlo Feltrinelli
wspomina pogrzeb ojca w marcu 1972 r. "Parę oryginalnych scen
zachowało się w filmie Bellocchia Gwałt na pierwszej stronie.
Mediolan był silnie zmilitaryzowany - na każdego uczestnika
pogrzebu przypadał jeden gliniarz. Ogółem było ich 8 tysięcy.
Na bardzo jasnym niebie latały śmigłowce. Trumnę nieśli na ramionach
księgarze firmy Feltrinelli. Były zaciśnięte pięści i czerwone
sztandary i słychać było okrzyki: ŤTowarzyszu Feltrinelli, zostaniesz
pomszczony!ť. (...) Pewien policjant, który w wiele lat później
zatrzymał mnie, aby wlepić mi mandat, opowiedział, że tego dnia
był na służbie na cmentarzu Monumentále. Pamięta, że ludzie
szli w kondukcie pogrzebowym pod czerwonymi sztandarami (...).
On też podniósł pięść i przełożeni go za to ukarali. Komunizm,
jeden z wielkich wątków ubiegłego stulecia, to nie tylko Ceaucescu
obalony przez tłum na betonowym placu." (5) Ściślej - to wcale
nie Ceaucescu ani Breżniew czy Honecker, ani tym bardziej Stalin,
który wymordował wielokrotnie więcej komunistów niż sam Hitler,
czy Pol Pot i jego zbrodnicza banda, która - gdy przepędziły
ją wojska wietnamskie i gdy wyszło na jaw popełnione przez nią
ludobójstwo - natychmiast została uznana za sojusznika przez
władze USA.
Obalenie kapitalizmu światowego to niesłychanie trudne zadanie,
wymagające ciężkiej, długotrwałej i ofiarnej walki ogromnych
rzesz ludzkich. Dziesięć dla temu warunki do takiej walki były
bardzo niesprzyjające. Od kilku lat zmieniają się korzystnie.
O tym jest ten artykuł.
DZIEŃ, W KTÓRYM PADŁ SAJGON
W marcu 1973 r., na podstawie Układów Paryskich, Stany Zjednoczone
wycofały z Wietnamu swoje wojska. Dziewiętnaście lat wcześniej
rewolucja indochińska pokonała imperializm francuski. Teraz,
wespół z ruchem antywojennym w samych Stanach Zjednoczonych,
zmusiła do odwrotu amerykański, ale południem ciągle podzielonego
Wietnamu nadal rządził zainstalowany przezeń reżim marionetkowy
i ciągle toczyła się tam, podobnie jak w Kambodży i Laosie,
wojna wyzwoleńcza. Pod koniec 1974 r. Biuro Polityczne w Hanoi
postanowiło, że w nowym roku Wietnamska Armia Ludowa i Ludowo-Wyzwoleńcze
Siły Zbrojne Wietnamu Południowego będą prowadziły ograniczone,
lokalne działania zaczepne. Ofensywę generalną planowano na
1976 r., bo należało zgromadzić wielkie ilości broni i sprzętu
- tak, aby z Północy ruszył na Południe przez Kontum potężny
walec, zdolny zmiażdżyć we frontalnych bojach korpus armii marionetkowej
stacjonujący w wielkiej bazie w Pleiku i otworzyć korytarz w
kierunku Sajgonu. Było to bardzo trudne do wykonania - może
nawet niewykonalne.
Wtedy, nie proszeni, przyjechali z dżungli do Hanoi dwaj kierownicy
delegatury Komitetu Centralnego na Południu - Pham H?ng i gen.
Trân Van Tr?. Sprzeciwili się takiemu planowi. "Doprawdy, jesteście
niczym Ťżołnierze królať. Wyobrażacie sobie, że bitwę można
stoczyć tylko wtedy, gdy ma się kupę wojska i tony amunicji.
Jakże wy różnicie się od nas, wynędzniałych żołnierzy na odległym
i trudnym froncie, którzy spoglądają na was z zazdrością licząc
naboje", mówił Tr?. "Natarcie w kierunku na Kontum i Pleiku
to rzucenie się na najmocniejsze pozycje nieprzyjaciela." Postulował,
aby czym prędzej, nim imperializm północnoamerykański otrząsnął
się z "syndromu wietnamskiego", przystąpić do śmiałych działań
ofensywnych, które w ciągu 1975 r. przyniosłyby decydujące zwycięstwa
i doprowadziły do wyzwolenia Południa. Należało zacząć od wyzwolenia
prowincji Phuoc Long na północnym wschodzie od Sajgonu i otworzyć
w ten sposób korytarz prowadzący do stolicy wietnamu Południowego,
a następnie uderzyć na południe od Pleiku na pozycje dywizji
stacjonującej w Ban M? Thuôt. Z pozoru baza ta miała drugo-
czy trzeciorzędne znaczenie, podczas gdy w rzeczywistości zajmowała
kluczową pozycję strategiczną - w tym miejscu można było zerwać
cały łańcuch wojskowy reżimu marionetkowego. "Atak na Ban M?
Thuôt to zadanie nieprzyjacielowi zupełnie nieoczekiwanego ciosu,
wzięcie go od tyłu, tam, gdzie niczego się nie spodziewa. Zostanie
pobity na głowę i się rozpadnie, a użycie przez nas wielkich
sił okaże się zbędne." "Będzie to jak ścięcie drzewa ciosami
zadanymi siekierą w dolną część pnia - upaść musi całe ugałęzienie.
To nazywa się zadaniem nieodpartego ciosu strategicznego," dowodził
Tr?. "Wcale nie wychodziliśmy z założenia, że radykalna zmiana
sytuacji zależy od zniszczenia wielkich sił nieprzyjaciela.
Rozwój sytuacji, tak jak my go pojmowaliśmy, zależał od wielorakich
czynników - zarówno wojskowych, jak i politycznych, materialnych
i moralnych, krajowych i międzynarodowych; braliśmy pod uwagę
ciężar gatunkowy naszych sił zbrojnych, ale również potencjał
naszego narodu, dane o położeniu nieprzyjaciela i naszym położeniu,
siły materialne, ale również ich dynamikę. Uważaliśmy, że po
osiągnięciu pewnego punktu węzłowego zmaterializują się nasze
potencjalne możliwości. Dowództwo musi być na tyle przenikliwe,
aby było w stanie dostrzec taki punkt węzłowy i zrozumieć, co
się dzieje. Jeśli chce doprowadzić do radykalnej zmiany sytuacji,
nie może zajmować postawy wyczekującej czy liczyć na zadanie
nieprzyjacielowi ogromnych strat. (...) Korzystna chwila sama
nie nadchodzi. Nie można czekać na nią z założonymi rękami.
Jej nadejście zależy oczywiście od warunków obiektywnych, ale
przede wszystkim od ludzkiego działania."
Tr? ujawnił tę kontrowersję w książce wydanej w 1982 r., podczas
gdy jego zwierzchnik, gen. Van Ti?n Dung, przemilczał ją w swojej
książce, która uzyskała status urzędowej historii ostatecznego
zwycięstwa (6). Nakład książki Tr? skonfiskowano, a jego samego,
jednego z czołowych architektów zwycięstwa narodu wietnamskiego
w drugiej wojnie indochińskiej, skazano na banicję z życia publicznego.
Rzecz w tym, że kontrowersja miała głębokie podłoże. Jedna koncepcja
odzwierciedlała mentalność coraz bardziej ociężałej i konserwatywnej
warstwy biurokratycznej, która skłonna była spocząć na laurach
sprawowania władzy państwowej i dbać o własne interesy, druga
- mentalność bojowników rewolucyjnych. Wojna małego narodu ze
światowym supermocarstwem nauczyła ich posługiwać się po mistrzowsku
metodą dialektyczną (a ściślej tą metodą dialektyczną, która
kieruje się zasadą przyczynowości strukturalnej) i ufać jej
bardziej niż logice formalnej. Co prawda Tr? nie przekonał Biura
Politycznego do gruntownej zmiany planu, ale wymógł jego modyfikację
pod dwoma względami, które okazały się decydujące - przesądziły
o przebiegu i wyniku wojny. Chodziło o postulowane przezeń uderzenia
na Phuoc Long i Ban M? Thuôt. Georges Boudarel pisze w związku
ze sposobem, w jakim Biuro Polityczne rozstrzygnęło tę kontrowersję:
"Można uważać, że bardzo już zaawansowany proces paraliżu biurokratycznego
nie ogarnął jeszcze całego aparatu i że jedna z frakcji decydentów
nadal była bliższa rewolucyjnym działaczom partii podziemnej
niż funkcjonariuszom państwa powołującego się co prawda na socjalizm,
ale takiego, w którym stratyfikowały się już hierarchiczne warstwy
nomenklatury." (7)
3 stycznia 1975 r. padło miasto Phuoc Long - po raz pierwszy
w drugiej wojnie indochińskiej armia ludowa wyzwoliła całą prowincję.
Rozwój wydarzeń przekroczył najśmielsze oczekiwania gen. Tr?.
10 marca trzy dywizje uderzyły na Ban M? Thuôt i w ciągu 24
godzin opanowały to największe miasto na płaskowyżu Tay Nguy?n.
Płaskowyż ten ciągnie się nieprzerwanie na długości 800 km od
granicy Północy z Południem i kończy się 100 km na północ od
Sajgonu, toteż jego kontrola ma pierwszorzędne znaczenie strategiczne
nie tylko dla Wietnamu Południowego, ale dla całych Indochin.
W Hanoi uświadomiono sobie nagle, że w Ban M? Thuôt rozegrała
się bitwa, od której faktycznie, o rok wcześniej i zupełnie
inaczej niż zaplanowano, rozpoczyna się wielka ofensywa końcowa.
W obliczu utraty Ban M? Thuôt rząd marionetkowy rozkazał swojej
armii wycofać się z Kontum, Pleiku i całego płaskowyżu oraz
z prowincji północnych, a więc z dwóch spośród czterech okręgów
wojskowych, i skupić się na obronie "Wietnamu użytecznego" -
delty Mekongu i regionu sajgońskiego. "Odwrót na z góry upatrzone
pozycje" zamienił się w mgnieniu oka w bezładne, paniczne stampede
pod huraganowym ogniem artyleryjskim. 26 marca padła stara stolica
cesarska Hue, a 29 wielka baza Danang, do której napływały uchodzące
z pola walki wojska sajgońskie. Ze 160 tysięcy żołnierzy armii
marionetkowej stacjonujących w obu okręgach wojskowych wymknęło
się tylko 10 tysięcy.
Układ sił zmienił się definitywnie na korzyść rewolucji indochińskiej
- pozwolił armii ludowej skoncentrować się wokół Sajgonu i uzyskać
tam miażdżącą przewagę. 9 kwietnia z udziałem trzynastu dywizji
- łącznie 120 tysięcy żołnierzy - zaczęła się końcowa kampania
im. Ho Chi Minha: bitwa o Sajgon. 29 kwietnia Amerykanie urządzili
tam sromotne widowisko klęski imperialnej pod tytułem "ratuj
się kto może". 30 kwietnia nacierająca z pięciu kierunków na
raz Wietnamska Armia Ludowa wyzwoliła Sajgon. Czołg wdarł się
na dziedziniec pałacu prezydenckiego rozrywając pociskiem potężną
kratę - "tak, jakby chodziło o to, aby tym symbolicznym włamaniem
przypieczętować triumf przemocy rewolucyjnej" (8). Okazało się,
że potężne środki materialne, w jakie Stany Zjednoczone wyposażyły
reżim południowowietnamski, na nic się nie zdały, ponieważ sam
ten reżim stanowił zbite przez imperializm ze zgniłych desek
i wzniesione na bagnie rusztowanie. Niespełna dwa tygodnie wcześniej
wojska Czerwonych Khmerów zdobyły stolicę Kambodży, Phnom Penh.
Dobiegła końca bodaj najcięższa w dziejach wojna narodowowyzwoleńcza,
w której mały, słabo rozwinięty i biedny naród porwał się z
przysłowiową motyką na słońce i wygrał z największym, najwyżej
rozwiniętym i najbogatszym mocarstwem świata - stało się coś,
co z punktu widzenia racjonalności właściwej ideologii panującej
na świecie nie miało prawa się zdarzyć.
Ludzka inteligencja w połączeniu z wolą rewolucyjną, gdy ta
staje się udziałem mas, czyni w historii cuda - zawsze, rzecz
jasne, w ramach tego, co materialnie możliwe. Che Guevara, przedstawiając
na pierwszej stronie Wojny partyzanckiej "wkład, jaki pod trzema
podstawowymi względami rewolucja kubańska wniosła do mechaniki
ruchów rewolucyjnych w Ameryce", tak sformułował drugi i zapewne
najważniejszy z nich: "Nie zawsze należy czekać, aż powstaną
wszystkie warunki do rewolucji - ognisko (czy zarzewie) powstańcze
może je stworzyć." (9) Stąd krytycy zwykli określać jego koncepcję
walki rewolucyjnej mianem ogniskowej lub zarzewiowej. Teza ta
zarówno w wąskim rozumieniu, jak i w absolutnie prawomocnej
interpretacji rozszerzającej, w której ognisko czy zarzewie
powstańcze zastępuje czyn rewolucyjny, stanowi jedną z najlepszych
odtrutek na mechanistyczne, deterministyczne, ewolucjonistyczne
i ekonomistyczne wykładnie marksizmu (10), rozpowszechnione
przez aparaty ideologiczne konserwatywnych biurokracji Drugiej
i Trzeciej Międzynarodówki.
Wietnamski ruch wyzwoleńczy udowodnił, że wojna ludowa to potężny
środek w walce narodów kolonialnych i zależnych z imperializmem
i wyposażył rewolucję proletariacką na świecie w drugą obok
tradycyjnej dla niej - nastawionej na powstańczy strajk generalny
- strategię. Osiem lat wcześniej Rudi Dutschke, przywódca rewolucyjnych
studentów zachodnioberlińskich, pisał: "Wtedy, gdy władzę w
Niemczech zdobywał faszyzm, utworzone w Ťrejonach radzieckichť
Chin chłopskie armie wyzwoleńcze usiłowały odpowiedzieć na Ťczwartą
kampanięť wojsk czangkajszekowskich, które je okrążyły i zamierzały
zniszczyć, nowymi metodami prowadzenia wojny, a ściślej nową
metodą wojenną - wojną ludowo-rewolucyjną, przewlekłą wojną
partyzancką. (...) Ta forma walki narodowowyzwoleńczej jako
część składowa międzynarodowego ruchu emancypacyjnego jest nierozłącznie
związana z obecnym stadium rozwoju sił wytwórczych w skali światowej,
z kompleksowym ruchem kapitału, który - jak się okazuje - nie
wszędzie potrafi się zagnieździć i nie ze wszystkich czyni wytwórców
wartości dodatkowej." (11)
W chwili klęski w Indochinach Stany Zjednoczone weszły już w
stadium powolnego schyłku swojej hegemonii w systemie światowym,
podczas gdy rozwój kapitalizmu przeszedł po raz kolejny z długiej
fali o tendencji ekspansywnej do długiej fali o tendencji zastojowej
i depresyjnej - z której, jak wiele na to wskazuje, nie wyszedł
po dziś dzień (12). Supermocarstwo północnoamerykańskie z pewnością
nie było "papierowym tygrysem", ale rację miał Che Guevara,
gdy dowodził, że to kolos, który w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej
stoi na glinianych nogach i że ruchy wyzwoleńcze mogą go pobić.
30 kwietnia 1975 r., jako gorący zwolennik jego myśli politycznej
- do socjalizmu i marksizmu przekonała mnie na samym początku
lat sześćdziesiątych rewolucja kubańska (a nie polska władza
biurokratyczna) - zastanawiałem się, jakie byłyby rozmiary klęski
imperializmu, gdyby - a przecież było to całkiem możliwe - udało
się zrealizować strategię rewolucji trójkontynentalnej, czyli
- jak to w 1967 r. postulował z dżungli boliwijskiej Guevara
- "stworzyć dwa, trzy... wiele Wietnamów". Czyż warunki realizacji
tej strategii nie były teraz dużo korzystniejsze niż za jego
życia - tym bardziej, że poczynając od maja 1968 r. masowe zrywy
młodzieżowe i robotnicze wstrząsnęły nawet wysoko rozwiniętymi,
imperialistycznymi ośrodkami kapitalizmu światowego?
Sajgon padł w przeddzień Międzynarodowego Święta Pracy. Trudno
o lepszy symbol tego zwycięstwa. Tymczasem władza w całym, wreszcie
zjednoczonym i niepodległym Wietnamie, nie przeszła z rąk imperializmu
i reżimu marionetkowego w ręce robotników i chłopów, lecz warstwy
biurokratycznej. Kilka lat wcześniej pewien bojownik wietnamski,
były dowódca batalionu Ludowo-Wyzwoleńczych Sił Zbrojnych z
okolic Sajgonu, który przyjechał do Polski na studia doktoranckie,
powiedział mi: "Zgodnie z Manifestem Komunistycznym wyzwolenie
klasy robotniczej może być tylko dziełem samej tej klasy. Tak
Marks pojmował socjalizm. Niestety, nasze zwycięstwo w tej wojnie
wcale nie będzie tak wyglądało. W Wietnamie Południowym, podobnie
jak to stało się już na Północy, zostanie obalony kapitalizm,
ale zapadnie nad nim ołowiana pokrywa na wpół konfucjańskiej,
na wpół stalinowskiej władzy biurokratycznej, która ukształtowała
się na w Wietnamie Północnym. Pozostaje tylko mieć nadzieję,
że klęska imperializmu w Indochinach wydatnie ułatwi samowyzwolenie
robotników na świecie."
Dutschke, jeden z wielu działaczy rewolucyjnych, których pisma
wtedy studiowałem, był przekonany, że realizacja strategii Guevary
doprowadzi również do podkopania i załamania dyktatur biurokratycznych
w ZSRR i bloku radzieckim, a tym samym usunie grunt, na którym
w społeczeństwach tego bloku rozpleniło się wyobcowanie pracy
i zaciążyło przemożnie na świadomości społecznej. W 1967 r.,
w przedmowie do niemieckiego wydania orędzia Guevary do Organizacji
Trójkontynentalnej, tak komentował jego stwierdzenie, że solidarność
"obozu socjalistycznego" z narodem wietnamskim "przypomina gorzkie
szyderstwo, jakie dla gladiatorów w cyrku rzymskim oznaczał
aplauz plebsu": "Drugi, trzeci Wietnam sprawi, że kraje socjalistyczne,
które dziś tego unikają, będą musiały się zdecydować: albo nastąpi
w nich nawrót do solidarności międzynarodowej, albo przyjdzie
im asystować świadomemu i ostatecznemu przejściu Związku Radzieckiego
do obozu kontrrewolucji międzynarodowej." Tak czy inaczej, pisał
dalej Dutschke, należy spodziewać się, że spowoduje to w tych
krajach przebudzenie rewolucyjnej świadomości mas. "W razie
powstania drugiego czy trzeciego Wietnamu przepaść dzieląca
partię i lud w Związku Radzieckim i krajach Europy Wschodniej
musiałaby zniknąć - po to zwłaszcza, aby możliwe stało się udzielenie
skutecznej pomocy ruchom wyzwoleńczym. To z kolei pozwoliłoby
wznowić rewolucję, która od wielu dziesięcioleci przeżywa w
tych krajach zastój, i obalić panowanie biurokracji partyjnej
nad ludem." (13)
Podzielałem ten pogląd.
ODPŁYW
30 kwietnia 1975 r. odnosiło się wrażenie, że świat ma jeszcze
przed sobą "dwa, trzy... wiele Wietnamów". Fala rewolucyjna
zaczęła wznosić się pod koniec drugiej wojny światowej; stalinowskie
partie komunistyczne zrobiły wszystko, co było w ich mocy, aby
się załamała, co udało im się w Grecji, Włoszech i Europie Zachodniej,
ale nie w Jugosławii, gdzie komuniści wypowiedzieli Stalinowi
posłuszeństwo, ani w Chinach, gdzie uczynili to samo. W Chinach,
a następnie w Indochinach wojny rewolucyjne ruszyły pełną parą,
czemu towarzyszyło natarcie ruchów niepodległościowych w tak
wielkich koloniach, jak Indonezja i Indie. Zwycięstwo rewolucji
chińskiej w 1949 (jak mówił później Mao Tse-tung i co jest faktem,
"osiągnęła ona zwycięstwo wbrew woli Stalina"), zwycięstwo wietnamskiego
ruchu wyzwoleńczego nad imperializmem francuskim pod Dien Bien
Phu w 1954 r. i zwycięstwo rewolucji kubańskiej pod samym nosem
imperializmu północnoamerykańskiego w 1959 r., obalenie w Chinach,
Wietnamie Północnym i na Kubie kapitalizmu, wojna wyzwoleńcza
narodu algierskiego - wszystko to świadczyło, że na peryferiach
systemu światowego rewolucja znalazła w ofensywnym położeniu
strategicznym. Kolejną fazą jej ekspansji był Maj 68 w krajach
położonych w centrum systemu. Teraz, wraz z klęską największego
mocarstwa w Indochinach, fala rewolucyjna wspięła się górę tak
wysoko, że można było się spodziewać, iż wkrótce z większą niż
kiedykolwiek siłą rozleje się po świecie. Dlatego w półtora
roku później w Hawanie, gdzie zamieszkałem, Roberto Guevara,
brat Che, i Julio Santucho, brat Mario Roberta, dopiero co zabitego
sekretarza generalnego Rewolucyjnej Partii Pracujących (PRT)
i komendanta głównego Armii Ludowo-Rewolucyjnej (ERP) w Argentynie,
z łatwością skłonili mnie, abym wstąpił do ich partii. Argentyna
znalazła się właśnie po raz kolejny pod - tym razem niesłychanie
morderczą - dyktaturą wojskową.
Było jasne, że imperializm północnoamerykański, zagrożony w
Ameryce Łacińskiej rewolucją socjalistyczną, rozpętał wojnę
kontrrewolucyjną. Czynnie wspieranym przez Stany Zjednoczone
armiom i policjom udało się obalić demokratycznie wybrany, reformistyczny
rząd Jedności Ludowej w Chile, a w wielu innych krajach rozbić
wiejskie i miejskie ruchy partyzanckie oraz rozprawić się z
ruchem robotniczym i chłopskim. W ślad za Brazylią, Gwatemalą,
Urugwajem i Chile klasę robotniczą i masy ludowe w Argentynie
dławiła iście londonowska żelazna stopa reżimu nowego typu -
"państwa stanu wyjątkowego" pod dyktaturą "partii wojskowej"
wielkiego kapitału ponadnarodowego. Wszędzie siłę uderzeniową
"partii wojskowych" stanowiła kasta zawodowych oprawców, która
zorganizowała gęstą sieć katowni i tajnych cmentarzy i mordowała
setki tysięcy ludzi - najwięcej, bo około 200 tysięcy, wymordowała
w małej Gwatemali. Globalizacji kapitalizmu neoliberalnego torowała
w Ameryce Łacińskiej drogę internacjonalizacja wojny kontrrewolucyjnej,
nazywanej również "wojną z działalnością wywrotową". To tylko
jeden z wielu faktów, które uzasadniają pogląd, że - jak pisze
Claude Serfati parafrazując aforyzm Clausewitza - gospodarka
neoliberalna jest kontynuacją wojny przy użyciu innych środków
(14).
Dzisiaj wiadomo, jak to wyglądało. "Wojskowi argentyńscy inspirowali
się bezpośrednio metodami stosowanymi przez Francuzów podczas
bitwy o Algier, w tym torturami i zaginięciami", mówi paryska
adwokat Sophie Thonon (15). Potwierdza to gen. Acdel Edgardo
Vilas, były kierownik tajnego więzienia w prowincji Tucumán,
w której operowała kompania leśna ERP: "Zastosowaliśmy metody
stosowane przez Francuzów w Indochinach i Algierii." (16) Wojskowi
argentyńscy, przywracając w 1976 r. swoją dyktaturę, "przemyślnie
połączyli amerykańskie teorie wojny klasycznej, francuską teorię
walki z działalnością wywrotową i Ťschemat Trinquierať: podział
na strefy, fiszkowanie, przeczesywanie, tortury i Ťzniknięciať.
Bitwa o Buenos Aires była wierną kopią bitwy o Algier. Mówi
nam to dziś nie kto inny, jak gen. Bignone, ostatni szef junty
wojskowej, a wówczas zastępca Videli w sztabie wojsk lądowych",
pisze Pierre Abramovici (17).
Dlaczego wzory były francuskie? Otóż masakra kolonialna stała
się dla burżuazji francuskiej systemem sprawowania władzy zanim
kapitalizm wszedł w stadium imperializmu. Młodzi oficerowie
armii francuskiej, którzy przewodzili masakrom podczas podboju
Algierii w latach trzydziestych XIX w., "byli na Politechnice
uczniami, a nieraz nawet wyznawcami Augusta Comte'a", pisze
François Maspero. "Właśnie z racji swojego wykształcenia rozumieli
oni wagę uczynienia z masakry systemu." (18) Francuski imperializm
demokratyczny eksterminował narody podbite na taką skalę, jak
niemiecki imperializm nazistowski, ale winnym tych zbrodni nie
spadł włos z głowy - i nie spada do dziś. Gen. Maurice Schmitt,
kierownik jednej z katowni podczas bitwy o Algier, był w latach
1987-1991 szefem sztabu wszystkich rodzajów wojsk i dowodził
francuskim korpusem ekspedycyjnym podczas krucjaty Zachodu przeciwko
Irakowi. W demokracji burżuazyjnej nie ściga się oprawców imperializmu,
lecz roztacza się nad nimi specjalną ochronę.
Na podstawie doświadczeń wyniesionych z pierwszej wojny indochińskiej
płk Roger Trinquier wypracował doktrynę wojny kontrrewolucyjnej,
którą Francja posłużyła się w Algierii, poczynając od słynnej
"bitwy o Algier", stoczonej w 1957 r. przez spadochroniarzy
francuskich z podziemną siatką Frontu Wyzwolenia Narodowego
(FLN). W 1958 r. sześćdziesięciu wojskowych argentyńskich zapoznało
się z tą doktryną na miejscu, w Algierii - Francuzi zademonstrowali
im na pojmanych bojownikach algierskich, "jak to się robi".
W osiemnaście lat później ci wojskowi stanęli na czele aparatu
terroru w Argentynie. Po wojnie w Algierii Francja eksportowała
swoich najlepszych oprawców w charakterze instruktorów na półkulę
zachodnią. Szkolili oni w dziedzinie masowych represji - policyjnej
kontroli ludności, łapanek, uprowadzeń, tortur jako podstawowej
metody uzyskiwania informacji, mordów na "elementach wywrotowych"
i ich zapleczu społecznym, wysiedleń - w szkole wojsk specjalnych
USA w Fort Bragg w Karolinie Północnej, w szkole spadochroniarzy
w Fort Benning w Georgii, a także w koszarach armii latynoamerykańskich.
Tortury ćwiczono na żywych ludziach. School of Americas w Strefie
Kanału Panamskiego, w której armia USA szkoliła latynoamerykański
personel wojskowy wykorzystując doświadczenia oprawców francuskich,
to jedna z najbardziej zbrodniczych instytucji państwowych,
jakie kiedykolwiek działały na półkuli zachodniej.
Prym wiódł Paul Aussaresses, dziś generał. Podczas bitwy o Algier
był prawą ręką samego gen. Jacques'a Massu. Niedawno opublikował
wspomnienia, w których chwali się swoimi zbrodniami wojennymi
i zbrodniami przeciwko ludzkości - torturami i doraźnymi egzekucjami
na wielką skalę (19). Później, jak sam przyznaje, "służył w
Fort Benning i Fort Bragg za instruktora amerykańskich wojsk
specjalnych zaangażowanych w Wietnamie". Skądinąd wiadomo, że
wyszkolił Roberta Komera, analityka CIA, który następnie, będąc
ambasadorem w Sajgonie, organizował zbrodnie przeciwko ludzkości
podczas operacji "Phoenix". Jako attaché wojskowy Francji w
Brazylii Aussaresses nadzorował działalność szkoleniową oprawców
francuskich w armiach tego regionu. Prawdopodobnie inspirował
operację "Condor", cynicznie określaną w raportach sekretarza
stanu USA Henry Kissingera mianem "Mord, Spółka akcyjna" - polegała
ona na koordynacji międzynarodowego terroryzmu państwowego,
w której uczestniczyły dyktatury wojskowe Argentyny, Chile,
Urugwaju, Paragwaju, Boliwii i Brazylii,
Argentyńska PRT-ERP miała dwojaki rodowód - rewolucyjno-nacjonalistyczny
i castrystowski oraz rewolucyjno-marksistowski (przez pewien
czas należała do Czwartej Międzynarodówki). Była pierwszym w
Ameryce Łacińskiej, a nawet na świecie, ruchem kierującym się
strategią wojny ludowej, który osadził się wśród załóg robotniczych
nowoczesnego przemysłu. Mając wśród nich punkty oparcia, prowadziła
od 1970 r. - równolegle do kilku innych ruchów marksistowskich
i lewicowo-peronistowskich - niezwykle intensywną i śmiałą wojnę
partyzancką w wielkich miastach (Córdoba, Rosario, Buenos Aires),
a także w lasach Tucumán. (20) Po załamaniu się wielu latynoamerykańskich
ruchów partyzanckich, które zgodnie ze strategią Che Guevary
działały na terenach wiejskich, w lasach i dżunglach, i szukały
oparcia w chłopstwie, wydawało mi się, że po myśli klasycznego
marksizmu sprawa rewolucji przechodzi w ręce robotników i że
to oni zaczną teraz po swojemu realizować wspomnianą strategię,
kojarząc ją wreszcie z doświadczeniami, praktykami i programem
ruchu robotniczego - czego bardzo brakowało myśli politycznej
Che. Mario Roberto Santucho pisał: "Proletariat fabryczny, poddany
codziennemu wyzyskowi w samym sercu machiny kapitalistycznej,
zgromadzony tam w wielkiej liczbie, ma absolutnie najlepsze
warunki do przyswojenia sobie idei rewolucyjnych, potrafi zmobilizować
się z ogromną energią, skupić wokół siebie szerokie masy pracujące
- mniej skoncentrowanych robotników, robotników rolnych, chłopów
średnio- i małorolnych, urzędników, studentów, pracowników niezależnych
itd. - oraz stanąć na ich czele, gdy z rozmachem i całą mocą
rozwijają swoje siły, mądrze organizowane i kierowane przez
bojową partię proletariacką." (21)
W rzeczywistości, zanim Roberto Guevara i Julio Santucho przyjęli
mnie w Hawanie do PRT - kilka miesięcy wcześniej - partia ta
wraz z kierowaną przez nią organizacją wojskową została rozbita.
Na emigracji snuto jeszcze przez kilka lat na plany jej odbudowy,
ale spaliły na panewce. Ameryka Łacińska nie stała się drugim
Wietnamem. Co więcej, rzeczywisty ruch fali rewolucyjnej okazał
się inny, niż się tego spodziewaliśmy - fala ta załamywała się
i opadała na całym świecie. 30 kwietnia 1975 r. osiągnęła punkt
szczytowy, a nawet wzniosła się ponad swoje rzeczywiste możliwości
i teraz w samych Indochinach, jakby przerażona tym, na jakie
wspięła się wyżyny, runęła w otchłań. Dlaczego tak się stało?
Katastrofalna zapaść rewolucji indochińskiej, jaka tuż po zwycięstwie
nastąpiła na odcinku kambodżańskim, była ceną, którą przyszło
zapłacić za wirusa stalinizmu od początku toczącego koła kierownicze
tej rewolucji - za stosowanie przez nie stalinowskich praktyk
politycznych, za ich wychowanie w duchu stalinowskiej doktryny
budowy socjalizmu w każdym kraju z osobna, za poświęcanie interesów
socjalizmu międzynarodowego na ołtarzu interesów narodowej biurokracji
partyjno-państwowej. Kierownictwo rewolucji wietnamskiej, kierując
się swoimi własnymi interesami biurokratycznymi, przez wiele
lat poświęcało interesy rewolucji kambodżańskiej - np. starało
się ją hamować, gdy Czerwoni Khmerowie powstali zbrojnie przeciwko
reżimowi księcia Norodoma Sihanouka, z którym Hanoi miało swoje
układy - co w szeregach tej ostatniej sprzyjało fermentacji
resentymentów i fobii, a ideowo obcym elementom pozwalało łowić
ryby w zmąconej w ten sposób wodzie. Gdy w 1973 r., po Układach
Paryskich, armia USA wycofała się z Wietnamu, ale przystąpiła
do gigantycznych nalotów bombowych na Kambodżę, które groziły
narodowi tego kraju starciem z powierzchni ziemi, wśród Czerwonych
Khmerów doszło do gwałtownej reakcji szowinistycznej i pozwoliło
frakcji szerującej hasłem "obrony i odrodzenia rasy khmerskiej"
jako "zagrożonego gatunku", przechwycić kierownictwo ruchu.
W swoim sojuszniku - narodzie wietnamskim - frakcja Pol Pota
upatrywała faktycznie dziedzicznego, śmiertelnego wroga. 17
kwietnia 1975 r., zaraz po zdobyciu Phnom Penh, rozkazała armii
rewolucyjnej opróżnić miasta. Są one tworem obcych, twierdził
Pol Pot, mając na myśli kupców chińskich i tajskich, urzędników
i robotników wietnamskich itd., ludność jest w nich mieszana
pod względem rasowym i duchowym, stanowią siedlisko lichwy i
korupcji, czynnik rozkładu i pasożytują na ciele rolniczej "rasy
khmerskiej".
Czerwoni Khmerowie nie tylko obalili doszczętnie panowanie tradycyjnej
biurokracji państwowej i burżuazji. O prawdziwej naturze ich
reżimu świadczyło coś innego - to, że wysiedlili na wieś i rozproszyli
robotników, likwidując ich jako klasę społeczną. Już w miesiąc
później Joseph Hansen, marksista amerykański i zwolennik Czwartej
Międzynarodówki, pisał, że wypędzenie robotników z miast i traktowanie
ich jako potencjalnych czy zgoła realnych Ťwrogów klasowychť
nie ma nic wspólnego z marksizmem, a program realizowany przez
Czerwonych Khmerów nie jest programem komunistycznym. Nie był
on nawet stalinowski. Ben Kiernan, najlepszy znawca ruchu i
reżimu czerwonokhmerskiego, po wielu latach żmudnych badań potwierdził
słuszność tej oceny. "Robotnicy w Phnom Penh odkryli, że nie
uważa się ich za Ťpodstawęť miejskiego ruchu rewolucyjnego,
lecz po prostu za członków klas wyzyskiwaczy, które prosperowały
na barkach ubogiego chłopstwa", pisze Kiernan. "To nie była
komunistyczna rewolucja proletariacka, która uprzywilejowuje
klasę robotniczą, ani rewolucja chłopska, która faworyzuje rolników."
Rzecz w tym, że "u Czerwonych Khmerów pojęcie rasy wzięło górę
nad pojęciem klasy". (22) Ultraszowinistyczna gorączka malaryczna
doprowadziła reżim Pol Pota do popełnienia na swoim własnym
narodzie zbrodni ludobójstwa - eksterminacji "wietnamskich dusz
w khmerskich ciałach" (w polskich ideologiach antysemickich
ich odpowiednikiem są "Polacy myślący po żydowsku").
Gdzie indziej fala rewolucyjna opadała łagodniej. Po przypływie
kwietniowym 1974 r. szybko cofnęła się w Portugalii. W końcu
lat siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych zdawało
się, że odpływ był przejściowy - świadczyły o tym wybuchy rewolucji
w Iranie i Polsce oraz zwycięstwo rewolucji w Nikaragui i bardzo
silny bodziec, jaki dało ono rozwojowi ruchów rewolucyjnych
w Ameryce Środkowej. Gdyby w Salwadorze partyzanci uderzyli
na miasta nie w styczniu 1981 r., lecz kilka miesięcy wcześniej,
podczas zmasowanych wystąpień związanych z nimi miejskich ruchów
społecznych, rewolucja miałaby szansę zwyciężyć nie tylko w
tym kraju, ale również w Gwatemali, a wtedy losy sandinowskiej
Nikaragui i całego regionu potoczyłyby się zapewne inaczej.
Spóźniona i wskutek tego nieudana ofensywa partyzantów salwadorskich
miała dalekosiężne skutki. Najstraszliwsze były w Gwatemali,
gdzie wobec indiańskich społeczności chłopskich, które stanowiły
oparcie ruchu partyzanckiego, rasistowskie reżimy wojskowe zastosowały
jedną z najbardziej ludobójczych strategii, jakie zna epoka
nowoczesna. Wszystkie wspomniane rewolucje - jedne prędzej,
inne później - załamały się lub straciły impet i zrezygnowały
z walki o władzę, utknęły na mieliznach czy wreszcie zostały
opanowane przez siły reakcyjne. W Iranie rewolucję ludową wyhamował
i ubezwłasnowolnił kler szyicki.
W polskiej rewolucji 1980-1981 r. była szansa, aby obalić dyktaturę
biurokratyczną, ale zachować znacjonalizowaną i planową gospodarkę
i na jej podstawie przystąpić do budowy socjalizmu robotniczego,
samorządowego i demokratycznego. Taka jest - dziś ukrywana -
prawda. Wtedy nie mieli co do tego wątpliwości nawet tacy ludzie,
jak ks. Józef Tischner. Jeszcze w 1983 r. pisał on - później
kogokolwiek, kto głosił takie poglądy, piętnował jako homo sovieticusa
- o zespole norm, wartości i dążeń, którymi kierowała się "Solidarność":
"Ogromną rolę przy jego narodzinach odegrała inspiracja chrześcijańska.
Czy były to jedyne źródła owego etosu? Myślę, że nie. Duże znaczenie
miała również sama socjalistyczno-marksistowska ideologia, której
hasła przenikały w świadomość społeczną. Etos solidarności może
być uważany za wcielenie w życie ideału braterstwa ludzi pracy
walczących o wyzwolenie społeczne. W gruncie rzeczy wszystkie
podstawowe wartości etosu solidarności są zawarte w obszarze
wartości socjalizmu." (23) Potwierdzała to absolutnie typowa
dla wielkich zrywów robotniczych i rewolucji proletariackich,
od dawien dawna rozpoznana przez rewolucyjny marksizm, dynamika
rozwoju "Solidarności" i opartego na niej ruchu samorządowego
załóg (24). Obecnie ruch ten wyrugowano z dokumentnie zakłamanej
historii Rewolucji Sierpniowej. Program przejściowy Trockiego,
którym posługiwałem się działając w "Solidarności", pasował
do tej dynamiki jak ulał. Roli proletariatu wielkofabrycznego
w rewolucji, której nie przyszło mi doświadczyć w Argentynie,
doświadczyłem we własnym kraju. Niezależny ruch robotniczy w
Polsce krępowało jednak coraz bardziej prawe, umiarkowane i
ugodowe - dążące do kompromisów z władzą biurokratyczną - skrzydło
"Solidarności".
Tak jak w każdej rewolucji, podstawową kwestią była kwestia
władzy. Po latach Szymon Jakubowicz, jeden z moich ówczesnych
przeciwników politycznych w łonie "Solidarności", dość obszernie
i obiektywnie przedstawiając w swojej Bitwie o samorząd moje
poglądy i działania, bardzo mocno podkreślał, że stawiałem tę
kwestię i dążyłem do jej rozwiązania na drodze rewolucyjnej
- do tego, aby klasa robotnicza zdobyła władzę państwową. W
rzeczy samej takie było moje dążenie. "Strategia Kowalewskiego,
a później w dużym stopniu Grupy Lubelskiej" (chodzi o założoną
na konferencji w Lublinie Grupę Roboczą na Rzecz Międzyregionalnej
Inicjatywy Współpracy Samorządów Pracowniczych, którą współtworzyłem,
a która przewodziła radykalnemu skrzydłu ruchu samorządowego),
"mająca na celu przejęcie przez rozbudowany pionowo samorząd
pracowniczy władzy gospodarczej", pisał Jakubowicz, zakładała,
że "w wyniku zwycięskiego strajku czynnego powinno dojść (..)
do utworzenia w Sejmie II Izby (samorządowej albo społeczno-gospodarczej"
- ciało to "miałoby koncentrować władzę gospodarczą państwa
we własnych rękach". "[Kowalewski] II Izbę traktuje tylko jako
wstęp do przejęcia władzy politycznej [oraz] negując gospodarkę
rynkową, dąży do utrzymania imperatywnego planowania i zarządzania,
tyle tylko, że sprawowanego przez demokratycznie wybrane ponadzakładowe
struktury samorządu pracowniczego". (25) Otóż to. Walka o kontrolę
robotniczą nad dystrybucją i produkcją, a w szczególności rozszerzająca
się z jednego czy paru regionów na cały kraj fala czynnego strajku
okupacyjnego - polega on na okupacji fabryk i uruchomieniu przez
strajkujące załogi produkcji pod zarządem robotniczym - stanowiła
trzon głoszonej przeze mnie strategii, która miała doprowadzić
do obalenia władzy biurokratycznej i ustanowienia demokratycznej
władzy robotniczej. Ideę strajku czynnego - a nawet podstawy
całej tej strategii - podsunęło mi głównie czasopismo Sartre'a
Les Temps Modernes z Maja 68. Strajk czynny był niejako naturalnie
wpisany w dynamikę ruchu, w którym podstawową formę walki stanowił
masowy strajk okupacyjny - stawia on faktycznie kwestię, kto
dysponuje środkami produkcji. Moja inicjatywa spotkała się z
gwałtownie wrogą, zgodną reakcją gen. Jaruzelskiego, hierarchów
PZPR i Trybuny Ludu oraz tych wszystkich działaczy, doradców
i ekspertów "Solidarności" - przynależnych głównie do ewoluującej
coraz bardziej na prawo "opozycji demokratycznej" i prawicowej
"opozycji niepodległościowej" - którzy bali się rewolucji robotniczej
jak diabeł święconej wody. Lecz echo, jakim inicjatywa strajku
czynnego odbiła się w "Solidarności" i ruchu samorządowym, było
aż nadto wystarczające, abym nie miał wątpliwości, że jest trafna.
Był jeden wielki szkopuł - ta rewolucja nie miała do swojej
dyspozycji partii rewolucyjnej ani nawet zalążka takiej partii.
Od Lenina i Trockiego oraz z doświadczeń takich rewolucji proletariackich,
jak hiszpańska 1936 i boliwijska 1952 r., wiedziałem, że bez
partii rewolucyjnej klasa robotnicza może w najlepszym razie
obalić władzę burżuazyjną czy, jak w tym przypadku, biurokratyczną,
ale nie może ustanowić własnej, a już na pewno jej utrzymać.
Budowa partii stała się więc niezwykle palącą sprawą - przy
czym partii koniecznie zintegrowanej międzynarodowo. Do takiego
wniosku doszedłem na podstawie doświadczeń, jakich przysporzyła
mi przynależność do argentyńskiej PRT i współpraca z chilijskim
Ruchem Lewicy Rewolucyjnej (MIR). Choć obie te partie współdziałały
ze sobą i z organizacjami rewolucyjnymi w sąsiednich krajach
w ramach Rewolucyjnej Rady Koordynacyjnej (JCR) Południowego
Stożka Ameryki Łacińskiej, były partiami narodowymi. Miałem
świadomość, że poważnie zaciążyło to na ich losach. Dlatego
podczas I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ "Solidarność" w Gdańsku
we wrześniu 1981 r. wstąpiłem do Czwartej Międzynarodówki, założonej
w 1938 r. przez Trockiego - w tym czasie nie miałem już wątpliwości,
że obok Luksemburg i Lenina był on najwybitniejszym myślicielem
politycznym na polu rewolucyjnego marksizmu i strategiem rewolucji
proletariackiej, przy czym górował nad nimi ogromem przeżytych
i przemyślanych doświadczeń. Od Maja 68 Czwarta Międzynarodówka,
zasilona licznymi zastępami młodego pokolenia rewolucyjnego,
wydatnie rozbudowała swoje szeregi i uzyskała wpływy w ruchach
masowych, głównie w Europie Zachodniej i Ameryce Łacińskiej.
Cztery względy przesądziły o moim wstąpieniu do Czwartej Międzynarodówki.
Po pierwsze to, że na lewicy stanowiła jeden z nurtów radykalnie
antystalinowskich i że spośród tych nurtów ona najaktywniej
popierała polską rewolucję, a zarazem najlepiej ją rozumiała,
o czym mogłem przekonać się czytając Inprecor. Po drugie coś,
na co zwrócił moją uwagę Louis Althusser, którego myśl filozoficzną
od lat pilnie studiowałem. Otóż w Odpowiedzi Johnowi Louisowi
wskazał on na pewne "pozornie paradoksalne zjawisko": "umacnianie
się w pięćdziesiąt lat po Rewolucji Październikowej i w dwadzieścia
lat po Rewolucji Chińskiej Organizacji, które egzystują od czterdziestu
lat, choć nie odniosły żadnego historycznego zwycięstwa (bo,
w odróżnieniu od obecnych Ťgoszyzmówť, są to organizacje, a
ponadto one mają teorię): Organizacje trockistowskie." (26)
Walory teoretyczne współczesnej myśli Czwartej Międzynarodówki
w dziedzinie politycznej i społeczno-ekonomicznej były mi częściowo
znane, głównie z kilku książek Ernesta Mandela. Po trzecie,
stosunek Czwartej Międzynarodówki do historii ruchu robotniczego.
Nieźle określono go później we francuskim Krytycznym słowniku
marksizmu. "Gdyby trzeba było zdefiniować w paru słowach trockizm,
niewątpliwie należałoby ich szukać w sferze pewnego stosunku
do historii. Teoria rewolucji permanentnej świadczy przede wszystkim
o niezwykłej wierze w sens dziejów, jak również o wyostrzonym
i przenikliwym pesymizmie w podejściu do wielkich tragedii XX
w. Dalej, jeśli chodzi o stosunek do historii, marksizm Trockiego
i trockistów niestrudzenie szuka przekładu zdarzeń, sytuacji
i strategii na pojęcia materializmu historycznego (...). Wreszcie
i nade wszystko, swoimi największymi dziełami (1905, Historią
rewolucji rosyjskiej, Moim życiem) Trocki potrafił zapoczątkować
cenną dla ruchu robotniczego, cierpiącego na amnezję stalinowską,
tradycję historiograficzną. (...) Rzecz w tym, że po długiej
serii krwawych prześladowań (procesów, mordów, zbiorowych masakr),
których obiektem byli trockiści, w walce z wszechmocnym trybunałem
Partii mogli odwoływać się tylko do trybunału Historii. Historiografia
trockistowska jest więc stronnicza, bo nieustannie daje świadectwo.
Czyniąc tak jednak - i niezależnie od losu trockistowskich organizacji
politycznych jest to jej ogromna zasługa - jako jedna z niewielu
zachowuje pamięć ruchu komunistycznego." (27) Po czwarte, wzorowa,
nie spotykana w żadnych innych organizacjach politycznych, demokracja
wewnętrzna oraz równie wzorowe i nie spotykane w żadnych innych
partiach poszanowanie niezależności i suwerenności ("podmiotowości")
ruchów społecznych. Obie te praktyki świadczą niepodważalnie
o stosunku Czwartej Międzynarodówki do programu demokracji socjalistycznej,
który przyjęła.
Wyścigu z czasem na polu inicjatywy wzniecenia strajku czynnego
nie udało się wygrać, a na polu budowy partii rewolucyjnej zapewne
nie można było wygrać. Po stłumieniu rewolucji robotniczej,
pod szyldem niezależnego ruchu robotniczego, z którego wkrótce
pozostał jedynie szyld, bez trudu doszły do głosu środowiska
zależne ideologicznie od hierarchii Kościoła katolickiego, a
politycznie od imperializmu; ich naczelnym celem stała się restauracja
kapitalizmu. Wciągnęły one polskich robotników w jedną z największych
zasadzek, w jakie klasa ta kiedykolwiek i gdziekolwiek wpadła.
Rewolucja może ponieść klęskę na dwa sposoby - zostać zdławiona
albo zdradzona przez swoich przywódców. Tragedia tej rewolucji
polega na tym, że poniosła podwójną klęskę. Najpierw została
zdławiona, a następnie zdradzona. Tylko niezależny ruch robotniczy
mógł stworzyć socjalistyczną alternatywę wobec "realnego socjalizmu"
biurokratycznego. Gdy tego ruchu zabrakło, a pozostał nieuleczalny
kryzys i w konsekwencji nieunikniony rozkład "realnego socjalizmu",
alternatywą mogła być jedynie restauracja kapitalizmu. Nie dziw
więc, że w końcu niezdolna już do sprawowania władzy i pozbawiona
wszelkiej prawowitości nawet we własnych oczach biurokracja
właśnie na gruncie ugody restauratorskiej zawarła pakt z opozycją
i przekazała jej władzę.
Za opadającą i cofającą się falą rewolucyjną posuwała się za
nią, zalewając stopniowo obszary, z których tamta odstąpiła,
długa fala strukturalnej globalizacji gospodarki światowej -
trzecia w dziejach kapitalizmu, zgodnie z ustaleniami amerykańskiego
badacza i rzecznika teorii "systemów-światów" Christophera Chase-Dunna
(28). Fala ta, która - według Chase-Dunna - zaczęła podnosić
się w latach powojennych, weszła wówczas w fazę neoliberalną.
W imię kontrreformacji neoliberalnej Margaret Thatcher i Ronald
Reagan wydali otwartą wojnę ruchowi robotniczemu. Niebywale
bohaterski zryw górników brytyjskich w obronie zamykanych kopalń
zakończył się straszną klęską. W ZSRR i państwach bloku radzieckiego
społeczeństwa postkapitalistyczne, podkopane i wyczerpane przez
władzę warstwy biurokratycznej, w łonie której narastały tendencje
restauratorskie, nie były w stanie sprostać ani rozdzierającym
je sprzecznościom, ani wzmożonej presji imperializmu. Gdy tylko
międzynarodowy łańcuch władzy biurokratycznej pękł w najsłabszym
ogniwie, społeczeństwa te załamały się jedne po drugich na całej
długości łańcucha.
Restauracji kapitalizmu towarzyszyło generalne odprzemysłowienie
tych społeczeństw oraz ich degradacja do gospodarczo zależnego
i politycznie satelickiego wobec mocarstw imperialistycznych,
peryferyjnego lub w najlepszym razie na wpół peryferyjnego położenia
w systemie światowym - takiego, jakie zajmowały w tym systemie,
zanim obalono w nich kapitalizm. Jak słusznie wskazuje Peter
Gowan, tzw. transformacja ustrojowa "jest z pewnością jednym
z najbardziej dramatycznych i wymownych w historii nowoczesnego
kapitalizmu przykładów peryferyzacji przeprowadzonej przez państwa
centralne, porównywalnej ze zniszczeniem aparatu wytwórczego
Indii przez Brytyjczyków na początku XIX wieku". Społeczeństwa
byłego bloku radzieckiego "zostały zepchnięte ze stanu, w którym
posiadały poważne i nowoczesne sektory przemysłowe, a w kilku
przypadkach dość wydajne rolnictwo, do poziomu zależnych dostawców
surowców oraz pracochłonnych, cechujących się niskimi nakładami
pracy wykwalifikowanej i niską wartością dodaną produktów".
(29)
Tak zemściło się najpierw zwycięstwo w latach dwudziestych stalinowskiej
strategii "budowy socjalizmu w jednym kraju"nad teorią rewolucji
permanentnej, która zakładała, że socjalizm może być tylko międzynarodowy,
a następnie zwycięstwo biurokratycznej kontrrewolucji politycznej
lat trzydziestych w ZSRR. Już wtedy Lew Trocki przewidział bezbłędnie,
że jeśli - niechybnie w trybie rewolucyjnym - klasa robotnicza
nie zdoła wydrzeć władzy z rąk biurokracji, ta ze względu na
swój pasożytniczy charakter nie utrzyma się długo i prędzej
czy później kontrrewolucję polityczną dopełni kontrrewolucja
społeczna, która znajdzie oparcie w tendencjach restauratorskich
samej biurokracji.
Jak świat długi i szeroki, masowe bezrobocie, stopniowo postępująca
deregulacja stosunków pracy, ekspansja zatrudnienia na elastycznych
i niepewnych warunkach, demontaż osłon socjalnych, agresywne
strategie antyzwiązkowe kruszyły bastiony ruchu robotniczego,
zrywały więzi solidarności i rozbijały spoistość środowisk pracowniczych.
Ruch ten cofał się staczając ciężkie i najczęściej przegrane
walki obronne. Dominujące w ruchu robotniczym partie socjaldemokratyczne
i komunistyczne, które jeszcze niedawno, w imię rzekomej racjonalności
reform kapitalizmu i irracjonalności rewolucji socjalistycznej,
gotowe były ręka w rękę z aparatami państw burżuazyjnych stłumić
wszelką rewolucję i wielokrotnie to czyniły, teraz zarzuciły
reformy społeczne. Otwarcie lub półgębkiem przyznały, że rację
miała Thatcher ogłaszając, iż wobec kapitalizmu - ba! nawet
kapitalizmu neoliberalnego - there is no alternative i że nie
pozostaje nic innego, jak tylko nim administrować. Czynią to
często sprawniej niż zużyta prawica, ponieważ w oczach mas pracujących
i uciskanych cieszą się ciągle nieporównanie większą od niej
prawowitością polityczną, i ponieważ socjalnym listkiem figowym,
który istnieje już jedynie w wyobrażeniach mas o tych partiach,
ciągle udaje im się choćby częściowo przykrywać nagość kapitalizmu
neoliberalnego.
ZACZĄŁ SIĘ PRZYPŁYW
Na początku lat dziewięćdziesiątych mogło się wydawać, że idea
rewolucji żywa jest tylko w stosunkowo nielicznych i topniejących
organizacjach rewolucyjnych. Niektóre z nich, zgrupowane w nurtach
międzynarodowych, przeżyły już bardzo ciężkie czasy zwycięstwa
faszyzmu, triumfu stalinizmu i wojny światowej, toteż uzbrojone
w swoje doświadczenia potrafiły - jedne lepiej, inne gorzej
- przetrwać. Szybko wyszła na jaw błędność mniemania tych -
sam do nich należałem - którzy w latach 1989-1991 wierzyli,
że jest piąta rano, bo w bloku radzieckim, a nawet samym ZSRR,
budzą się masy. W organizacjach tych zaczęło się mówić, że przeciwnie
- wybiła "północ stulecia". Działałem wtedy w jednej z nich
- francuskiej sekcji Czwartej Międzynarodówki - i wiem, jakie
nastroje szerzyły się nawet w pokoleniu doświadczonych rewolucjonistów,
którzy chrzest bojowy przeszli na barykadach Maja 68.
Zupełnie zaskakująca była natomiast postawa części twórców muzyki
rapowej w USA -oni poszli pod prąd. Działalność artystyczna
- także ta, która jak czarna muzyka amerykańska, jest dziełem
tych co na samym dole - kryje w sobie wiele tajemnic, zwłaszcza
od strony powiązań z innymi praktykami społecznymi. Trudno więc
odpowiedzieć na pytanie, dlaczego akurat w tym czasie plejada
raperów - chodziło zarówno o rap afrocentryczny (nacjonalistyczny),
jak i gangsterski - odwołała się ni stąd, ni zowąd do zapomnianych,
zdawałoby się, myśli i czynów czarnych rewolucjonistów lat sześćdziesiątych,
od Malcolma X po Czarne Pantery. Dlaczego raperzy przypomnieli
przepowiednię Gila Scott-Herona z 1974 r., że "rewolucja nie
będzie transmitowana przez telewizję" i Czarni nie ujrzą na
ekranach policji strzelającej do ich braci, bo nie będą siedzieć
przed telewizorami, lecz bić się na ulicach - rewolucja będzie
dziełem mas i nie będzie dla kogo jej transmitować? Dlaczego,
naśladując Last Poets, twórców kultury ulicznej z końca lat
sześćdziesiątych, których renoma była przecież poufna, zaczęli
opiewać to, co będzie się działo, "gdy nadejdzie rewolucja"?
Dlaczego zespół Public Enemy zaczął z takim uporem zapowiadać
na płytach i w teledyskach zrywy czarnych mas i wojnę partyzancką
w wielkich miastach amerykańskich oraz zadawać pytanie: "gdzie
są rewolucjoniści", że na łamach Rolling Stone pisano o Chucku
D, iż "his heavy revolution shit is serious"?
Liczni raperzy nie tylko wezwali gangi uliczne czarnej młodzieży
do zaprzestania wojny między sobą - Ice-T, były gangbanger,
który stał się gwiazdą gangsta rap'u, rzucił hasło: "pieprzcie
tę wojnę, przygotujcie się do rewolucji" - i zapowiedzieli powstanie
czarnej młodzieży, które wybuchło w Los Angeles w kwietniu 1992
r., ale zawczasu wiernie opisali jego przebieg. Następnie, gdy
w wyniku powstania doszło w gettach tego miasta do międzygangowych
ruchów rozejmowych, rapowali fantazje, w których gangi zamieniały
się w rewolucyjne organizacje polityczno-wojskowe i zwracały
broń przeciwko państwowemu systemowi białej supremacji. Jeden
z nich, Paris, apelował, aby "utorować drogę panterze" i "bić
kapitalistów czarną pięścią", rapował program Czarnych Panter,
opowiadał o Bush killa - a Black guerrilla, czarnej partyzantce,
która dokonuje zamachów na prezydenta Busha w odwet za jego
"nowy ład światowy", agresję na Irak i wojnę wydaną czarnej
młodzieży pod pretekstem walki z handlem narkotykami oraz wyjaśniał,
że rewolucja i zdobycie władzy przez lud wymagają świadomych,
dobrze wyszkolonych i doświadczonych kadr i że warto korzystać
z myśli i doświadczeń takich rewolucyjnych działaczy z Trzeciego
Świata, jak Mao Tse-tung czy Frantz Fanon. W czarnym rapie falę
rewolucyjną było widać na widnokręgu - nagrany przez Arrested
Development hymn rapowy Revolution, który zabrzmiał na samym
końcu filmu Spike'a Lee o Malcolmie X, sugestywnie zawiadamiał,
że należy spodziewać się jej ponownego przypływu. (30)
Powstanie w Los Angeles pokazało, że im bardziej niepodzielnie
panuje na świecie kapitalizm neoliberalny i imperializm amerykański,
tym bardziej jeden i drugi bezwiednie, acz nieubłaganie buduje
swoje panowanie na polach minowych i rozsiada się na beczkach
z prochem. Potwierdziło to już w styczniu 1994 r. powstanie
indiańskie w stanie Chiapas w Meksyku, wzniecone przez Armię
Wyzwolenia Narodowego im. Emiliano Zapaty (EZLN). W listopadzie
i grudniu 1995 r. wraz z wielkim ruchem strajkowym i protestacyjnym
pracowników sektora publicznego klasa robotnicza powróciła na
scenę we Francji, a w grudniu 1996 i styczniu 1997 r. wraz z
równie wielkim strajkiem pracowników sektora prywatnego uczyniła
to w Korei Południowej. W 1996 r. zapatyści zainicjowali pierwsze
międzynarodowe zloty poświęcone walce z globalizacją neoliberalną.
W 1997 i 1999 r. sieci euromarszów przeciwko bezrobociu, na
rzecz Europy socjalnej, doprowadziły do tłumnych demonstracji
w Amsterdamie i Kolonii. Ujawnienie potajemnych rokowań, które
za plecami opinii publicznej miały doprowadzić do podpisania
Wielostronnego Porozumienia w sprawie Inwestycji, niezmiernie
podgrzało atmosferę.
Przełomowe znaczenie miały jednak rozruchy, wywołane w grudniu
1999 r. w Seattle przez młodzież, która zjechała z wielu krajów
i uzyskała wsparcie silnych kontyngentów robotników amerykańskich,
ściągniętych przez związki zawodowe. Rozruchy te przyczyniły
się do krachu tzw. Rundy Tysiąclecia w forsowanych przez władze
USA negocjacjach Światowej Organizacji Handlu. W Seattle nastąpiła
zmiana w sytuacji światowej i w układzie sił na polu walki klas.
Najłatwiej opisać ją w języku wojskowym: pod względem strategicznym
ruchy społeczne nadal zajmują pozycję defensywną, ale pod względem
taktycznym coraz częściej przechodzą do ofensywy. Wiemy od strategów
rewolucji chińskiej i wietnamskiej, jakie znaczenie dla gromadzenia
sił i stopniowej zmiany w układzie sił mają ofensywy taktyczne,
gdy samemu jest się w defensywie strategicznej, koncentrowanie
sił w określonym punkcie celem uzyskania przewagi taktycznej
i okrążenia przeciwnika, gdy samemu dąży się do wyjścia z okrążenia
strategicznego itd.
Ustał odpływ i zaczął się przypływ fali rewolucyjnej. To jeszcze
nie prawdziwy deszcz rewolucji, a jedynie mżawka, ale raz po
raz w pewnych punktach kuli ziemskiej gromadzą się już ciężkie
chmury. Po demonstracjach w Seattle kolejne spotkania "globalnych
przywódców" politycznych i gospodarczych klasy panującej, którzy
nieopatrznie uwierzyli, że są niekwestionowanymi władcami świata,
odbywają się pod osłoną ogromnych sił policyjnych, za wysokimi
wałami ochronnymi z betonu i żelaza, obleganymi przez coraz
liczniejsze tłumy. Demonstrują one pod hasłami, które z całą
pewnością przejdą do historii: "Świat nie jest towarem", "Nasz
świat nie jest na sprzedaż", "Inny świat jest możliwy". "Takiego
odrodzenia się energii bojowej nie było od czasu wojny w Wietnamie",
stwierdziła Susan George na Światowym Forum Społecznym w Porto
Alegre, w styczniu 2001 r. Przywódcy wielkich mocarstw i magnaci
światowej finansjery obradują z duszą na ramieniu, niepewni,
czy aby wały wytrzymają. Zastanawiają się, czy następnym razem
nie ukryć się raczej w mysiej dziurze (osada na trudno dostępnych
i odludnych terenach górskich, oaza na pustyni, krążownik na
morzu...).
Neoliberalna globalizacja kapitału nieubłaganie pociąga za sobą
internacjonalizację walki z kapitałem. "Internacjonalizm nie
jest abstrakcyjną zasadą, a jedynie teoretycznym i politycznym
odzwierciedleniem światowego charakteru gospodarki, światowego
rozwoju sił wytwórczych i światowego zasięgu walki klas", pisał
przed siedemdziesięciu laty Trocki. Narodził się masowy, międzynarodowy
ruch antykapitalistyczny - skupia on tych, którzy w kapitalizmie
światowym postrzegają źródło wszystkich plag nękających ludzkość.
Znamienne, że od samego początku uczestniczą w nim środowiska
robotnicze. Spośród ośmiu największych manifestacji, jakie ruch
ten przeprowadził w okresie od grudnia 1999 do stycznia 2001
r., udział zorganizowanej klasy robotniczej był bardzo duży
w Seattle oraz dominujący w Seulu i Nicei. Nie jest to ruch
socjalistyczny ani rewolucyjny, ale gromadzą się w nim siły
międzynarodowego ruchu socjalistycznego i rewolucyjnego.
"Sukces będzie ostatecznie zależał od tego, czy to, co wydarzyło
się na krótko w Seattle - chodzi o jedność działania zorganizowanych
robotników i działaczy antyglobalizacyjnych - , stanie się trwałym
ruchem. To będzie z kolei wymagało, aby antykapitalizm, ciągle
bedący mglistą ideologia, którą przede wszystkim określa to,
czemu się przeciwstawia - polityka neoliberalna i firmy wielonarodowe
- rozwinął się w o wiele spójniejszą świadomość socjalistyczną.
Dla rewolucyjnych marksistów to ABC", pisze Alex Callinicos,
działacz Międzynarodowej Tendencji Socjalistycznej. "Rzecz w
tym, że jesteśmy świadkami największego dla lewicy rewolucyjnej
Ťotwarciať od lat sześćdziesiątych. Ruch antykapitalistyczny
stanowi jednak dla niej ogromne wyzwanie. Ruch ten i lewica
rewolucyjna to nie jedno i to samo. Ruch antykapitalistyczny,
jak mówi [George] Monbiot, jest Ťniejednorodny... mglisty...
pełen sprzecznościť. Czerpie natchnienie z najrozmaitszych źródeł
ideologicznych, obejmuje mnóstwo najrozmaitszych organizacji
i narodził się w bardzo heterogennym środowisku działaczy -
chrześcijańskich uczestników kampanii na rzecz anulowania długu
Trzeciego Świata, ekologów, ekonomistów-teoretyków zależności,
działaczy na rzecz praw zwierząt, niedobitków lat sześćdziesiątych,
anarchistycznych bojowników ulicznych, członków szacownych organizacji
pozarządowych, działaczy rozmaitych ruchów solidarności z Trzecim
Światem oraz całego wachlarza związkowców i socjalistów. Natomiast
lewica rewolucyjna składa się z tych organizacji marksistowskich,
które zdołały przeżyć klęski lat osiemdziesiątych - w skali
międzynarodowej skupiają one głównie zwolenników Międzynarodowej
Tendencji Socjalistycznej i Zjednoczonego Sekretariatu Czwartej
Międzynarodówki. Zejście się ruchu antykapitalistycznego i lewicy
rewolucyjnej wcale nie jest nieuchronne. Jeśli ma do niego dojść,
rewolucjoniści muszą się zmienić. Muszą otrząsnąć się z nawyków,
jakich nabrali w latach osiemdziesiątych i w pierwszej połowie
lat dziewięćdziesiątych, gdy szerzyły się idee prawicowe, toteż
istotna była ochrona idei i organizacji marksistowskich przez
wrogim otoczeniem politycznym. Teraz potrzeba nowych metod działania.
W szczególności kluczowe znaczenie w podejściu do nowych środowisk
politycznych ma systematyczne prowadzenie takiej polityki jednolitofrontowej,
jaką prowadziła partia bolszewicka i w pierwszych (1918-1923)
latach Międzynarodówka Komunistyczna." (31) Nie ma ona nic wspólnego
z "jednolitofrontową" polityką stalinowską.
Walka wyzwoleńcza narodu Timoru Wschodniego i ruchy masowe,
które doprowadziły do upadku zbudowanej na milionie trupów i
wspieranej przez imperializm północnoamerykański dyktatury w
Indonezji, rozwój wielkiego Ruchu Bezrolnych (MST) w Brazylii,
wystąpienia Konfederacji Narodowości Indiańskich Ekwadoru (CONAIE),
które w ostatnich latach doprowadziły do obalenia dwóch kolejnych
prezydentów, ekspansja ruchów partyzanckich, kontrolujących
rozległe połacie kraju, w Kolumbii, rozkwit radykalnych ruchów
chłopskich w Indiach, nowa intifada niezłomnego w swojej walce
o niepodległość i nieujarzmionego narodu palestyńskiego, kabylskie
powstanie narodowe i społeczne, zwiastujące drugą rewolucję
algierską, potwierdzają, że jesteśmy świadkami przypływu fali
rewolucyjnej.
W lipcu 2001 r. w Genui szczyt G8 stanął oko w oko z 200, a
według ocen części mediów nawet 300 tysiącami demonstrantów,
wśród których przytłaczającą większość stanowiła młodzież. W
mieście wprowadzono faktycznie stan wyjątkowy. Obsadzono je
20 tysiącami uzbrojonych w broń palną policjantów i karabinierów.
Wyprowadzono na ulice samochody pancerne. Zastosowano metody
prowokacji wzorowane na "strategii wzmagania napięcia" z "ołowianych
lat" siedemdziesiątych. Wobec pokojowych demonstrantów rozpętano
zmasowany, nieokiełznany, bestialski terror. Ofiara tego terroru,
włoski adwokat Stefano Palmisano, świadczący na rzecz Genoa
Social Forum usługi prawne, stwierdza: "Zamiast o Ťsiłach porządkowychť
wolę mówić o Ťumundurowanych bandytachť. Czytałem w niektórych
gazetach, że tych policjantów poniosły napięte od kilku dni
nerwy. Nic bardziej fałszywego. To, co widzieliśmy w Genui,
to spokojnie przygotowane przy biurku represje, które zawierają
precyzyjne przesłanie. Chodziło o zastraszenie na modłę faszystowską
- o powiedzenie ruchowi: ŤNastępnym razem zostańcie w domu,
nie wychodźcie na ulicę, bo to niebezpieczne.ť Dodam, że rozmaite
ciała policyjne, atakując dziennikarzy i adwokatów, chciały
dokonać zamachu na wolność informacji i obronę elementarnych
praw konstytucyjnych. Zresztą Silvio Berlusconi i [minister
spraw wewnętrznych] Claudio Scajola natychmiast rewindykowali
te pobicia w parlamencie. Sens całej tej operacji jest doprawdy
jednoznaczny." (32)
Wydarzenia w Genui wymagają bardzo poważnej refleksji. "Jak
wyjaśnić to, że działacze tysięcy organizacji z całego świata,
wyrażających rozmaite tradycje pacyfistyczne lub trzecioświatowe,
zaangażowania ekologiczne, ideały religijne i etyczne i od dawna
walczących o sprawiedliwszy, bardziej solidarny, bardziej demokratyczny,
bardziej respektujący środowisko naturalne świat, stali się
w oczach rządów i są traktowani jak hordy najeźdźców, niszczycieli,
wandali?", pyta prof. Riccardo Petrella z Uniwersytetu Katolickiego
w Lowanium. "Wydaje się, że są tego dwie główne przyczyny. Pierwsza
jest związana z sukcesem uzyskanym przez ruchy sprzeciwu wobec
globalizacji: doprowadzeniem w październiku 1988 r. do fiaska
projektu Wielostronnego Porozumienia w sprawie Inwestycji i
w grudniu 1999 r. do fiaska Rundy Tysiąclecia Międzynarodowej
Organizacji Handlu w Seattle. Dla przywódców krajów rozwiniętych
były to dwie bardzo symboliczne porażki, gdyż ugodziły w dwa
filary obecnej globalizacji: Ťwolnościť finansów i handlu. Klęska
wspomnianego porozumienia była tym dotkliwsza, że została spowodowana
przez podjętą właśnie pod presją manifestacji ludowych decyzję
rządu jednej z gwiazd przewodnich kapitalizmu - Francji. Krach
w Seattle również stanowił wydarzenie nie do zniesienia - pokazał
w świetle jupiterów, że większość rządów tzw. Ťkrajów rozwijających
sięť podziela pod wieloma względami krytykę uprawianą na Północy
przez przeciwników obecnej globalizacji. To dzięki akcji tych,
których następnie nazwano Ťludem z Seattleť, rządy te miały
w końcu odwagę powiedzieć Ťnieť dalszym negocjacjom, na które
w innej sytuacji zgodziłyby się z powodu swojej słabości. Te
dwa zwycięstwa skompromitowały na płaszczyźnie etycznej podstawowe
zasady, jakimi kierują się Ťwładcy kapitałuť i ich praktyki.
Uwiarygodniły natomiast walkę o Ťinną globalizacjęť. Taki rezultat,
nie do przyjęcia dla tych, którzy sprawują władzę, stał się
potężnym czynnikiem radykalizacji polityki represji wobec pokojowej
kontestacji. Ponieważ nie mogą jej sprowadzić do agitacji Ťfolklorystycznejť
i stoją wobec niemożności uznania odpowiedzialności sił porządkowych
za eksplozję przemocy - Genua stanie się teraz klasycznym przedmiotem
studiów prowokacji policyjnej - oraz nie potrafią - z przyczyn
oczywistych - dowieść, że sprzeciw wobec obecnej globalizacji
jest Ťnaukowoť nieuzasadniony, pozostało im tylko jedno wyjście:
kryminalizacja kontestacji. Mają nadzieję legitymizować w ten
sposób własną przemoc i zdelegitymizować akcję wielkiej części
ruchów społecznych i organizacji pozarządowych, których reprezentatywność
usiłują ponadto zakwestionować.
"Druga przyczyna jest związana z centralnym i specyficznym aspektem
globalizacji: afirmacją Stanów Zjednoczonych jako jedynego mocarstwa
hegemonicznego pod względem wojskowym, technologicznym, ekonomicznym,
politycznym i kulturalnym. USA, symbol współczesnego kapitalizmu
globalnego, są nosicielem logiki imperialnej i ładu planetarnego,
ogarniającego pod ich dyktando sytuacje, problemy i perspektywy
społeczeństw całego świata. Walka ujawniła, że globalizacja
ostatnich dwudziestu czy trzydziestu lat była i pozostaje przede
wszystkim rezultatem amerykańskiej potęgi wojskowej i gospodarczej
oraz spowodowanych przez USA zmian społeczno-gospodarczych i
kulturalnych, które następnie, w różnym stopniu i w różnych
formach w zależności od poszczególnych krajów rozprzestrzeniły
się na cały świat (również Chiny). Taka globalizacja polega
głównie na amerykanizacji ideologicznej, technologicznej, wojskowej
i gospodarczej współczesnego społeczeństwa planetarnego. Nie
trzeba było czekać na rozpad Związku Radzieckiego, aby przekonać
się, że globalizacja rynków, kapitałów, produkcji, konsumpcji
itd. jest Ťproduktemť USA, zwłaszcza dzięki światowej obecności
US Army, US Navy i US Air Force. Ta obecność utorowała drogę
królewską Ťglobalizacjiť Coca-Coli, IBM, Levi'sa, Walta Disneya,
Forda, GM, ITT, McDonald'sa, a ostatnio Microsofta, Intela,
Cisco, AOL-Time Warnera, Citicorpu, Wal-Marta, Fidelity...
"W takim kontekście wszelka demonstracja przeciwko globalizacji
jest postrzegana przez coraz liczniejszych przywódców USA i
większość ich Ťsojusznikówť jako sprzeciw wobec samego światowego
systemu kapitalistycznego, a w tej mierze, w jakiej Waszyngton
jest mocarstwem regulującym ten system - jako sprzeciw wobec
USA i ich Ťsojusznikówť. To wystarczy, aby Pentagon i inne środowiska
w USA wypracowały i wylansowały Ťteorięť o Ťgenetycznieť gwałtownej
naturze sprzeciwu wobec globalizacji. Ponieważ kontestatorzy
występują przeciwko istniejącemu systemowi światowemu, jego
regułom, instytucjom i prawowicie wybranym rządom, zgodnie z
tą Ťteoriąť występują tym samym przeciwko demokracji. Są więc
Ťnieodzownieť gwałtowni, są prawdziwymi Ťzbrodniarzamiť godzącymi
w ład demokratyczny, jednym słowem - prawdziwymi Ťnowymi barbarzyńcamiť
ery globalnej. (...) Trudno o lepszy dowód wyrwy, jaką globalizacja
pogłębiła między, z jednej strony, Ťwładcamiť mocarstwa światowego
i ich wasalami, a z drugiej - narodami zdominowanymi i wykluczonymi.
To tak, jakby nie mieszkali na tej samej planecie... Diagnozę
tę potwierdził sam Financial Times - dokonując bilansu obu jednoczesnych
forów światowych (jednego Ťekonomicznegoť, drugiego Ťspołecznegoť)
stwierdza, że rzeczywiście istnieją dwie planety - planeta Davos
i planeta Porto Alegre, pierwsza krąży na orbicie zstępującej,
druga na orbicie wstępującej - i nie wyklucza ich kolizji..."
(33)
"Kapitał międzynarodowy nigdy tak nie afiszował się ze swoją
nienawiścią do demokracji, jak obecnie", stwierdza Susan George.
(34) Terror policyjny w Genui to bardzo poważny sygnał. Wiadomo,
że od zakończenia drugiej wojny światowej włoski aparat represji
znajduje się pod kontrolą północnoamerykańskich służb specjalnych
i że pozostawał również pod ich kontrolą dniach szczytu G8.
Podczas bitwy o Genuę imperializm pokazał, że w walce z ruchem
sprzeciwu wobec globalizacji neoliberalnej gotów jest sięgnąć
po metody wojny kontrrewolucyjnej, użyte w przeszłości podczas
bitew o Algier, Rio de Janeiro, Santiago de Chile, Montevideo,
Buenos Aires i ostatnio stosownie przypomniane przez gen. Aussaresses'a.
Wbrew pozorom niepodzielnego panowania nad światem, trwa schyłek
hegemonii imperializmu amerykańskiego. Wojny, rozpętane przezeń
podczas i po upadku "realnego socjalizmu" oraz po rozpadzie
bloku radzieckiego i ZSRR - napaści na Panamę, Irak, Somalię,
Jugosławię - wcale nie są świadectwem jego wszechwładzy: supermocarstwo
o ustabilizowanej pozycji hegemonicznej trzyma armię w odwodzie,
a nie wyprowadza ją co rusz w pole, aby przywracać ład w rozmaitych
punktach imperium, odstraszać wrogów i afirmować swoje panowanie.
Tym - jak wskazywał Antonio Gramsci - hegemonia różni się od
dominacji. Wojny mają kompensować względne słabnięcie pozycji
USA na polu gospodarczym, ale moce ekonomiczne nigdy nie równają
do mocy wojskowych - dzieje się akurat odwrotnie: przynajmniej
na dłuższą metę moce wojskowe równają do mocy ekonomicznych.
Przypływ i odpływ pierwszej fali globalizacji kapitalizmu, która
nastąpiła w XIX w., pokrywał się niemal dokładnie ze wzlotem
i upadkiem hegemonii Wielkiej Brytanii. Ta właśnie zmienna systemowa
wykazuje największą zgodność w czasie z falami globalizacji.
Choć godzi się zachować w tej sprawie ostrożność, wydaje się,
że spośród wszystkich zmiennych sekwencje hegemoniczne w największym
stopniu określają (determinują) te fale. Jak wszystko z punktu
widzenia przyczynowości strukturalnej (która odróżnia dialektykę
materialistyczną od idealistycznej, hołdującej przyczynowości
linearnej lub ekspresyjnej), są one czy to aż nadto, czy też
nie dość określone przez inne czynniki. Nie dziw więc, że fale
globalizacji i sekwencje hegemoniczne mogą się nawet znacznie
rozchodzić.
Druga fala, która według Chase-Dunna wznosiła się od 1900-1905
do 1929 r., a następnie opadała, pojawiła się w okresie rywalizacji
wielkich mocarstw o hegemonię, nie zaś wzlotu hegemonii jednego
z nich. "Brak instytucjonalnego gwaranta ładu światowego pod
postacią hegemonicznego państwa centralnego nie pozwolił tej
fali skonsolidować się i utrwalić. Fala pośrednia była nierównomierna
w czasie i przestrzeni - w różnych krajach zaczynała się i kończyła
w różnych latach." Z kolei przypływ trzeciej, powojennej fali
dokładnie odpowiadał wzlotowi hegemonii USA, ale ich drogi się
rozeszły, gdy po 1975 r. przypływ fali trwał nadal i osiągnęła
ona najwyższy w historii poziom, podczas gdy hegemonia USA wykazywała
tendencję schyłkową. Pod tym względem najnowszy okres trzeciej
fali globalizacji przypomina późny wiek XIX. "Schyłkowy hegemon
nadal opowiadał się za globalizacją i globalizował swoją własną
gospodarkę, podczas gdy rywale w centrum zaczęli kierować się
bardziej narodowym lub kontynentalnym podejściem. Z tego punktu
widzenia proces integracji europejskiej postrzega się głównie
jako kształtowanie się nowego, bardziej zintegrowanego niż poprzednio
konkurenta w rywalizacji o hegemonię, a nie jako przejaw narastającego
otwarcia na szczeblu globalnym." (35)
Isaac Johsua, wychodząc z odmiennych założeń teoretycznych,
dochodzi do podobnych wniosków. Obok kwestii równowagi europejskiej
(tzn. stosunków między Anglią, Francją i Niemcami), wynik pierwszej
wojny światowej, a niewątpliwie również sama wojna, stawiały
ściśle związaną z nią kwestię hegemonii światowej, ale nie przyniosły
ich rozwiązania. W rezultacie w okresie międzywojennym Anglia
nie mogła już spełniać w gospodarce światowej swojej dawnej
roli hegemonicznej, gdyż przeszkadzał jej w tym gwałtowny wzrost
potęgi gospodarczej USA, podczas gdy te jeszcze nie mogły wziąć
na siebie takiej roli, gdyż przeszkadzała im w tym ciągle jeszcze
poważna potęga gospodarcza Anglii. Skutkowało to destabilizacją
gospodarki światowej i kryzysem 1929 r. Sytuacja uległa zasadniczej
zmianie w wyniku drugiej wojny światowej, gdyż - w przeciwieństwie
do tego, co stało się po pierwszej - USA okupowały wojskowo
dużą część teatru europejskiego, Niemcy były nie tylko pokonane,
ale również zmiażdżone i podzielone na strefy okupacyjne czterech
mocarstw, pobita przez Niemcy Francja nie wyzwoliła się swoimi
siłami, lecz siłami aliantów, przede wszystkim USA, których
przewagę musiała również uznać Anglia. To wszystko pozwoliło
na taką sprzyjającą hegemonii USA przebudowę Europy, jaka byłaby
nie do pomyślenia bez ich fizycznej obecności. "Dziś jeszcze
jedna z podstawowych sprzeczności systemu polega na tym, że
w obliczu (coraz bardziej) światowego rynku władza (ciągle)
pozostaje w rękach państw narodowych. Wymaga to więc współpracy,
a należy stwierdzić, że w obecnym świecie kapitalistycznym,
zbudowanym z antagonistycznych potęg, istnienie współpracy często
zakłada sprawowanie hegemonii. Również pod tym względem kryzys
1929 r. uczy nas czegoś ważnego: pokazuje, że okresy wykluwania
się, przekazywania pałeczki są niezwykle niebezpieczne. Wielka
depresja przypomina nam, że wielkie mocarstwa powstają i upadają
i że w przyszłości nieuchronnie nastąpi ponownie chwila, w której
dawna hegemonia odmówi obumarcia, podczas gdy nowej trudno będzie
jeszcze się utwierdzić. Czyż mamy zadowolić się takim biernym
i zrezygnowanym stwierdzeniem? Czyż nie wolno wyobrazić sobie
świata radykalnie odmiennego od tego, który mamy przed oczami?"
(36)
Schyłek hegemonii amerykańskiej sprzyja wzrostowi rywalizacji
o hegemonię, ale nowego mocarstwa hegemonicznego w systemie
światowym nie widać na horyzoncie. Wygląda więc na to, że instytucjonalna
podstawa obecnej fali globalizacji neoliberalnej ulega erozji,
a to nie może pozostać bez wpływu na dynamikę samej fali. Może
ona załamać się i zostać odparta. Po stronie kapitału światowego
przyznają to otwarcie lub w sposób zawoalowany te media, które
nie służą wpajaniu masom ideologii panującej, lecz obsługują
"globalnych przywódców" klasy panującej. 23 września 2000 r.
na łamach londyńskiego Economist napisano bez ogródek: "Ci,
którzy protestują, mają rację mówiąc, że najbardziej palącą
kwestią moralną, polityczną i ekonomiczną naszej epoki jest
ubóstwo Trzeciego Świata. Mają też rację mówiąc, że falę globalizacji
- bez względu na to, jak potężne są jej motory - można odeprzeć.
To właśnie fakt, że jedno i drugie jest prawdą, czyni z tych,
którzy protestują - i, co ma kluczowe znaczenie, z sympatyzującego
z nimi nurtu opinii publicznej - tak strasznie niebezpiecznych
ludzi."
Na świecie gromadzą się czynniki sprzyjające długotrwałemu przypływowi
fali rewolucyjnej. Nadszedł czas, aby znów myśleć i mówić o
rewolucjach, studiować ich doświadczenia historyczne oraz analizy
i syntezy tych doświadczeń, wynikające z nich teorie, programy
i strategie. Temu ma służyć to czasopismo.
1. I. Ramonet, "Stratégies de la faim", Le Monde Diplomatique nr 536, 1998, s. 1.
2. S. George, Le rapport Lugano, Paryż, Fayard 2000, s. 318, 317.
3. M. Husson, Mis?re du capital: Une critique du néolibéralisme, Paryż, Syros 1996, s. 119-121, 250.
4. S. George, op. cit., s. 324-325.
5. C. Feltrinelli, Senior Service, Paryż, Bourgois 2001, s. 434, 445.
6. Trân Van Tr?, Vietnam: History of the Bulwark B2 Theater, t. V: "Concluding the 30-Years War", Arlington, Joint Publications Research Service 1983. Por. Van Ti?n Dung, Our Great Spring Victory, Nowy Jork, Monthly Review Press 1977.
7. Komentarz do Trân Van Tr?, "Débats stratégiques au Bureau politique: Comment fut décidée la chute de Sa?gon", w: G. Boudarel (red.), La bureaucratie au Vietnam, Paryż, L'Harmattan 1983, s. 183.
8. J. i S. Lacouture, Vietnam: Voyage ? travers une victoire, Paryż, Seuil 1976, s. 100.
9. E. Guevara, "La guerra de guerrillas". Obras 1957-1967 t. I, Hawana, Casa de las Américas 1970, s. 31.
10. Patrz M. Löwy, La pensée de Che Guevara, Paryż, Maspero 1971, Z.M. Kowalewski, "Rewolucja kubańska w myśli społecznej Ernesto Guevary", Kultura i Społeczeństwo t. XVI nr 2, 1972 oraz R. Massari, Che Guevara: Pensiero e politica dell'utopia, Rzym, Erre Emme 1995, s. 85-155.
11. R. Dutschke, "Le contraddizioni del tardo capitalismo, gli studenti antiautoritari e il loro rapporto col Terzo Mondo", w: La ribellione degli studenti ovvero La nuova opposizione, Mediolan, Feltrinelli 1968, s. 84.
12. Wypracowana przez Ernesta Mandela teoria długich fal w rozwoju kapitalizmu stanowi marksistowską alternatywę wobec - poddanej krytyce przez Trockiego - teorii długich cykli Nikołaja Kondratiewa.
13. R. Dutschke, "Préface ? la lettre de Che Guevara sur le Vi?t-nam". Écrits politiques (1967-1968), Paryż, Bourgois 1968, s. 94-95.
14. C. Serfati, La mondialisation armée: Le déséquilibre de la terreur, Paryż, Textuel 2001, s. 60.
15. K. Leske, "Pinochet ratrappé par la France", Libération z 23 lipca 2001 r., s. 14.
16. P. Abramovici, "France - Argentine: L'autre sale guerre d'Aussaresses", Le Point nr 1500, 2001, s. 34.
17. Tamże, s. 34.
18. Przedmowa F. Maspero do książki Y. Benota, Massacres coloniaux 1944-1950: La IVe République et la mise au pas des colonies françaises, Paryż, La Découverte 2001, s. XI.
19. P. Aussaresses, Services spéciaux: Algérie 1955-1957, Paryż, Perrin 2001.
20. Patrz Z.M. Kowalewski, "La formación del Partido Revolucionario de los Trabajadores de Argentina, 1963-1972", Estudios Latinoamericanos nr 8, 1981, J. Santucho, Los últimos guevaristas: Surgimiento y eclipse del Ejército Revolucionario del Pueblo, Buenos Aires, Puntosur 1988, M. Seoane, Todo o nada: La historia secreta y política del jefe guerrillero Mario Roberto Santucho, Buenos Aires, Planeta 1992, L. Mattini, Hombres y mujeres del PRT-ERP (La pasión militante), Buenos Aires, De la Campana 1995.
21. M.R. Santucho, "La clase obrera: columna vertebral de la resistencia", w: D. De Santis (red.), A vencer o morir - PRT-ERP: Documentos t. II, Editorial Universitaria de Buenos Aires 2000, s. 553.
22. B. Kiernan, How Pol Pot Came to Power: A History of Communism in Kampuchea, 1930-1975, Londyn, Verso 1985, oraz tenże, The Pol Pot Regime: Race, Power, and Genocide in Cambodia under the Khmer Rouge, 1975-1979, New Haven - Londyn, Yale University Press 1996.
23. J. Tischner, Polska jest Ojczyzną: W kręgu filozofii pracy, Paryż, Dialogue 1985, s. 73.
24. Patrz Z.M. Kowalewski, "Solidarność on the Eve", Labour Focus on Eastern Europe t. V nr 1-2, 1982, tenże, Rendez-nous nos usines! Solidarność dans le combat pour l'autogestion ouvri?re, Paryż, La Br?che 1985, oraz tenże, "To była rewolucja robotnicza!", Robotnik Śląski nr 8, 2000.
25. Sz. Jakubowicz, Bitwa o samorząd 1980-1981, Londyn, Aneks 1988, s. 78-82.
26. L. Althusser, Réponse ? John Louis, Paryż, Maspero 1973, s. 77.
27. G. Bensussan, G. Labica (red.), Dictionnaire critique du marxisme, Paryż, Presses Universitaires de France 1999, s. 1184.
28. Patrz Ch. Chase-Dunn, "Globalization: A World-Systems Perspective", Journal of World-Systems Research t. V nr 2, 1999. Z wprowadzeniem do teorii "systemów-światów" można zapoznać się w Lewą Nogą nr 13, 2001.
29. P. Gowan, "The Peripheralisation of Central and Eastern Europe in the 1990s", Labour Focus on Eastern Europe nr 65, 2000, s. 43.
30. Patrz Z.M. Kowalewski, Rap: Między Malcolmem X a subkulturą gangową, Warszawa, nakładem autora 1994.
31. A. Callinicos, "The Anti-Capitalist Movement and the Revolutionary Left", http://www.swp.org.uk/inter, 2 maja 2001 r.
32. D. Zaccaria, "ŤMoi, avocat, tabassé par la policeť", L'Humanité z 1 sierpnia 2001 r., s. 33. O terrorze w Genui piszę szerzej w Lewą Nogą nr 13, 2001.
34. R. Petrella, "Criminaliser la contestation", Le Monde Diplomatique nr 569, 2001, s. 6.
34. S. George, "Violences ? G?nes: L'ordre libéral et ses basses oeuvres", Le Monde Diplomatique nr 569, 2001, s. 7.
35. Ch. Chase-Dunn, Y. Kawano, B.D. Brewer, "Trade Globalization since 1795: Waves of Integration in the World-System", American Sociological Review t. LXV nr 1, 2000, s. 92-93.
36. I. Johsua, La crise de 1929 et l'émergence américaine, Paryż, Presses Universitaires de France 1999, s. 273.
Powrót do spisu treści |