Strona główna  |  Numer bieżący  |  Archiwum  |  Zamówienia  |  Spis treści


Półrocznik społeczno-polityczny i historyczny

Redakcja i tłumaczenia:
Zbigniew Marcin Kowalewski

Opracowanie graficzne:
Anikó Kiss

Redaktor techniczny:
Anna Lewandowska

392 strony tekstu
50 stron zdjęć

Zamówienia:
Pismo jest do nabycia
w księgarniach i „empikach”
lub do zamówienia
pocztą elektroniczną pod adresem
kip@medianet.pl
w cenie 10 zł plus porto.

Archiwum:
Nr 1

Zbigniew Marcin Kowalewski
"Świat nie jest towarem"
Powraca fala rewolucyjna




My Lord thanks for life - thanks for my rain.
It's raining revolution.
It's raining solution.


Arrested Development
Raining Revolution, 1992

Na świecie co rok umiera z głodu 30 milionów osób. Porównajmy - w ciągu pięciu lat druga wojna światowa spowodowała śmierć 50 milionów. Teraz w ciągu pięciu lat umiera z głodu trzy razy więcej - 150 milionów. "Wolna prasa" o tym nie informuje, bo ci, którym służy, uważają, że ludzkość nie powinna być tego świadoma. Dziesiątki milionów osób - w tym 11 milionów to dzieci do lat pięciu - umierają co rok z powodu uleczalnych chorób lub takich, którym można zapobiec. Tylko jeden procent środków inwestowanych corocznie w badania w dziedzinie opieki zdrowotnej przypada na badania nad zapaleniem płuc, chorobami biegunkowymi, gruźlicą i malarią - czterema głównymi plagami krajów słabo rozwiniętych. 800 milionów osób cierpi głód lub chroniczne niedożywienie, a jedna trzecia ogółu mieszkańców kuli ziemskiej żyje w ubóstwie. Przeciętne dalsze trwanie życia mieszkańca zależnych, słabo rozwiniętych peryferii światowego systemu kapitalistycznego, zwanych Trzecim Światem, jest o 18, a w Afryce subsaharyjskiej nawet o 30 lat krótsze, niż w panujących, wysoko rozwiniętych ośrodkach tego systemu, które marksiści zwykli nazywać państwami imperialistycznymi. Szacuje się, że 654 miliony osób mieszkających na wspomnianych peryferiach nie przeżyją 40 roku życia. Odsetek matek, które umierają przy porodzie, jest sto razy większy w Afryce niż w Europie. 99% wszystkich ich zgonów przypada na Trzeci Świat. W wielu krajach Afryki dwieście dzieci na tysiąc umiera przed ukończeniem piątego roku życia. 250 milionów dzieci - połowa ma poniżej 14 lat - na całym świecie musi pracować w wołających o pomstę do nieba warunkach. Dwoje spośród pięciorga dzieci jest w Trzecim Świecie opóźnionych w rozwoju. 840 milionów osób dorosłych to analfabeci. Spośród 4,5 miliarda mieszkańców Trzeciego Świata około jedna trzecia nie ma dostępu do wody pitnej. Jedna trzecia ludzkości cierpi na anemię.

Dochody górnych - najbogatszych - 20% mieszkańców kuli ziemskiej były w 1960 r. 30 razy wyższe niż dochody dolnych - najuboższych - 20%, natomiast w 1995 r. były już 82 razy wyższe. Górne 20% kontroluje obecnie 84% bogactwa światowego, podczas gdy trzydzieści lat temu kontrolowało 70%. Dolne 20% musi zadowolić się jednym procentem bogactwa światowego. W latach 1980-1998 zadłużenie zagraniczne krajów słabo rozwiniętych wzrosło ponad czterokrotnie - z 609 do 2530 miliardów dolarów. Stosunek długu zagranicznego tych krajów do wytwarzanych w nich bogactw (mierzonych produktem krajowym brutto) wzrósł z 20 do 42%, choć z tytułu obsługi długu zagranicznego corocznie spłacają one ogromny trybut. Im więcej spłacają, tym bardziej są zadłużone.

Jeden mąż stanu tylekroć mówi o tym przerażającym stanie świata, ilekroć ma okazję wystąpić na forum międzynarodowym - Fidel Castro. To jeden z powodów, dla których "globalni przywódcy" klasy panującej śmiertelnie go nienawidzą. Podczas tzw. Szczytu Tysiąclecia Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku we wrześniu 2000 r. przywódca rewolucji kubańskiej wystąpił z dramatycznym apelem o pomoc dla Afryki subsaharyjskiej, pustoszonej przez plagę AIDS. Dziesięć na jedenaście zarażeń wirusem HIV przypada na ten region, w którym ogólna liczba zarażonych przekroczyła 25 milionów osób. Zapewnił, że Kuba może w błyskawicznym tempie zmobilizować na zasadzie wolontariatu kilka tysięcy swoich lekarzy i pracowników służby zdrowia, którzy w ciągu roku byliby w stanie stworzyć w Afryce subsaharyjskiej infrastrukturę nieodzowną do zmasowanej walki z AIDS. W wielu krajach Trzeciego Świata kubański personel medyczny jest znany z tego, że pracuje tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, w najtrudniejszych warunkach; czyni to z niebywałym poświęceniem, świadcząc usługi za darmo. Propozycja ta została zignorowana przez światową klasę panującą i przytłaczającą większość mediów. Na froncie walki z AIDS klasę tę stać jedynie na wykonywanie ruchów pozornych. Inicjatywa szczytu G8 w Genui w tej sprawie, wokół której robi się wiele szumu, to nawet według paryskiego Le Monde tylko "cios szpadą w wodę", czyli bicie piany.

W świecie dzisiejszym produkuje się tyle żywności, że powinno jej starczyć dla każdego - każdy mógłby spożywać codziennie co najmniej 2700 kalorii, a na ogół tyle trzeba, aby normalnie żyć. Jest dość zasobów, aby nikt nie umierał z głodu ani nie cierpiał na chroniczne niedożywienie, na brak dachu nad głową i przyodziewku, nie umierał na choroby uleczalne i takie, którym można zapobiec, nie miał zapewnionej opieki lekarskiej, był niepiśmienny i nie mógł się uczyć. Jest ich dość, aby radykalnie zredukować śmiertelność niemowląt i matek przy porodzie. Dość, aby każdy mógł pracować i mieć zapewniony godziwy dochód. "Według Narodów Zjednoczonych, aby zaspokoić podstawowe potrzeby (wyżywienie, wodę pitną, oświatę, ochronę zdrowia) całej ludności kuli ziemskiej, wystarczyłoby pobrać z 225 największych fortun świata mniej niż 4% skupionego przez nie bogactwa", pisze Ignacio Ramonet, dyrektor francuskiego miesięcznika Le Monde Diplomatique, którego redakcja uczestniczy w narastającym na świecie społecznym ruchu sprzeciwu wobec globalizacji kapitalizmu neoliberalnego. "Powszechne zaspokojenie potrzeb sanitarnych i żywnościowych kosztowałoby tylko 13 miliardów dolarów - a więc zaledwie tyle, ile mieszkańcy Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej wydają w ciągu roku na perfumy." (1) Na to, aby wszystkie dzieci mogły chodzić do szkoły, potrzeba 6 miliardów dolarów. Ludzkość nie jest w stanie wysupłać takich sum, podczas gdy corocznie wydaje na cele wojskowe 800 miliardów dolarów (z czego USA wydają 36%, a państwa NATO 63%), na narkotyki 400 miliardów, na reklamę komercjalną bilion.

Tego wszystkiego, na co pozwalają zasoby dostępne ludzkości, nagromadzone przez nią bogactwa społeczne, dopóty się nie osiągnie, dopóki panującym w systemie światowym sposobem produkcji będzie kapitalizm. Jak to wykazał Marks, jego podstawowy stosunek produkcji stanowi stosunek wyzysku - konkretnie wyciskanie z pracowników przez kapitał nieodpłatnej pracy pod postacią wartości dodatkowej, która przekształca się w zysk i ulega akumulacji jako kapitał. Przy tym nieodłączną, permanentną tendencją kapitału jest tendencja do maksymalizacji stopy i masy wartości dodatkowej - do maksymalizacji produkcji względnej i bezwzględnej wartości dodatkowej, czyli wzrostu względnego i bezwzględnego wyzysku. Stąd podział społeczeństwa na klasę wyzyskującą i klasę wyzyskiwaną oraz podział świata na narody panujące i narody uciskane, spolaryzowana akumulacja bogactwa i ubóstwa w obrębie poszczególnych społeczeństw i w skali światowej, która nie tylko sprawia, że są bogaci i biedni, ale również to, że bogaci stają się coraz bogatsi, a biedni coraz biedniejsi, że na jednym biegunie kwitnie konsumpcja zbytkowa, a na drugim szerzy się śmierć głodowa i chroniczne niedożywienie, że trzy najbogatsze na świecie osoby posiadają fortunę większą od sumy produktów krajowych brutto 48 krajów najbiedniejszych, że pod względem dochodu na głowę mieszkańca 450 miliarderów "waży" tyle co 2,5 miliarda mieszkańców Trzeciego Świata, że w ciągu minionych czterdziestu lat Stany Zjednoczone importowały z krajów Ameryki Łacińskiej i Karaibów milion fachowców, których wykształcenie kosztowało słabo rozwinięte, ubogie społeczeństwa tych krajów 200 miliardów dolarów, a wysoko rozwinięte, bogate Stany Zjednoczone nie kosztowało nic, że jedność i solidarność klasy robotniczej rozbija nieustannie wyższa wartość siły roboczej jednych pracowników (mężczyzn, "białych", zatrudnionych w regionalnych, krajowych, międzynarodowych ośrodkach systemu światowego) i niższa innych (kobiet, "kolorowych", zatrudnionych na regionalnych, krajowych i międzynarodowych peryferiach systemu) - itd.

"Praca dzieci pozwala obniżać płace dorosłych i ich zastępować. W Indiach liczba pracujących dzieci i dorosłych bezrobotnych jest prawie taka sama", pisze Susan George, działaczka ruchu sprzeciwu wobec globalizacji neoliberalnej. "Ten horror nie ma nic wspólnego z tradycją, kulturą czy Ťwartościami azjatyckimiť, natomiast bierze się w całości z tego, że za cenę jednego dorosłego można dysponować trzema posłusznymi i bezbronnymi dziećmi." (2) Kapitalista, płacąc trojgu dzieciom tyle samo, co jednemu dorosłemu robotnikowi, wyciska z pracy tych dzieci trzykrotnie wyższą wartość dodatkową od tej, jaką wycisnąłby z jego pracy. Obok wydłużania dnia roboczego i intensyfikacji pracy bez rekompensującej wzmożone wydatkowanie siły roboczej podwyżki płac to jedna z tradycyjnych, zbadanych już przez Marksa, form wzrostu produkcji bezwzględnej wartości dodatkowej, czyli wyzysku bezwzględnego, nazywanego też superwyzyskiem. Średni dochód naczelnego dyrektora wielkiej firmy północnoamerykańskiej jest dziś ponad 420 razy wyższy niż średnia płaca robotnika takiej firmy. Średnia płaca realna jest dziś w USA niższa niż 15 lat temu. Nawet w wysoko rozwiniętych, centralnych krajach systemu światowego w ciągu minionych 15 lat robotnicy nie skorzystali na wzroście wydajności pracy. Gdyby skorzystali w takim stopniu, jak ich pracodawcy, których dochody wzrosły w tym czasie wielokrotnie, minimalna gwarantowana płaca godzinowa robotnika wynosiłaby w USA 22, a nie 5,15 dolara i w ciągu roku zarabiałby on średnio 110 tysięcy dolarów, a nie 23 tysiące. Wzrost wydajności pracy bez proporcjonalnej podwyżki płac to podstawowa forma wzrostu produkcji względnej wartości dodatkowej, czyli wyzysku względnego. Łączenie wzrostu wydajności pracy z intensyfikacją pracy czy obniżką płacy realnej to z kolei jeden ze sposobów kombinacji wzrostu wyzysku względnego ze wzrostem wyzysku bezwzględnego.

Obszary świata poszkodowane przez straszne plagi, o których tu mowa, z reguły pokrywają się z obszarami, które od kilkuset lat są bezlitośnie grabione i wyzyskiwane przez mocarstwa kolonialne i imperialistyczne lub które, spustoszone po długotrwałej grabieży i zbędne z punktu widzenia światowej akumulacji kapitału, kapitalizm światowy ruguje ze swojego łona. "Można powiedzieć, że od czasu załamania się społeczeństw biurokratycznych [chodzi o ZSRR i państwa bloku radzieckiego - ZMK] kapitalizm wyciska swoje piętno na całej planecie, nad którą panuje niemal niepodzielnie i ponad granicami państwowymi. Zatracił jednak zdolność rozwijania swojej logiki wszerz i w głąb i działa jako ogromna machina wykluczająca - zamiast ogarniać tą logiką coraz szersze warstwy społeczne i strefy geograficzne, przeprowadza systematyczną selekcję i odrzuca wszystko, czego nie potrafi nią ogarnąć", pisze francuski ekonomista marksistowski Michel Husson. "Światowa gospodarka kapitalistyczna weszła więc w fazę głębokiej niestabilności, w której grozi rozplenienie się najbardziej barbarzyńskich form zachowania przebrzmiałego systemu gospodarczego i społecznego przy życiu. Dziś i w nadchodzących dziesięcioleciach byłoby możliwe zaspokojenie elementarnych potrzeb całej ludzkości, i to nawet przy uwzględnieniu wymogów ekologicznych - przecież odpowiedni potencjał gospodarczy istnieje. Jest jednak coraz bardziej jasne, że na przeszkodzie realizacji elementarnych aspiracji ludzkości stoją irracjonalne wymogi systemu kapitalistycznego. (...) Niewątpliwie po raz pierwszy w swojej historii kapitalizm może popisać się jedynie ograniczoną legitymizacją - bierze się ona stąd, że warunkiem jego skuteczności jest pozbawienie większości ludzkości płynących z niej korzyści. Warunek ten jeszcze nigdy nie był tak bezwzględny, nie narzucał się z taką siłą i rozmachem jak dziś. (...) Weszliśmy w fazę rozwoju kapitalizmu, w której tak elementarne postulaty, jak prawo do pracy i cywilizowanych warunków egzystencji nabierają niemal wywrotowego charakteru, a to ze względu na niezdolność kapitalizmu do zaspokojenia tego rodzaju elementarnych potrzeb. (...) Chcąc założyć fundamenty współczesnego antykapitalizmu nie trzeba żądać rzeczy niemożliwych. Wystarczy z uporem i nie obierając żadnych dróg na skróty żądać tego, co możliwe." (3) Innymi słowy - hasło "bądźmy realistami, żądajmy tego, co niemożliwe" znaczy tyle co: bądźmy irrealistami, żądajmy tylko tego, co całkiem możliwe.

"Obrońcy ładu neoliberalnego twierdzą, że dzięki wzrostowi gospodarczemu, który pewnego dnia da wszystkim najeść się do syta i każdemu pozwoli skorzystać z rogu obfitości, tych, którzy zyskają, będzie w końcu dużo więcej niż tych, którzy stracą", pisze Susan George. "Takie stwierdzenie pojawia się regularnie w literaturze czy to Międzynarodowej Izby Handlowej, czy Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Światowego Forum Ekonomicznego (Davos) i służy do uzasadniania najbardziej drakońskich posunięć i w ogóle cierpień ludzkich, które mają zostać wynagrodzone w bliżej nieokreślonej świetlanej przyszłości. To kłamstwo. W XXI w. polityka nie będzie polegała na dzieleniu tortu na podobieństwo tego, co działo się w państwach opiekuńczych, które przyszły na świat po drugiej wojnie światowej, ani na określaniu kto, kiedy i jak będzie miał dostęp do określonych zasobów; nawet nie będzie chodziło głównie o hierarchię ani o to, kto może komu rozkazywać. Polityka będzie obracała się wokół śmiertelnie poważnych strategii - tego, kto ma prawo przetrwać i kto jest skazany na zagładę." (4)

Jeśli chce się skończyć z coroczną eksterminacją fizyczną dziesiątków milionów istot ludzkich za pośrednictwem głodu wywołanego przez mechanizmy gospodarki kapitalistycznej i innych plag systemowych oraz z nieustannie postępującym ubóstwem, marginalizacją, wykluczeniem i degradacją kilku miliardów ludzi, trzeba obalić kapitalizm światowy. Trzeba znacjonalizować pod kontrolą pracowniczą i uspołecznić środki produkcji w ramach demokratycznie zarządzanej przez bezpośrednich wytwórców i spożywców, planowej gospodarki światowej i na jej podstawie budować bezklasowe, bezpaństwowe i beztowarowe społeczeństwo światowe, tzn. prawdziwy socjalizm. Nie chodzi o jego stalinowską karykaturę w postaci "socjalizmu w jednym kraju czy w każdym kraju z osobna" i dyktatury pasożytniczej warstwy biurokratycznej. Nie nabierajmy się na dyskurs, że "Ťprawdziwy socjalizmť to taki, który istniał realnie, bo innego socjalizmu nie ma" - gdyby tak było naprawdę, światowa klasa panująca nie inwestowałaby tyle, ile inwestuje, w emisję tego rodzaju dyskursów, nie promowałaby z takim rozmachem "czarnych ksiąg komunizmu" ani nie ściągała co rusz do studiów telewizyjnych dupków z tytułami akademickimi, którzy mają dyktować masom, co należy myśleć o socjalizmie.

Właśnie przeczytałem biografię wielkiego włoskiego wydawcy Giangiacomo Feltrinelliego. To właśnie ten komunista, działając wbrew kierownictwom radzieckiej i własnej partii, wprowadził do literatury światowej Doktora Żywago. Zerwał z Włoską Partią Komunistyczną, ale pod wpływem rewolucji kubańskiej stał się działaczem rewolucyjnym. W "ołowianych latach", gdy za pośrednictwem skrajnie prawicowych terrorystów krajowe i północnoamerykańskie służby specjalne realizowały we Włoszech "strategię napięcia", która miała doprowadzić do dyktatury policyjno-wojskowej, a jego samego oskarżano o morderczy zamach bombowy na Piazza Fontana w Mediolanie (w rzeczywistości dokonali go faszyści powiązani ze służbami specjalnymi), zszedł do podziemia i kierował Partyzanckimi Grupami Działania (GAP). "W raportach CIA i FBI (z którymi można zapoznać się na podstawie Freedom of Information Act) wskazuje się na Feltrinelliego palcem jako na Ťgłównego agenta castryzmu w Europieť", pisze jego syn Carlo (oczywiście, niczyim agentem nie był). Carlo Feltrinelli wspomina pogrzeb ojca w marcu 1972 r. "Parę oryginalnych scen zachowało się w filmie Bellocchia Gwałt na pierwszej stronie. Mediolan był silnie zmilitaryzowany - na każdego uczestnika pogrzebu przypadał jeden gliniarz. Ogółem było ich 8 tysięcy. Na bardzo jasnym niebie latały śmigłowce. Trumnę nieśli na ramionach księgarze firmy Feltrinelli. Były zaciśnięte pięści i czerwone sztandary i słychać było okrzyki: ŤTowarzyszu Feltrinelli, zostaniesz pomszczony!ť. (...) Pewien policjant, który w wiele lat później zatrzymał mnie, aby wlepić mi mandat, opowiedział, że tego dnia był na służbie na cmentarzu Monumentále. Pamięta, że ludzie szli w kondukcie pogrzebowym pod czerwonymi sztandarami (...). On też podniósł pięść i przełożeni go za to ukarali. Komunizm, jeden z wielkich wątków ubiegłego stulecia, to nie tylko Ceaucescu obalony przez tłum na betonowym placu." (5) Ściślej - to wcale nie Ceaucescu ani Breżniew czy Honecker, ani tym bardziej Stalin, który wymordował wielokrotnie więcej komunistów niż sam Hitler, czy Pol Pot i jego zbrodnicza banda, która - gdy przepędziły ją wojska wietnamskie i gdy wyszło na jaw popełnione przez nią ludobójstwo - natychmiast została uznana za sojusznika przez władze USA.

Obalenie kapitalizmu światowego to niesłychanie trudne zadanie, wymagające ciężkiej, długotrwałej i ofiarnej walki ogromnych rzesz ludzkich. Dziesięć dla temu warunki do takiej walki były bardzo niesprzyjające. Od kilku lat zmieniają się korzystnie. O tym jest ten artykuł.



DZIEŃ, W KTÓRYM PADŁ SAJGON



W marcu 1973 r., na podstawie Układów Paryskich, Stany Zjednoczone wycofały z Wietnamu swoje wojska. Dziewiętnaście lat wcześniej rewolucja indochińska pokonała imperializm francuski. Teraz, wespół z ruchem antywojennym w samych Stanach Zjednoczonych, zmusiła do odwrotu amerykański, ale południem ciągle podzielonego Wietnamu nadal rządził zainstalowany przezeń reżim marionetkowy i ciągle toczyła się tam, podobnie jak w Kambodży i Laosie, wojna wyzwoleńcza. Pod koniec 1974 r. Biuro Polityczne w Hanoi postanowiło, że w nowym roku Wietnamska Armia Ludowa i Ludowo-Wyzwoleńcze Siły Zbrojne Wietnamu Południowego będą prowadziły ograniczone, lokalne działania zaczepne. Ofensywę generalną planowano na 1976 r., bo należało zgromadzić wielkie ilości broni i sprzętu - tak, aby z Północy ruszył na Południe przez Kontum potężny walec, zdolny zmiażdżyć we frontalnych bojach korpus armii marionetkowej stacjonujący w wielkiej bazie w Pleiku i otworzyć korytarz w kierunku Sajgonu. Było to bardzo trudne do wykonania - może nawet niewykonalne.

Wtedy, nie proszeni, przyjechali z dżungli do Hanoi dwaj kierownicy delegatury Komitetu Centralnego na Południu - Pham H?ng i gen. Trân Van Tr?. Sprzeciwili się takiemu planowi. "Doprawdy, jesteście niczym Ťżołnierze królať. Wyobrażacie sobie, że bitwę można stoczyć tylko wtedy, gdy ma się kupę wojska i tony amunicji. Jakże wy różnicie się od nas, wynędzniałych żołnierzy na odległym i trudnym froncie, którzy spoglądają na was z zazdrością licząc naboje", mówił Tr?. "Natarcie w kierunku na Kontum i Pleiku to rzucenie się na najmocniejsze pozycje nieprzyjaciela." Postulował, aby czym prędzej, nim imperializm północnoamerykański otrząsnął się z "syndromu wietnamskiego", przystąpić do śmiałych działań ofensywnych, które w ciągu 1975 r. przyniosłyby decydujące zwycięstwa i doprowadziły do wyzwolenia Południa. Należało zacząć od wyzwolenia prowincji Phuoc Long na północnym wschodzie od Sajgonu i otworzyć w ten sposób korytarz prowadzący do stolicy wietnamu Południowego, a następnie uderzyć na południe od Pleiku na pozycje dywizji stacjonującej w Ban M? Thuôt. Z pozoru baza ta miała drugo- czy trzeciorzędne znaczenie, podczas gdy w rzeczywistości zajmowała kluczową pozycję strategiczną - w tym miejscu można było zerwać cały łańcuch wojskowy reżimu marionetkowego. "Atak na Ban M? Thuôt to zadanie nieprzyjacielowi zupełnie nieoczekiwanego ciosu, wzięcie go od tyłu, tam, gdzie niczego się nie spodziewa. Zostanie pobity na głowę i się rozpadnie, a użycie przez nas wielkich sił okaże się zbędne." "Będzie to jak ścięcie drzewa ciosami zadanymi siekierą w dolną część pnia - upaść musi całe ugałęzienie. To nazywa się zadaniem nieodpartego ciosu strategicznego," dowodził Tr?. "Wcale nie wychodziliśmy z założenia, że radykalna zmiana sytuacji zależy od zniszczenia wielkich sił nieprzyjaciela. Rozwój sytuacji, tak jak my go pojmowaliśmy, zależał od wielorakich czynników - zarówno wojskowych, jak i politycznych, materialnych i moralnych, krajowych i międzynarodowych; braliśmy pod uwagę ciężar gatunkowy naszych sił zbrojnych, ale również potencjał naszego narodu, dane o położeniu nieprzyjaciela i naszym położeniu, siły materialne, ale również ich dynamikę. Uważaliśmy, że po osiągnięciu pewnego punktu węzłowego zmaterializują się nasze potencjalne możliwości. Dowództwo musi być na tyle przenikliwe, aby było w stanie dostrzec taki punkt węzłowy i zrozumieć, co się dzieje. Jeśli chce doprowadzić do radykalnej zmiany sytuacji, nie może zajmować postawy wyczekującej czy liczyć na zadanie nieprzyjacielowi ogromnych strat. (...) Korzystna chwila sama nie nadchodzi. Nie można czekać na nią z założonymi rękami. Jej nadejście zależy oczywiście od warunków obiektywnych, ale przede wszystkim od ludzkiego działania."

Tr? ujawnił tę kontrowersję w książce wydanej w 1982 r., podczas gdy jego zwierzchnik, gen. Van Ti?n Dung, przemilczał ją w swojej książce, która uzyskała status urzędowej historii ostatecznego zwycięstwa (6). Nakład książki Tr? skonfiskowano, a jego samego, jednego z czołowych architektów zwycięstwa narodu wietnamskiego w drugiej wojnie indochińskiej, skazano na banicję z życia publicznego. Rzecz w tym, że kontrowersja miała głębokie podłoże. Jedna koncepcja odzwierciedlała mentalność coraz bardziej ociężałej i konserwatywnej warstwy biurokratycznej, która skłonna była spocząć na laurach sprawowania władzy państwowej i dbać o własne interesy, druga - mentalność bojowników rewolucyjnych. Wojna małego narodu ze światowym supermocarstwem nauczyła ich posługiwać się po mistrzowsku metodą dialektyczną (a ściślej tą metodą dialektyczną, która kieruje się zasadą przyczynowości strukturalnej) i ufać jej bardziej niż logice formalnej. Co prawda Tr? nie przekonał Biura Politycznego do gruntownej zmiany planu, ale wymógł jego modyfikację pod dwoma względami, które okazały się decydujące - przesądziły o przebiegu i wyniku wojny. Chodziło o postulowane przezeń uderzenia na Phuoc Long i Ban M? Thuôt. Georges Boudarel pisze w związku ze sposobem, w jakim Biuro Polityczne rozstrzygnęło tę kontrowersję: "Można uważać, że bardzo już zaawansowany proces paraliżu biurokratycznego nie ogarnął jeszcze całego aparatu i że jedna z frakcji decydentów nadal była bliższa rewolucyjnym działaczom partii podziemnej niż funkcjonariuszom państwa powołującego się co prawda na socjalizm, ale takiego, w którym stratyfikowały się już hierarchiczne warstwy nomenklatury." (7)

3 stycznia 1975 r. padło miasto Phuoc Long - po raz pierwszy w drugiej wojnie indochińskiej armia ludowa wyzwoliła całą prowincję. Rozwój wydarzeń przekroczył najśmielsze oczekiwania gen. Tr?. 10 marca trzy dywizje uderzyły na Ban M? Thuôt i w ciągu 24 godzin opanowały to największe miasto na płaskowyżu Tay Nguy?n. Płaskowyż ten ciągnie się nieprzerwanie na długości 800 km od granicy Północy z Południem i kończy się 100 km na północ od Sajgonu, toteż jego kontrola ma pierwszorzędne znaczenie strategiczne nie tylko dla Wietnamu Południowego, ale dla całych Indochin. W Hanoi uświadomiono sobie nagle, że w Ban M? Thuôt rozegrała się bitwa, od której faktycznie, o rok wcześniej i zupełnie inaczej niż zaplanowano, rozpoczyna się wielka ofensywa końcowa. W obliczu utraty Ban M? Thuôt rząd marionetkowy rozkazał swojej armii wycofać się z Kontum, Pleiku i całego płaskowyżu oraz z prowincji północnych, a więc z dwóch spośród czterech okręgów wojskowych, i skupić się na obronie "Wietnamu użytecznego" - delty Mekongu i regionu sajgońskiego. "Odwrót na z góry upatrzone pozycje" zamienił się w mgnieniu oka w bezładne, paniczne stampede pod huraganowym ogniem artyleryjskim. 26 marca padła stara stolica cesarska Hue, a 29 wielka baza Danang, do której napływały uchodzące z pola walki wojska sajgońskie. Ze 160 tysięcy żołnierzy armii marionetkowej stacjonujących w obu okręgach wojskowych wymknęło się tylko 10 tysięcy.

Układ sił zmienił się definitywnie na korzyść rewolucji indochińskiej - pozwolił armii ludowej skoncentrować się wokół Sajgonu i uzyskać tam miażdżącą przewagę. 9 kwietnia z udziałem trzynastu dywizji - łącznie 120 tysięcy żołnierzy - zaczęła się końcowa kampania im. Ho Chi Minha: bitwa o Sajgon. 29 kwietnia Amerykanie urządzili tam sromotne widowisko klęski imperialnej pod tytułem "ratuj się kto może". 30 kwietnia nacierająca z pięciu kierunków na raz Wietnamska Armia Ludowa wyzwoliła Sajgon. Czołg wdarł się na dziedziniec pałacu prezydenckiego rozrywając pociskiem potężną kratę - "tak, jakby chodziło o to, aby tym symbolicznym włamaniem przypieczętować triumf przemocy rewolucyjnej" (8). Okazało się, że potężne środki materialne, w jakie Stany Zjednoczone wyposażyły reżim południowowietnamski, na nic się nie zdały, ponieważ sam ten reżim stanowił zbite przez imperializm ze zgniłych desek i wzniesione na bagnie rusztowanie. Niespełna dwa tygodnie wcześniej wojska Czerwonych Khmerów zdobyły stolicę Kambodży, Phnom Penh. Dobiegła końca bodaj najcięższa w dziejach wojna narodowowyzwoleńcza, w której mały, słabo rozwinięty i biedny naród porwał się z przysłowiową motyką na słońce i wygrał z największym, najwyżej rozwiniętym i najbogatszym mocarstwem świata - stało się coś, co z punktu widzenia racjonalności właściwej ideologii panującej na świecie nie miało prawa się zdarzyć.

Ludzka inteligencja w połączeniu z wolą rewolucyjną, gdy ta staje się udziałem mas, czyni w historii cuda - zawsze, rzecz jasne, w ramach tego, co materialnie możliwe. Che Guevara, przedstawiając na pierwszej stronie Wojny partyzanckiej "wkład, jaki pod trzema podstawowymi względami rewolucja kubańska wniosła do mechaniki ruchów rewolucyjnych w Ameryce", tak sformułował drugi i zapewne najważniejszy z nich: "Nie zawsze należy czekać, aż powstaną wszystkie warunki do rewolucji - ognisko (czy zarzewie) powstańcze może je stworzyć." (9) Stąd krytycy zwykli określać jego koncepcję walki rewolucyjnej mianem ogniskowej lub zarzewiowej. Teza ta zarówno w wąskim rozumieniu, jak i w absolutnie prawomocnej interpretacji rozszerzającej, w której ognisko czy zarzewie powstańcze zastępuje czyn rewolucyjny, stanowi jedną z najlepszych odtrutek na mechanistyczne, deterministyczne, ewolucjonistyczne i ekonomistyczne wykładnie marksizmu (10), rozpowszechnione przez aparaty ideologiczne konserwatywnych biurokracji Drugiej i Trzeciej Międzynarodówki.

Wietnamski ruch wyzwoleńczy udowodnił, że wojna ludowa to potężny środek w walce narodów kolonialnych i zależnych z imperializmem i wyposażył rewolucję proletariacką na świecie w drugą obok tradycyjnej dla niej - nastawionej na powstańczy strajk generalny - strategię. Osiem lat wcześniej Rudi Dutschke, przywódca rewolucyjnych studentów zachodnioberlińskich, pisał: "Wtedy, gdy władzę w Niemczech zdobywał faszyzm, utworzone w Ťrejonach radzieckichť Chin chłopskie armie wyzwoleńcze usiłowały odpowiedzieć na Ťczwartą kampanięť wojsk czangkajszekowskich, które je okrążyły i zamierzały zniszczyć, nowymi metodami prowadzenia wojny, a ściślej nową metodą wojenną - wojną ludowo-rewolucyjną, przewlekłą wojną partyzancką. (...) Ta forma walki narodowowyzwoleńczej jako część składowa międzynarodowego ruchu emancypacyjnego jest nierozłącznie związana z obecnym stadium rozwoju sił wytwórczych w skali światowej, z kompleksowym ruchem kapitału, który - jak się okazuje - nie wszędzie potrafi się zagnieździć i nie ze wszystkich czyni wytwórców wartości dodatkowej." (11)

W chwili klęski w Indochinach Stany Zjednoczone weszły już w stadium powolnego schyłku swojej hegemonii w systemie światowym, podczas gdy rozwój kapitalizmu przeszedł po raz kolejny z długiej fali o tendencji ekspansywnej do długiej fali o tendencji zastojowej i depresyjnej - z której, jak wiele na to wskazuje, nie wyszedł po dziś dzień (12). Supermocarstwo północnoamerykańskie z pewnością nie było "papierowym tygrysem", ale rację miał Che Guevara, gdy dowodził, że to kolos, który w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej stoi na glinianych nogach i że ruchy wyzwoleńcze mogą go pobić. 30 kwietnia 1975 r., jako gorący zwolennik jego myśli politycznej - do socjalizmu i marksizmu przekonała mnie na samym początku lat sześćdziesiątych rewolucja kubańska (a nie polska władza biurokratyczna) - zastanawiałem się, jakie byłyby rozmiary klęski imperializmu, gdyby - a przecież było to całkiem możliwe - udało się zrealizować strategię rewolucji trójkontynentalnej, czyli - jak to w 1967 r. postulował z dżungli boliwijskiej Guevara - "stworzyć dwa, trzy... wiele Wietnamów". Czyż warunki realizacji tej strategii nie były teraz dużo korzystniejsze niż za jego życia - tym bardziej, że poczynając od maja 1968 r. masowe zrywy młodzieżowe i robotnicze wstrząsnęły nawet wysoko rozwiniętymi, imperialistycznymi ośrodkami kapitalizmu światowego?

Sajgon padł w przeddzień Międzynarodowego Święta Pracy. Trudno o lepszy symbol tego zwycięstwa. Tymczasem władza w całym, wreszcie zjednoczonym i niepodległym Wietnamie, nie przeszła z rąk imperializmu i reżimu marionetkowego w ręce robotników i chłopów, lecz warstwy biurokratycznej. Kilka lat wcześniej pewien bojownik wietnamski, były dowódca batalionu Ludowo-Wyzwoleńczych Sił Zbrojnych z okolic Sajgonu, który przyjechał do Polski na studia doktoranckie, powiedział mi: "Zgodnie z Manifestem Komunistycznym wyzwolenie klasy robotniczej może być tylko dziełem samej tej klasy. Tak Marks pojmował socjalizm. Niestety, nasze zwycięstwo w tej wojnie wcale nie będzie tak wyglądało. W Wietnamie Południowym, podobnie jak to stało się już na Północy, zostanie obalony kapitalizm, ale zapadnie nad nim ołowiana pokrywa na wpół konfucjańskiej, na wpół stalinowskiej władzy biurokratycznej, która ukształtowała się na w Wietnamie Północnym. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że klęska imperializmu w Indochinach wydatnie ułatwi samowyzwolenie robotników na świecie."

Dutschke, jeden z wielu działaczy rewolucyjnych, których pisma wtedy studiowałem, był przekonany, że realizacja strategii Guevary doprowadzi również do podkopania i załamania dyktatur biurokratycznych w ZSRR i bloku radzieckim, a tym samym usunie grunt, na którym w społeczeństwach tego bloku rozpleniło się wyobcowanie pracy i zaciążyło przemożnie na świadomości społecznej. W 1967 r., w przedmowie do niemieckiego wydania orędzia Guevary do Organizacji Trójkontynentalnej, tak komentował jego stwierdzenie, że solidarność "obozu socjalistycznego" z narodem wietnamskim "przypomina gorzkie szyderstwo, jakie dla gladiatorów w cyrku rzymskim oznaczał aplauz plebsu": "Drugi, trzeci Wietnam sprawi, że kraje socjalistyczne, które dziś tego unikają, będą musiały się zdecydować: albo nastąpi w nich nawrót do solidarności międzynarodowej, albo przyjdzie im asystować świadomemu i ostatecznemu przejściu Związku Radzieckiego do obozu kontrrewolucji międzynarodowej." Tak czy inaczej, pisał dalej Dutschke, należy spodziewać się, że spowoduje to w tych krajach przebudzenie rewolucyjnej świadomości mas. "W razie powstania drugiego czy trzeciego Wietnamu przepaść dzieląca partię i lud w Związku Radzieckim i krajach Europy Wschodniej musiałaby zniknąć - po to zwłaszcza, aby możliwe stało się udzielenie skutecznej pomocy ruchom wyzwoleńczym. To z kolei pozwoliłoby wznowić rewolucję, która od wielu dziesięcioleci przeżywa w tych krajach zastój, i obalić panowanie biurokracji partyjnej nad ludem." (13)

Podzielałem ten pogląd.



ODPŁYW



30 kwietnia 1975 r. odnosiło się wrażenie, że świat ma jeszcze przed sobą "dwa, trzy... wiele Wietnamów". Fala rewolucyjna zaczęła wznosić się pod koniec drugiej wojny światowej; stalinowskie partie komunistyczne zrobiły wszystko, co było w ich mocy, aby się załamała, co udało im się w Grecji, Włoszech i Europie Zachodniej, ale nie w Jugosławii, gdzie komuniści wypowiedzieli Stalinowi posłuszeństwo, ani w Chinach, gdzie uczynili to samo. W Chinach, a następnie w Indochinach wojny rewolucyjne ruszyły pełną parą, czemu towarzyszyło natarcie ruchów niepodległościowych w tak wielkich koloniach, jak Indonezja i Indie. Zwycięstwo rewolucji chińskiej w 1949 (jak mówił później Mao Tse-tung i co jest faktem, "osiągnęła ona zwycięstwo wbrew woli Stalina"), zwycięstwo wietnamskiego ruchu wyzwoleńczego nad imperializmem francuskim pod Dien Bien Phu w 1954 r. i zwycięstwo rewolucji kubańskiej pod samym nosem imperializmu północnoamerykańskiego w 1959 r., obalenie w Chinach, Wietnamie Północnym i na Kubie kapitalizmu, wojna wyzwoleńcza narodu algierskiego - wszystko to świadczyło, że na peryferiach systemu światowego rewolucja znalazła w ofensywnym położeniu strategicznym. Kolejną fazą jej ekspansji był Maj 68 w krajach położonych w centrum systemu. Teraz, wraz z klęską największego mocarstwa w Indochinach, fala rewolucyjna wspięła się górę tak wysoko, że można było się spodziewać, iż wkrótce z większą niż kiedykolwiek siłą rozleje się po świecie. Dlatego w półtora roku później w Hawanie, gdzie zamieszkałem, Roberto Guevara, brat Che, i Julio Santucho, brat Mario Roberta, dopiero co zabitego sekretarza generalnego Rewolucyjnej Partii Pracujących (PRT) i komendanta głównego Armii Ludowo-Rewolucyjnej (ERP) w Argentynie, z łatwością skłonili mnie, abym wstąpił do ich partii. Argentyna znalazła się właśnie po raz kolejny pod - tym razem niesłychanie morderczą - dyktaturą wojskową.

Było jasne, że imperializm północnoamerykański, zagrożony w Ameryce Łacińskiej rewolucją socjalistyczną, rozpętał wojnę kontrrewolucyjną. Czynnie wspieranym przez Stany Zjednoczone armiom i policjom udało się obalić demokratycznie wybrany, reformistyczny rząd Jedności Ludowej w Chile, a w wielu innych krajach rozbić wiejskie i miejskie ruchy partyzanckie oraz rozprawić się z ruchem robotniczym i chłopskim. W ślad za Brazylią, Gwatemalą, Urugwajem i Chile klasę robotniczą i masy ludowe w Argentynie dławiła iście londonowska żelazna stopa reżimu nowego typu - "państwa stanu wyjątkowego" pod dyktaturą "partii wojskowej" wielkiego kapitału ponadnarodowego. Wszędzie siłę uderzeniową "partii wojskowych" stanowiła kasta zawodowych oprawców, która zorganizowała gęstą sieć katowni i tajnych cmentarzy i mordowała setki tysięcy ludzi - najwięcej, bo około 200 tysięcy, wymordowała w małej Gwatemali. Globalizacji kapitalizmu neoliberalnego torowała w Ameryce Łacińskiej drogę internacjonalizacja wojny kontrrewolucyjnej, nazywanej również "wojną z działalnością wywrotową". To tylko jeden z wielu faktów, które uzasadniają pogląd, że - jak pisze Claude Serfati parafrazując aforyzm Clausewitza - gospodarka neoliberalna jest kontynuacją wojny przy użyciu innych środków (14).

Dzisiaj wiadomo, jak to wyglądało. "Wojskowi argentyńscy inspirowali się bezpośrednio metodami stosowanymi przez Francuzów podczas bitwy o Algier, w tym torturami i zaginięciami", mówi paryska adwokat Sophie Thonon (15). Potwierdza to gen. Acdel Edgardo Vilas, były kierownik tajnego więzienia w prowincji Tucumán, w której operowała kompania leśna ERP: "Zastosowaliśmy metody stosowane przez Francuzów w Indochinach i Algierii." (16) Wojskowi argentyńscy, przywracając w 1976 r. swoją dyktaturę, "przemyślnie połączyli amerykańskie teorie wojny klasycznej, francuską teorię walki z działalnością wywrotową i Ťschemat Trinquierať: podział na strefy, fiszkowanie, przeczesywanie, tortury i Ťzniknięciať. Bitwa o Buenos Aires była wierną kopią bitwy o Algier. Mówi nam to dziś nie kto inny, jak gen. Bignone, ostatni szef junty wojskowej, a wówczas zastępca Videli w sztabie wojsk lądowych", pisze Pierre Abramovici (17).

Dlaczego wzory były francuskie? Otóż masakra kolonialna stała się dla burżuazji francuskiej systemem sprawowania władzy zanim kapitalizm wszedł w stadium imperializmu. Młodzi oficerowie armii francuskiej, którzy przewodzili masakrom podczas podboju Algierii w latach trzydziestych XIX w., "byli na Politechnice uczniami, a nieraz nawet wyznawcami Augusta Comte'a", pisze François Maspero. "Właśnie z racji swojego wykształcenia rozumieli oni wagę uczynienia z masakry systemu." (18) Francuski imperializm demokratyczny eksterminował narody podbite na taką skalę, jak niemiecki imperializm nazistowski, ale winnym tych zbrodni nie spadł włos z głowy - i nie spada do dziś. Gen. Maurice Schmitt, kierownik jednej z katowni podczas bitwy o Algier, był w latach 1987-1991 szefem sztabu wszystkich rodzajów wojsk i dowodził francuskim korpusem ekspedycyjnym podczas krucjaty Zachodu przeciwko Irakowi. W demokracji burżuazyjnej nie ściga się oprawców imperializmu, lecz roztacza się nad nimi specjalną ochronę.

Na podstawie doświadczeń wyniesionych z pierwszej wojny indochińskiej płk Roger Trinquier wypracował doktrynę wojny kontrrewolucyjnej, którą Francja posłużyła się w Algierii, poczynając od słynnej "bitwy o Algier", stoczonej w 1957 r. przez spadochroniarzy francuskich z podziemną siatką Frontu Wyzwolenia Narodowego (FLN). W 1958 r. sześćdziesięciu wojskowych argentyńskich zapoznało się z tą doktryną na miejscu, w Algierii - Francuzi zademonstrowali im na pojmanych bojownikach algierskich, "jak to się robi". W osiemnaście lat później ci wojskowi stanęli na czele aparatu terroru w Argentynie. Po wojnie w Algierii Francja eksportowała swoich najlepszych oprawców w charakterze instruktorów na półkulę zachodnią. Szkolili oni w dziedzinie masowych represji - policyjnej kontroli ludności, łapanek, uprowadzeń, tortur jako podstawowej metody uzyskiwania informacji, mordów na "elementach wywrotowych" i ich zapleczu społecznym, wysiedleń - w szkole wojsk specjalnych USA w Fort Bragg w Karolinie Północnej, w szkole spadochroniarzy w Fort Benning w Georgii, a także w koszarach armii latynoamerykańskich. Tortury ćwiczono na żywych ludziach. School of Americas w Strefie Kanału Panamskiego, w której armia USA szkoliła latynoamerykański personel wojskowy wykorzystując doświadczenia oprawców francuskich, to jedna z najbardziej zbrodniczych instytucji państwowych, jakie kiedykolwiek działały na półkuli zachodniej.

Prym wiódł Paul Aussaresses, dziś generał. Podczas bitwy o Algier był prawą ręką samego gen. Jacques'a Massu. Niedawno opublikował wspomnienia, w których chwali się swoimi zbrodniami wojennymi i zbrodniami przeciwko ludzkości - torturami i doraźnymi egzekucjami na wielką skalę (19). Później, jak sam przyznaje, "służył w Fort Benning i Fort Bragg za instruktora amerykańskich wojsk specjalnych zaangażowanych w Wietnamie". Skądinąd wiadomo, że wyszkolił Roberta Komera, analityka CIA, który następnie, będąc ambasadorem w Sajgonie, organizował zbrodnie przeciwko ludzkości podczas operacji "Phoenix". Jako attaché wojskowy Francji w Brazylii Aussaresses nadzorował działalność szkoleniową oprawców francuskich w armiach tego regionu. Prawdopodobnie inspirował operację "Condor", cynicznie określaną w raportach sekretarza stanu USA Henry Kissingera mianem "Mord, Spółka akcyjna" - polegała ona na koordynacji międzynarodowego terroryzmu państwowego, w której uczestniczyły dyktatury wojskowe Argentyny, Chile, Urugwaju, Paragwaju, Boliwii i Brazylii,

Argentyńska PRT-ERP miała dwojaki rodowód - rewolucyjno-nacjonalistyczny i castrystowski oraz rewolucyjno-marksistowski (przez pewien czas należała do Czwartej Międzynarodówki). Była pierwszym w Ameryce Łacińskiej, a nawet na świecie, ruchem kierującym się strategią wojny ludowej, który osadził się wśród załóg robotniczych nowoczesnego przemysłu. Mając wśród nich punkty oparcia, prowadziła od 1970 r. - równolegle do kilku innych ruchów marksistowskich i lewicowo-peronistowskich - niezwykle intensywną i śmiałą wojnę partyzancką w wielkich miastach (Córdoba, Rosario, Buenos Aires), a także w lasach Tucumán. (20) Po załamaniu się wielu latynoamerykańskich ruchów partyzanckich, które zgodnie ze strategią Che Guevary działały na terenach wiejskich, w lasach i dżunglach, i szukały oparcia w chłopstwie, wydawało mi się, że po myśli klasycznego marksizmu sprawa rewolucji przechodzi w ręce robotników i że to oni zaczną teraz po swojemu realizować wspomnianą strategię, kojarząc ją wreszcie z doświadczeniami, praktykami i programem ruchu robotniczego - czego bardzo brakowało myśli politycznej Che. Mario Roberto Santucho pisał: "Proletariat fabryczny, poddany codziennemu wyzyskowi w samym sercu machiny kapitalistycznej, zgromadzony tam w wielkiej liczbie, ma absolutnie najlepsze warunki do przyswojenia sobie idei rewolucyjnych, potrafi zmobilizować się z ogromną energią, skupić wokół siebie szerokie masy pracujące - mniej skoncentrowanych robotników, robotników rolnych, chłopów średnio- i małorolnych, urzędników, studentów, pracowników niezależnych itd. - oraz stanąć na ich czele, gdy z rozmachem i całą mocą rozwijają swoje siły, mądrze organizowane i kierowane przez bojową partię proletariacką." (21)

W rzeczywistości, zanim Roberto Guevara i Julio Santucho przyjęli mnie w Hawanie do PRT - kilka miesięcy wcześniej - partia ta wraz z kierowaną przez nią organizacją wojskową została rozbita. Na emigracji snuto jeszcze przez kilka lat na plany jej odbudowy, ale spaliły na panewce. Ameryka Łacińska nie stała się drugim Wietnamem. Co więcej, rzeczywisty ruch fali rewolucyjnej okazał się inny, niż się tego spodziewaliśmy - fala ta załamywała się i opadała na całym świecie. 30 kwietnia 1975 r. osiągnęła punkt szczytowy, a nawet wzniosła się ponad swoje rzeczywiste możliwości i teraz w samych Indochinach, jakby przerażona tym, na jakie wspięła się wyżyny, runęła w otchłań. Dlaczego tak się stało? Katastrofalna zapaść rewolucji indochińskiej, jaka tuż po zwycięstwie nastąpiła na odcinku kambodżańskim, była ceną, którą przyszło zapłacić za wirusa stalinizmu od początku toczącego koła kierownicze tej rewolucji - za stosowanie przez nie stalinowskich praktyk politycznych, za ich wychowanie w duchu stalinowskiej doktryny budowy socjalizmu w każdym kraju z osobna, za poświęcanie interesów socjalizmu międzynarodowego na ołtarzu interesów narodowej biurokracji partyjno-państwowej. Kierownictwo rewolucji wietnamskiej, kierując się swoimi własnymi interesami biurokratycznymi, przez wiele lat poświęcało interesy rewolucji kambodżańskiej - np. starało się ją hamować, gdy Czerwoni Khmerowie powstali zbrojnie przeciwko reżimowi księcia Norodoma Sihanouka, z którym Hanoi miało swoje układy - co w szeregach tej ostatniej sprzyjało fermentacji resentymentów i fobii, a ideowo obcym elementom pozwalało łowić ryby w zmąconej w ten sposób wodzie. Gdy w 1973 r., po Układach Paryskich, armia USA wycofała się z Wietnamu, ale przystąpiła do gigantycznych nalotów bombowych na Kambodżę, które groziły narodowi tego kraju starciem z powierzchni ziemi, wśród Czerwonych Khmerów doszło do gwałtownej reakcji szowinistycznej i pozwoliło frakcji szerującej hasłem "obrony i odrodzenia rasy khmerskiej" jako "zagrożonego gatunku", przechwycić kierownictwo ruchu. W swoim sojuszniku - narodzie wietnamskim - frakcja Pol Pota upatrywała faktycznie dziedzicznego, śmiertelnego wroga. 17 kwietnia 1975 r., zaraz po zdobyciu Phnom Penh, rozkazała armii rewolucyjnej opróżnić miasta. Są one tworem obcych, twierdził Pol Pot, mając na myśli kupców chińskich i tajskich, urzędników i robotników wietnamskich itd., ludność jest w nich mieszana pod względem rasowym i duchowym, stanowią siedlisko lichwy i korupcji, czynnik rozkładu i pasożytują na ciele rolniczej "rasy khmerskiej".

Czerwoni Khmerowie nie tylko obalili doszczętnie panowanie tradycyjnej biurokracji państwowej i burżuazji. O prawdziwej naturze ich reżimu świadczyło coś innego - to, że wysiedlili na wieś i rozproszyli robotników, likwidując ich jako klasę społeczną. Już w miesiąc później Joseph Hansen, marksista amerykański i zwolennik Czwartej Międzynarodówki, pisał, że wypędzenie robotników z miast i traktowanie ich jako potencjalnych czy zgoła realnych Ťwrogów klasowychť nie ma nic wspólnego z marksizmem, a program realizowany przez Czerwonych Khmerów nie jest programem komunistycznym. Nie był on nawet stalinowski. Ben Kiernan, najlepszy znawca ruchu i reżimu czerwonokhmerskiego, po wielu latach żmudnych badań potwierdził słuszność tej oceny. "Robotnicy w Phnom Penh odkryli, że nie uważa się ich za Ťpodstawęť miejskiego ruchu rewolucyjnego, lecz po prostu za członków klas wyzyskiwaczy, które prosperowały na barkach ubogiego chłopstwa", pisze Kiernan. "To nie była komunistyczna rewolucja proletariacka, która uprzywilejowuje klasę robotniczą, ani rewolucja chłopska, która faworyzuje rolników." Rzecz w tym, że "u Czerwonych Khmerów pojęcie rasy wzięło górę nad pojęciem klasy". (22) Ultraszowinistyczna gorączka malaryczna doprowadziła reżim Pol Pota do popełnienia na swoim własnym narodzie zbrodni ludobójstwa - eksterminacji "wietnamskich dusz w khmerskich ciałach" (w polskich ideologiach antysemickich ich odpowiednikiem są "Polacy myślący po żydowsku").

Gdzie indziej fala rewolucyjna opadała łagodniej. Po przypływie kwietniowym 1974 r. szybko cofnęła się w Portugalii. W końcu lat siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych zdawało się, że odpływ był przejściowy - świadczyły o tym wybuchy rewolucji w Iranie i Polsce oraz zwycięstwo rewolucji w Nikaragui i bardzo silny bodziec, jaki dało ono rozwojowi ruchów rewolucyjnych w Ameryce Środkowej. Gdyby w Salwadorze partyzanci uderzyli na miasta nie w styczniu 1981 r., lecz kilka miesięcy wcześniej, podczas zmasowanych wystąpień związanych z nimi miejskich ruchów społecznych, rewolucja miałaby szansę zwyciężyć nie tylko w tym kraju, ale również w Gwatemali, a wtedy losy sandinowskiej Nikaragui i całego regionu potoczyłyby się zapewne inaczej. Spóźniona i wskutek tego nieudana ofensywa partyzantów salwadorskich miała dalekosiężne skutki. Najstraszliwsze były w Gwatemali, gdzie wobec indiańskich społeczności chłopskich, które stanowiły oparcie ruchu partyzanckiego, rasistowskie reżimy wojskowe zastosowały jedną z najbardziej ludobójczych strategii, jakie zna epoka nowoczesna. Wszystkie wspomniane rewolucje - jedne prędzej, inne później - załamały się lub straciły impet i zrezygnowały z walki o władzę, utknęły na mieliznach czy wreszcie zostały opanowane przez siły reakcyjne. W Iranie rewolucję ludową wyhamował i ubezwłasnowolnił kler szyicki.

W polskiej rewolucji 1980-1981 r. była szansa, aby obalić dyktaturę biurokratyczną, ale zachować znacjonalizowaną i planową gospodarkę i na jej podstawie przystąpić do budowy socjalizmu robotniczego, samorządowego i demokratycznego. Taka jest - dziś ukrywana - prawda. Wtedy nie mieli co do tego wątpliwości nawet tacy ludzie, jak ks. Józef Tischner. Jeszcze w 1983 r. pisał on - później kogokolwiek, kto głosił takie poglądy, piętnował jako homo sovieticusa - o zespole norm, wartości i dążeń, którymi kierowała się "Solidarność": "Ogromną rolę przy jego narodzinach odegrała inspiracja chrześcijańska. Czy były to jedyne źródła owego etosu? Myślę, że nie. Duże znaczenie miała również sama socjalistyczno-marksistowska ideologia, której hasła przenikały w świadomość społeczną. Etos solidarności może być uważany za wcielenie w życie ideału braterstwa ludzi pracy walczących o wyzwolenie społeczne. W gruncie rzeczy wszystkie podstawowe wartości etosu solidarności są zawarte w obszarze wartości socjalizmu." (23) Potwierdzała to absolutnie typowa dla wielkich zrywów robotniczych i rewolucji proletariackich, od dawien dawna rozpoznana przez rewolucyjny marksizm, dynamika rozwoju "Solidarności" i opartego na niej ruchu samorządowego załóg (24). Obecnie ruch ten wyrugowano z dokumentnie zakłamanej historii Rewolucji Sierpniowej. Program przejściowy Trockiego, którym posługiwałem się działając w "Solidarności", pasował do tej dynamiki jak ulał. Roli proletariatu wielkofabrycznego w rewolucji, której nie przyszło mi doświadczyć w Argentynie, doświadczyłem we własnym kraju. Niezależny ruch robotniczy w Polsce krępowało jednak coraz bardziej prawe, umiarkowane i ugodowe - dążące do kompromisów z władzą biurokratyczną - skrzydło "Solidarności".

Tak jak w każdej rewolucji, podstawową kwestią była kwestia władzy. Po latach Szymon Jakubowicz, jeden z moich ówczesnych przeciwników politycznych w łonie "Solidarności", dość obszernie i obiektywnie przedstawiając w swojej Bitwie o samorząd moje poglądy i działania, bardzo mocno podkreślał, że stawiałem tę kwestię i dążyłem do jej rozwiązania na drodze rewolucyjnej - do tego, aby klasa robotnicza zdobyła władzę państwową. W rzeczy samej takie było moje dążenie. "Strategia Kowalewskiego, a później w dużym stopniu Grupy Lubelskiej" (chodzi o założoną na konferencji w Lublinie Grupę Roboczą na Rzecz Międzyregionalnej Inicjatywy Współpracy Samorządów Pracowniczych, którą współtworzyłem, a która przewodziła radykalnemu skrzydłu ruchu samorządowego), "mająca na celu przejęcie przez rozbudowany pionowo samorząd pracowniczy władzy gospodarczej", pisał Jakubowicz, zakładała, że "w wyniku zwycięskiego strajku czynnego powinno dojść (..) do utworzenia w Sejmie II Izby (samorządowej albo społeczno-gospodarczej" - ciało to "miałoby koncentrować władzę gospodarczą państwa we własnych rękach". "[Kowalewski] II Izbę traktuje tylko jako wstęp do przejęcia władzy politycznej [oraz] negując gospodarkę rynkową, dąży do utrzymania imperatywnego planowania i zarządzania, tyle tylko, że sprawowanego przez demokratycznie wybrane ponadzakładowe struktury samorządu pracowniczego". (25) Otóż to. Walka o kontrolę robotniczą nad dystrybucją i produkcją, a w szczególności rozszerzająca się z jednego czy paru regionów na cały kraj fala czynnego strajku okupacyjnego - polega on na okupacji fabryk i uruchomieniu przez strajkujące załogi produkcji pod zarządem robotniczym - stanowiła trzon głoszonej przeze mnie strategii, która miała doprowadzić do obalenia władzy biurokratycznej i ustanowienia demokratycznej władzy robotniczej. Ideę strajku czynnego - a nawet podstawy całej tej strategii - podsunęło mi głównie czasopismo Sartre'a Les Temps Modernes z Maja 68. Strajk czynny był niejako naturalnie wpisany w dynamikę ruchu, w którym podstawową formę walki stanowił masowy strajk okupacyjny - stawia on faktycznie kwestię, kto dysponuje środkami produkcji. Moja inicjatywa spotkała się z gwałtownie wrogą, zgodną reakcją gen. Jaruzelskiego, hierarchów PZPR i Trybuny Ludu oraz tych wszystkich działaczy, doradców i ekspertów "Solidarności" - przynależnych głównie do ewoluującej coraz bardziej na prawo "opozycji demokratycznej" i prawicowej "opozycji niepodległościowej" - którzy bali się rewolucji robotniczej jak diabeł święconej wody. Lecz echo, jakim inicjatywa strajku czynnego odbiła się w "Solidarności" i ruchu samorządowym, było aż nadto wystarczające, abym nie miał wątpliwości, że jest trafna.

Był jeden wielki szkopuł - ta rewolucja nie miała do swojej dyspozycji partii rewolucyjnej ani nawet zalążka takiej partii. Od Lenina i Trockiego oraz z doświadczeń takich rewolucji proletariackich, jak hiszpańska 1936 i boliwijska 1952 r., wiedziałem, że bez partii rewolucyjnej klasa robotnicza może w najlepszym razie obalić władzę burżuazyjną czy, jak w tym przypadku, biurokratyczną, ale nie może ustanowić własnej, a już na pewno jej utrzymać. Budowa partii stała się więc niezwykle palącą sprawą - przy czym partii koniecznie zintegrowanej międzynarodowo. Do takiego wniosku doszedłem na podstawie doświadczeń, jakich przysporzyła mi przynależność do argentyńskiej PRT i współpraca z chilijskim Ruchem Lewicy Rewolucyjnej (MIR). Choć obie te partie współdziałały ze sobą i z organizacjami rewolucyjnymi w sąsiednich krajach w ramach Rewolucyjnej Rady Koordynacyjnej (JCR) Południowego Stożka Ameryki Łacińskiej, były partiami narodowymi. Miałem świadomość, że poważnie zaciążyło to na ich losach. Dlatego podczas I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ "Solidarność" w Gdańsku we wrześniu 1981 r. wstąpiłem do Czwartej Międzynarodówki, założonej w 1938 r. przez Trockiego - w tym czasie nie miałem już wątpliwości, że obok Luksemburg i Lenina był on najwybitniejszym myślicielem politycznym na polu rewolucyjnego marksizmu i strategiem rewolucji proletariackiej, przy czym górował nad nimi ogromem przeżytych i przemyślanych doświadczeń. Od Maja 68 Czwarta Międzynarodówka, zasilona licznymi zastępami młodego pokolenia rewolucyjnego, wydatnie rozbudowała swoje szeregi i uzyskała wpływy w ruchach masowych, głównie w Europie Zachodniej i Ameryce Łacińskiej.

Cztery względy przesądziły o moim wstąpieniu do Czwartej Międzynarodówki. Po pierwsze to, że na lewicy stanowiła jeden z nurtów radykalnie antystalinowskich i że spośród tych nurtów ona najaktywniej popierała polską rewolucję, a zarazem najlepiej ją rozumiała, o czym mogłem przekonać się czytając Inprecor. Po drugie coś, na co zwrócił moją uwagę Louis Althusser, którego myśl filozoficzną od lat pilnie studiowałem. Otóż w Odpowiedzi Johnowi Louisowi wskazał on na pewne "pozornie paradoksalne zjawisko": "umacnianie się w pięćdziesiąt lat po Rewolucji Październikowej i w dwadzieścia lat po Rewolucji Chińskiej Organizacji, które egzystują od czterdziestu lat, choć nie odniosły żadnego historycznego zwycięstwa (bo, w odróżnieniu od obecnych Ťgoszyzmówť, są to organizacje, a ponadto one mają teorię): Organizacje trockistowskie." (26) Walory teoretyczne współczesnej myśli Czwartej Międzynarodówki w dziedzinie politycznej i społeczno-ekonomicznej były mi częściowo znane, głównie z kilku książek Ernesta Mandela. Po trzecie, stosunek Czwartej Międzynarodówki do historii ruchu robotniczego. Nieźle określono go później we francuskim Krytycznym słowniku marksizmu. "Gdyby trzeba było zdefiniować w paru słowach trockizm, niewątpliwie należałoby ich szukać w sferze pewnego stosunku do historii. Teoria rewolucji permanentnej świadczy przede wszystkim o niezwykłej wierze w sens dziejów, jak również o wyostrzonym i przenikliwym pesymizmie w podejściu do wielkich tragedii XX w. Dalej, jeśli chodzi o stosunek do historii, marksizm Trockiego i trockistów niestrudzenie szuka przekładu zdarzeń, sytuacji i strategii na pojęcia materializmu historycznego (...). Wreszcie i nade wszystko, swoimi największymi dziełami (1905, Historią rewolucji rosyjskiej, Moim życiem) Trocki potrafił zapoczątkować cenną dla ruchu robotniczego, cierpiącego na amnezję stalinowską, tradycję historiograficzną. (...) Rzecz w tym, że po długiej serii krwawych prześladowań (procesów, mordów, zbiorowych masakr), których obiektem byli trockiści, w walce z wszechmocnym trybunałem Partii mogli odwoływać się tylko do trybunału Historii. Historiografia trockistowska jest więc stronnicza, bo nieustannie daje świadectwo. Czyniąc tak jednak - i niezależnie od losu trockistowskich organizacji politycznych jest to jej ogromna zasługa - jako jedna z niewielu zachowuje pamięć ruchu komunistycznego." (27) Po czwarte, wzorowa, nie spotykana w żadnych innych organizacjach politycznych, demokracja wewnętrzna oraz równie wzorowe i nie spotykane w żadnych innych partiach poszanowanie niezależności i suwerenności ("podmiotowości") ruchów społecznych. Obie te praktyki świadczą niepodważalnie o stosunku Czwartej Międzynarodówki do programu demokracji socjalistycznej, który przyjęła.

Wyścigu z czasem na polu inicjatywy wzniecenia strajku czynnego nie udało się wygrać, a na polu budowy partii rewolucyjnej zapewne nie można było wygrać. Po stłumieniu rewolucji robotniczej, pod szyldem niezależnego ruchu robotniczego, z którego wkrótce pozostał jedynie szyld, bez trudu doszły do głosu środowiska zależne ideologicznie od hierarchii Kościoła katolickiego, a politycznie od imperializmu; ich naczelnym celem stała się restauracja kapitalizmu. Wciągnęły one polskich robotników w jedną z największych zasadzek, w jakie klasa ta kiedykolwiek i gdziekolwiek wpadła. Rewolucja może ponieść klęskę na dwa sposoby - zostać zdławiona albo zdradzona przez swoich przywódców. Tragedia tej rewolucji polega na tym, że poniosła podwójną klęskę. Najpierw została zdławiona, a następnie zdradzona. Tylko niezależny ruch robotniczy mógł stworzyć socjalistyczną alternatywę wobec "realnego socjalizmu" biurokratycznego. Gdy tego ruchu zabrakło, a pozostał nieuleczalny kryzys i w konsekwencji nieunikniony rozkład "realnego socjalizmu", alternatywą mogła być jedynie restauracja kapitalizmu. Nie dziw więc, że w końcu niezdolna już do sprawowania władzy i pozbawiona wszelkiej prawowitości nawet we własnych oczach biurokracja właśnie na gruncie ugody restauratorskiej zawarła pakt z opozycją i przekazała jej władzę.

Za opadającą i cofającą się falą rewolucyjną posuwała się za nią, zalewając stopniowo obszary, z których tamta odstąpiła, długa fala strukturalnej globalizacji gospodarki światowej - trzecia w dziejach kapitalizmu, zgodnie z ustaleniami amerykańskiego badacza i rzecznika teorii "systemów-światów" Christophera Chase-Dunna (28). Fala ta, która - według Chase-Dunna - zaczęła podnosić się w latach powojennych, weszła wówczas w fazę neoliberalną. W imię kontrreformacji neoliberalnej Margaret Thatcher i Ronald Reagan wydali otwartą wojnę ruchowi robotniczemu. Niebywale bohaterski zryw górników brytyjskich w obronie zamykanych kopalń zakończył się straszną klęską. W ZSRR i państwach bloku radzieckiego społeczeństwa postkapitalistyczne, podkopane i wyczerpane przez władzę warstwy biurokratycznej, w łonie której narastały tendencje restauratorskie, nie były w stanie sprostać ani rozdzierającym je sprzecznościom, ani wzmożonej presji imperializmu. Gdy tylko międzynarodowy łańcuch władzy biurokratycznej pękł w najsłabszym ogniwie, społeczeństwa te załamały się jedne po drugich na całej długości łańcucha.

Restauracji kapitalizmu towarzyszyło generalne odprzemysłowienie tych społeczeństw oraz ich degradacja do gospodarczo zależnego i politycznie satelickiego wobec mocarstw imperialistycznych, peryferyjnego lub w najlepszym razie na wpół peryferyjnego położenia w systemie światowym - takiego, jakie zajmowały w tym systemie, zanim obalono w nich kapitalizm. Jak słusznie wskazuje Peter Gowan, tzw. transformacja ustrojowa "jest z pewnością jednym z najbardziej dramatycznych i wymownych w historii nowoczesnego kapitalizmu przykładów peryferyzacji przeprowadzonej przez państwa centralne, porównywalnej ze zniszczeniem aparatu wytwórczego Indii przez Brytyjczyków na początku XIX wieku". Społeczeństwa byłego bloku radzieckiego "zostały zepchnięte ze stanu, w którym posiadały poważne i nowoczesne sektory przemysłowe, a w kilku przypadkach dość wydajne rolnictwo, do poziomu zależnych dostawców surowców oraz pracochłonnych, cechujących się niskimi nakładami pracy wykwalifikowanej i niską wartością dodaną produktów". (29)

Tak zemściło się najpierw zwycięstwo w latach dwudziestych stalinowskiej strategii "budowy socjalizmu w jednym kraju"nad teorią rewolucji permanentnej, która zakładała, że socjalizm może być tylko międzynarodowy, a następnie zwycięstwo biurokratycznej kontrrewolucji politycznej lat trzydziestych w ZSRR. Już wtedy Lew Trocki przewidział bezbłędnie, że jeśli - niechybnie w trybie rewolucyjnym - klasa robotnicza nie zdoła wydrzeć władzy z rąk biurokracji, ta ze względu na swój pasożytniczy charakter nie utrzyma się długo i prędzej czy później kontrrewolucję polityczną dopełni kontrrewolucja społeczna, która znajdzie oparcie w tendencjach restauratorskich samej biurokracji.

Jak świat długi i szeroki, masowe bezrobocie, stopniowo postępująca deregulacja stosunków pracy, ekspansja zatrudnienia na elastycznych i niepewnych warunkach, demontaż osłon socjalnych, agresywne strategie antyzwiązkowe kruszyły bastiony ruchu robotniczego, zrywały więzi solidarności i rozbijały spoistość środowisk pracowniczych. Ruch ten cofał się staczając ciężkie i najczęściej przegrane walki obronne. Dominujące w ruchu robotniczym partie socjaldemokratyczne i komunistyczne, które jeszcze niedawno, w imię rzekomej racjonalności reform kapitalizmu i irracjonalności rewolucji socjalistycznej, gotowe były ręka w rękę z aparatami państw burżuazyjnych stłumić wszelką rewolucję i wielokrotnie to czyniły, teraz zarzuciły reformy społeczne. Otwarcie lub półgębkiem przyznały, że rację miała Thatcher ogłaszając, iż wobec kapitalizmu - ba! nawet kapitalizmu neoliberalnego - there is no alternative i że nie pozostaje nic innego, jak tylko nim administrować. Czynią to często sprawniej niż zużyta prawica, ponieważ w oczach mas pracujących i uciskanych cieszą się ciągle nieporównanie większą od niej prawowitością polityczną, i ponieważ socjalnym listkiem figowym, który istnieje już jedynie w wyobrażeniach mas o tych partiach, ciągle udaje im się choćby częściowo przykrywać nagość kapitalizmu neoliberalnego.



ZACZĄŁ SIĘ PRZYPŁYW



Na początku lat dziewięćdziesiątych mogło się wydawać, że idea rewolucji żywa jest tylko w stosunkowo nielicznych i topniejących organizacjach rewolucyjnych. Niektóre z nich, zgrupowane w nurtach międzynarodowych, przeżyły już bardzo ciężkie czasy zwycięstwa faszyzmu, triumfu stalinizmu i wojny światowej, toteż uzbrojone w swoje doświadczenia potrafiły - jedne lepiej, inne gorzej - przetrwać. Szybko wyszła na jaw błędność mniemania tych - sam do nich należałem - którzy w latach 1989-1991 wierzyli, że jest piąta rano, bo w bloku radzieckim, a nawet samym ZSRR, budzą się masy. W organizacjach tych zaczęło się mówić, że przeciwnie - wybiła "północ stulecia". Działałem wtedy w jednej z nich - francuskiej sekcji Czwartej Międzynarodówki - i wiem, jakie nastroje szerzyły się nawet w pokoleniu doświadczonych rewolucjonistów, którzy chrzest bojowy przeszli na barykadach Maja 68.

Zupełnie zaskakująca była natomiast postawa części twórców muzyki rapowej w USA -oni poszli pod prąd. Działalność artystyczna - także ta, która jak czarna muzyka amerykańska, jest dziełem tych co na samym dole - kryje w sobie wiele tajemnic, zwłaszcza od strony powiązań z innymi praktykami społecznymi. Trudno więc odpowiedzieć na pytanie, dlaczego akurat w tym czasie plejada raperów - chodziło zarówno o rap afrocentryczny (nacjonalistyczny), jak i gangsterski - odwołała się ni stąd, ni zowąd do zapomnianych, zdawałoby się, myśli i czynów czarnych rewolucjonistów lat sześćdziesiątych, od Malcolma X po Czarne Pantery. Dlaczego raperzy przypomnieli przepowiednię Gila Scott-Herona z 1974 r., że "rewolucja nie będzie transmitowana przez telewizję" i Czarni nie ujrzą na ekranach policji strzelającej do ich braci, bo nie będą siedzieć przed telewizorami, lecz bić się na ulicach - rewolucja będzie dziełem mas i nie będzie dla kogo jej transmitować? Dlaczego, naśladując Last Poets, twórców kultury ulicznej z końca lat sześćdziesiątych, których renoma była przecież poufna, zaczęli opiewać to, co będzie się działo, "gdy nadejdzie rewolucja"? Dlaczego zespół Public Enemy zaczął z takim uporem zapowiadać na płytach i w teledyskach zrywy czarnych mas i wojnę partyzancką w wielkich miastach amerykańskich oraz zadawać pytanie: "gdzie są rewolucjoniści", że na łamach Rolling Stone pisano o Chucku D, iż "his heavy revolution shit is serious"?

Liczni raperzy nie tylko wezwali gangi uliczne czarnej młodzieży do zaprzestania wojny między sobą - Ice-T, były gangbanger, który stał się gwiazdą gangsta rap'u, rzucił hasło: "pieprzcie tę wojnę, przygotujcie się do rewolucji" - i zapowiedzieli powstanie czarnej młodzieży, które wybuchło w Los Angeles w kwietniu 1992 r., ale zawczasu wiernie opisali jego przebieg. Następnie, gdy w wyniku powstania doszło w gettach tego miasta do międzygangowych ruchów rozejmowych, rapowali fantazje, w których gangi zamieniały się w rewolucyjne organizacje polityczno-wojskowe i zwracały broń przeciwko państwowemu systemowi białej supremacji. Jeden z nich, Paris, apelował, aby "utorować drogę panterze" i "bić kapitalistów czarną pięścią", rapował program Czarnych Panter, opowiadał o Bush killa - a Black guerrilla, czarnej partyzantce, która dokonuje zamachów na prezydenta Busha w odwet za jego "nowy ład światowy", agresję na Irak i wojnę wydaną czarnej młodzieży pod pretekstem walki z handlem narkotykami oraz wyjaśniał, że rewolucja i zdobycie władzy przez lud wymagają świadomych, dobrze wyszkolonych i doświadczonych kadr i że warto korzystać z myśli i doświadczeń takich rewolucyjnych działaczy z Trzeciego Świata, jak Mao Tse-tung czy Frantz Fanon. W czarnym rapie falę rewolucyjną było widać na widnokręgu - nagrany przez Arrested Development hymn rapowy Revolution, który zabrzmiał na samym końcu filmu Spike'a Lee o Malcolmie X, sugestywnie zawiadamiał, że należy spodziewać się jej ponownego przypływu. (30)

Powstanie w Los Angeles pokazało, że im bardziej niepodzielnie panuje na świecie kapitalizm neoliberalny i imperializm amerykański, tym bardziej jeden i drugi bezwiednie, acz nieubłaganie buduje swoje panowanie na polach minowych i rozsiada się na beczkach z prochem. Potwierdziło to już w styczniu 1994 r. powstanie indiańskie w stanie Chiapas w Meksyku, wzniecone przez Armię Wyzwolenia Narodowego im. Emiliano Zapaty (EZLN). W listopadzie i grudniu 1995 r. wraz z wielkim ruchem strajkowym i protestacyjnym pracowników sektora publicznego klasa robotnicza powróciła na scenę we Francji, a w grudniu 1996 i styczniu 1997 r. wraz z równie wielkim strajkiem pracowników sektora prywatnego uczyniła to w Korei Południowej. W 1996 r. zapatyści zainicjowali pierwsze międzynarodowe zloty poświęcone walce z globalizacją neoliberalną. W 1997 i 1999 r. sieci euromarszów przeciwko bezrobociu, na rzecz Europy socjalnej, doprowadziły do tłumnych demonstracji w Amsterdamie i Kolonii. Ujawnienie potajemnych rokowań, które za plecami opinii publicznej miały doprowadzić do podpisania Wielostronnego Porozumienia w sprawie Inwestycji, niezmiernie podgrzało atmosferę.

Przełomowe znaczenie miały jednak rozruchy, wywołane w grudniu 1999 r. w Seattle przez młodzież, która zjechała z wielu krajów i uzyskała wsparcie silnych kontyngentów robotników amerykańskich, ściągniętych przez związki zawodowe. Rozruchy te przyczyniły się do krachu tzw. Rundy Tysiąclecia w forsowanych przez władze USA negocjacjach Światowej Organizacji Handlu. W Seattle nastąpiła zmiana w sytuacji światowej i w układzie sił na polu walki klas. Najłatwiej opisać ją w języku wojskowym: pod względem strategicznym ruchy społeczne nadal zajmują pozycję defensywną, ale pod względem taktycznym coraz częściej przechodzą do ofensywy. Wiemy od strategów rewolucji chińskiej i wietnamskiej, jakie znaczenie dla gromadzenia sił i stopniowej zmiany w układzie sił mają ofensywy taktyczne, gdy samemu jest się w defensywie strategicznej, koncentrowanie sił w określonym punkcie celem uzyskania przewagi taktycznej i okrążenia przeciwnika, gdy samemu dąży się do wyjścia z okrążenia strategicznego itd.

Ustał odpływ i zaczął się przypływ fali rewolucyjnej. To jeszcze nie prawdziwy deszcz rewolucji, a jedynie mżawka, ale raz po raz w pewnych punktach kuli ziemskiej gromadzą się już ciężkie chmury. Po demonstracjach w Seattle kolejne spotkania "globalnych przywódców" politycznych i gospodarczych klasy panującej, którzy nieopatrznie uwierzyli, że są niekwestionowanymi władcami świata, odbywają się pod osłoną ogromnych sił policyjnych, za wysokimi wałami ochronnymi z betonu i żelaza, obleganymi przez coraz liczniejsze tłumy. Demonstrują one pod hasłami, które z całą pewnością przejdą do historii: "Świat nie jest towarem", "Nasz świat nie jest na sprzedaż", "Inny świat jest możliwy". "Takiego odrodzenia się energii bojowej nie było od czasu wojny w Wietnamie", stwierdziła Susan George na Światowym Forum Społecznym w Porto Alegre, w styczniu 2001 r. Przywódcy wielkich mocarstw i magnaci światowej finansjery obradują z duszą na ramieniu, niepewni, czy aby wały wytrzymają. Zastanawiają się, czy następnym razem nie ukryć się raczej w mysiej dziurze (osada na trudno dostępnych i odludnych terenach górskich, oaza na pustyni, krążownik na morzu...).

Neoliberalna globalizacja kapitału nieubłaganie pociąga za sobą internacjonalizację walki z kapitałem. "Internacjonalizm nie jest abstrakcyjną zasadą, a jedynie teoretycznym i politycznym odzwierciedleniem światowego charakteru gospodarki, światowego rozwoju sił wytwórczych i światowego zasięgu walki klas", pisał przed siedemdziesięciu laty Trocki. Narodził się masowy, międzynarodowy ruch antykapitalistyczny - skupia on tych, którzy w kapitalizmie światowym postrzegają źródło wszystkich plag nękających ludzkość. Znamienne, że od samego początku uczestniczą w nim środowiska robotnicze. Spośród ośmiu największych manifestacji, jakie ruch ten przeprowadził w okresie od grudnia 1999 do stycznia 2001 r., udział zorganizowanej klasy robotniczej był bardzo duży w Seattle oraz dominujący w Seulu i Nicei. Nie jest to ruch socjalistyczny ani rewolucyjny, ale gromadzą się w nim siły międzynarodowego ruchu socjalistycznego i rewolucyjnego.

"Sukces będzie ostatecznie zależał od tego, czy to, co wydarzyło się na krótko w Seattle - chodzi o jedność działania zorganizowanych robotników i działaczy antyglobalizacyjnych - , stanie się trwałym ruchem. To będzie z kolei wymagało, aby antykapitalizm, ciągle bedący mglistą ideologia, którą przede wszystkim określa to, czemu się przeciwstawia - polityka neoliberalna i firmy wielonarodowe - rozwinął się w o wiele spójniejszą świadomość socjalistyczną. Dla rewolucyjnych marksistów to ABC", pisze Alex Callinicos, działacz Międzynarodowej Tendencji Socjalistycznej. "Rzecz w tym, że jesteśmy świadkami największego dla lewicy rewolucyjnej Ťotwarciať od lat sześćdziesiątych. Ruch antykapitalistyczny stanowi jednak dla niej ogromne wyzwanie. Ruch ten i lewica rewolucyjna to nie jedno i to samo. Ruch antykapitalistyczny, jak mówi [George] Monbiot, jest Ťniejednorodny... mglisty... pełen sprzecznościť. Czerpie natchnienie z najrozmaitszych źródeł ideologicznych, obejmuje mnóstwo najrozmaitszych organizacji i narodził się w bardzo heterogennym środowisku działaczy - chrześcijańskich uczestników kampanii na rzecz anulowania długu Trzeciego Świata, ekologów, ekonomistów-teoretyków zależności, działaczy na rzecz praw zwierząt, niedobitków lat sześćdziesiątych, anarchistycznych bojowników ulicznych, członków szacownych organizacji pozarządowych, działaczy rozmaitych ruchów solidarności z Trzecim Światem oraz całego wachlarza związkowców i socjalistów. Natomiast lewica rewolucyjna składa się z tych organizacji marksistowskich, które zdołały przeżyć klęski lat osiemdziesiątych - w skali międzynarodowej skupiają one głównie zwolenników Międzynarodowej Tendencji Socjalistycznej i Zjednoczonego Sekretariatu Czwartej Międzynarodówki. Zejście się ruchu antykapitalistycznego i lewicy rewolucyjnej wcale nie jest nieuchronne. Jeśli ma do niego dojść, rewolucjoniści muszą się zmienić. Muszą otrząsnąć się z nawyków, jakich nabrali w latach osiemdziesiątych i w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy szerzyły się idee prawicowe, toteż istotna była ochrona idei i organizacji marksistowskich przez wrogim otoczeniem politycznym. Teraz potrzeba nowych metod działania. W szczególności kluczowe znaczenie w podejściu do nowych środowisk politycznych ma systematyczne prowadzenie takiej polityki jednolitofrontowej, jaką prowadziła partia bolszewicka i w pierwszych (1918-1923) latach Międzynarodówka Komunistyczna." (31) Nie ma ona nic wspólnego z "jednolitofrontową" polityką stalinowską.

Walka wyzwoleńcza narodu Timoru Wschodniego i ruchy masowe, które doprowadziły do upadku zbudowanej na milionie trupów i wspieranej przez imperializm północnoamerykański dyktatury w Indonezji, rozwój wielkiego Ruchu Bezrolnych (MST) w Brazylii, wystąpienia Konfederacji Narodowości Indiańskich Ekwadoru (CONAIE), które w ostatnich latach doprowadziły do obalenia dwóch kolejnych prezydentów, ekspansja ruchów partyzanckich, kontrolujących rozległe połacie kraju, w Kolumbii, rozkwit radykalnych ruchów chłopskich w Indiach, nowa intifada niezłomnego w swojej walce o niepodległość i nieujarzmionego narodu palestyńskiego, kabylskie powstanie narodowe i społeczne, zwiastujące drugą rewolucję algierską, potwierdzają, że jesteśmy świadkami przypływu fali rewolucyjnej.

W lipcu 2001 r. w Genui szczyt G8 stanął oko w oko z 200, a według ocen części mediów nawet 300 tysiącami demonstrantów, wśród których przytłaczającą większość stanowiła młodzież. W mieście wprowadzono faktycznie stan wyjątkowy. Obsadzono je 20 tysiącami uzbrojonych w broń palną policjantów i karabinierów. Wyprowadzono na ulice samochody pancerne. Zastosowano metody prowokacji wzorowane na "strategii wzmagania napięcia" z "ołowianych lat" siedemdziesiątych. Wobec pokojowych demonstrantów rozpętano zmasowany, nieokiełznany, bestialski terror. Ofiara tego terroru, włoski adwokat Stefano Palmisano, świadczący na rzecz Genoa Social Forum usługi prawne, stwierdza: "Zamiast o Ťsiłach porządkowychť wolę mówić o Ťumundurowanych bandytachť. Czytałem w niektórych gazetach, że tych policjantów poniosły napięte od kilku dni nerwy. Nic bardziej fałszywego. To, co widzieliśmy w Genui, to spokojnie przygotowane przy biurku represje, które zawierają precyzyjne przesłanie. Chodziło o zastraszenie na modłę faszystowską - o powiedzenie ruchowi: ŤNastępnym razem zostańcie w domu, nie wychodźcie na ulicę, bo to niebezpieczne.ť Dodam, że rozmaite ciała policyjne, atakując dziennikarzy i adwokatów, chciały dokonać zamachu na wolność informacji i obronę elementarnych praw konstytucyjnych. Zresztą Silvio Berlusconi i [minister spraw wewnętrznych] Claudio Scajola natychmiast rewindykowali te pobicia w parlamencie. Sens całej tej operacji jest doprawdy jednoznaczny." (32)

Wydarzenia w Genui wymagają bardzo poważnej refleksji. "Jak wyjaśnić to, że działacze tysięcy organizacji z całego świata, wyrażających rozmaite tradycje pacyfistyczne lub trzecioświatowe, zaangażowania ekologiczne, ideały religijne i etyczne i od dawna walczących o sprawiedliwszy, bardziej solidarny, bardziej demokratyczny, bardziej respektujący środowisko naturalne świat, stali się w oczach rządów i są traktowani jak hordy najeźdźców, niszczycieli, wandali?", pyta prof. Riccardo Petrella z Uniwersytetu Katolickiego w Lowanium. "Wydaje się, że są tego dwie główne przyczyny. Pierwsza jest związana z sukcesem uzyskanym przez ruchy sprzeciwu wobec globalizacji: doprowadzeniem w październiku 1988 r. do fiaska projektu Wielostronnego Porozumienia w sprawie Inwestycji i w grudniu 1999 r. do fiaska Rundy Tysiąclecia Międzynarodowej Organizacji Handlu w Seattle. Dla przywódców krajów rozwiniętych były to dwie bardzo symboliczne porażki, gdyż ugodziły w dwa filary obecnej globalizacji: Ťwolnościť finansów i handlu. Klęska wspomnianego porozumienia była tym dotkliwsza, że została spowodowana przez podjętą właśnie pod presją manifestacji ludowych decyzję rządu jednej z gwiazd przewodnich kapitalizmu - Francji. Krach w Seattle również stanowił wydarzenie nie do zniesienia - pokazał w świetle jupiterów, że większość rządów tzw. Ťkrajów rozwijających sięť podziela pod wieloma względami krytykę uprawianą na Północy przez przeciwników obecnej globalizacji. To dzięki akcji tych, których następnie nazwano Ťludem z Seattleť, rządy te miały w końcu odwagę powiedzieć Ťnieť dalszym negocjacjom, na które w innej sytuacji zgodziłyby się z powodu swojej słabości. Te dwa zwycięstwa skompromitowały na płaszczyźnie etycznej podstawowe zasady, jakimi kierują się Ťwładcy kapitałuť i ich praktyki. Uwiarygodniły natomiast walkę o Ťinną globalizacjęť. Taki rezultat, nie do przyjęcia dla tych, którzy sprawują władzę, stał się potężnym czynnikiem radykalizacji polityki represji wobec pokojowej kontestacji. Ponieważ nie mogą jej sprowadzić do agitacji Ťfolklorystycznejť i stoją wobec niemożności uznania odpowiedzialności sił porządkowych za eksplozję przemocy - Genua stanie się teraz klasycznym przedmiotem studiów prowokacji policyjnej - oraz nie potrafią - z przyczyn oczywistych - dowieść, że sprzeciw wobec obecnej globalizacji jest Ťnaukowoť nieuzasadniony, pozostało im tylko jedno wyjście: kryminalizacja kontestacji. Mają nadzieję legitymizować w ten sposób własną przemoc i zdelegitymizować akcję wielkiej części ruchów społecznych i organizacji pozarządowych, których reprezentatywność usiłują ponadto zakwestionować.

"Druga przyczyna jest związana z centralnym i specyficznym aspektem globalizacji: afirmacją Stanów Zjednoczonych jako jedynego mocarstwa hegemonicznego pod względem wojskowym, technologicznym, ekonomicznym, politycznym i kulturalnym. USA, symbol współczesnego kapitalizmu globalnego, są nosicielem logiki imperialnej i ładu planetarnego, ogarniającego pod ich dyktando sytuacje, problemy i perspektywy społeczeństw całego świata. Walka ujawniła, że globalizacja ostatnich dwudziestu czy trzydziestu lat była i pozostaje przede wszystkim rezultatem amerykańskiej potęgi wojskowej i gospodarczej oraz spowodowanych przez USA zmian społeczno-gospodarczych i kulturalnych, które następnie, w różnym stopniu i w różnych formach w zależności od poszczególnych krajów rozprzestrzeniły się na cały świat (również Chiny). Taka globalizacja polega głównie na amerykanizacji ideologicznej, technologicznej, wojskowej i gospodarczej współczesnego społeczeństwa planetarnego. Nie trzeba było czekać na rozpad Związku Radzieckiego, aby przekonać się, że globalizacja rynków, kapitałów, produkcji, konsumpcji itd. jest Ťproduktemť USA, zwłaszcza dzięki światowej obecności US Army, US Navy i US Air Force. Ta obecność utorowała drogę królewską Ťglobalizacjiť Coca-Coli, IBM, Levi'sa, Walta Disneya, Forda, GM, ITT, McDonald'sa, a ostatnio Microsofta, Intela, Cisco, AOL-Time Warnera, Citicorpu, Wal-Marta, Fidelity...

"W takim kontekście wszelka demonstracja przeciwko globalizacji jest postrzegana przez coraz liczniejszych przywódców USA i większość ich Ťsojusznikówť jako sprzeciw wobec samego światowego systemu kapitalistycznego, a w tej mierze, w jakiej Waszyngton jest mocarstwem regulującym ten system - jako sprzeciw wobec USA i ich Ťsojusznikówť. To wystarczy, aby Pentagon i inne środowiska w USA wypracowały i wylansowały Ťteorięť o Ťgenetycznieť gwałtownej naturze sprzeciwu wobec globalizacji. Ponieważ kontestatorzy występują przeciwko istniejącemu systemowi światowemu, jego regułom, instytucjom i prawowicie wybranym rządom, zgodnie z tą Ťteoriąť występują tym samym przeciwko demokracji. Są więc Ťnieodzownieť gwałtowni, są prawdziwymi Ťzbrodniarzamiť godzącymi w ład demokratyczny, jednym słowem - prawdziwymi Ťnowymi barbarzyńcamiť ery globalnej. (...) Trudno o lepszy dowód wyrwy, jaką globalizacja pogłębiła między, z jednej strony, Ťwładcamiť mocarstwa światowego i ich wasalami, a z drugiej - narodami zdominowanymi i wykluczonymi. To tak, jakby nie mieszkali na tej samej planecie... Diagnozę tę potwierdził sam Financial Times - dokonując bilansu obu jednoczesnych forów światowych (jednego Ťekonomicznegoť, drugiego Ťspołecznegoť) stwierdza, że rzeczywiście istnieją dwie planety - planeta Davos i planeta Porto Alegre, pierwsza krąży na orbicie zstępującej, druga na orbicie wstępującej - i nie wyklucza ich kolizji..." (33)

"Kapitał międzynarodowy nigdy tak nie afiszował się ze swoją nienawiścią do demokracji, jak obecnie", stwierdza Susan George. (34) Terror policyjny w Genui to bardzo poważny sygnał. Wiadomo, że od zakończenia drugiej wojny światowej włoski aparat represji znajduje się pod kontrolą północnoamerykańskich służb specjalnych i że pozostawał również pod ich kontrolą dniach szczytu G8. Podczas bitwy o Genuę imperializm pokazał, że w walce z ruchem sprzeciwu wobec globalizacji neoliberalnej gotów jest sięgnąć po metody wojny kontrrewolucyjnej, użyte w przeszłości podczas bitew o Algier, Rio de Janeiro, Santiago de Chile, Montevideo, Buenos Aires i ostatnio stosownie przypomniane przez gen. Aussaresses'a.

Wbrew pozorom niepodzielnego panowania nad światem, trwa schyłek hegemonii imperializmu amerykańskiego. Wojny, rozpętane przezeń podczas i po upadku "realnego socjalizmu" oraz po rozpadzie bloku radzieckiego i ZSRR - napaści na Panamę, Irak, Somalię, Jugosławię - wcale nie są świadectwem jego wszechwładzy: supermocarstwo o ustabilizowanej pozycji hegemonicznej trzyma armię w odwodzie, a nie wyprowadza ją co rusz w pole, aby przywracać ład w rozmaitych punktach imperium, odstraszać wrogów i afirmować swoje panowanie. Tym - jak wskazywał Antonio Gramsci - hegemonia różni się od dominacji. Wojny mają kompensować względne słabnięcie pozycji USA na polu gospodarczym, ale moce ekonomiczne nigdy nie równają do mocy wojskowych - dzieje się akurat odwrotnie: przynajmniej na dłuższą metę moce wojskowe równają do mocy ekonomicznych.

Przypływ i odpływ pierwszej fali globalizacji kapitalizmu, która nastąpiła w XIX w., pokrywał się niemal dokładnie ze wzlotem i upadkiem hegemonii Wielkiej Brytanii. Ta właśnie zmienna systemowa wykazuje największą zgodność w czasie z falami globalizacji. Choć godzi się zachować w tej sprawie ostrożność, wydaje się, że spośród wszystkich zmiennych sekwencje hegemoniczne w największym stopniu określają (determinują) te fale. Jak wszystko z punktu widzenia przyczynowości strukturalnej (która odróżnia dialektykę materialistyczną od idealistycznej, hołdującej przyczynowości linearnej lub ekspresyjnej), są one czy to aż nadto, czy też nie dość określone przez inne czynniki. Nie dziw więc, że fale globalizacji i sekwencje hegemoniczne mogą się nawet znacznie rozchodzić.

Druga fala, która według Chase-Dunna wznosiła się od 1900-1905 do 1929 r., a następnie opadała, pojawiła się w okresie rywalizacji wielkich mocarstw o hegemonię, nie zaś wzlotu hegemonii jednego z nich. "Brak instytucjonalnego gwaranta ładu światowego pod postacią hegemonicznego państwa centralnego nie pozwolił tej fali skonsolidować się i utrwalić. Fala pośrednia była nierównomierna w czasie i przestrzeni - w różnych krajach zaczynała się i kończyła w różnych latach." Z kolei przypływ trzeciej, powojennej fali dokładnie odpowiadał wzlotowi hegemonii USA, ale ich drogi się rozeszły, gdy po 1975 r. przypływ fali trwał nadal i osiągnęła ona najwyższy w historii poziom, podczas gdy hegemonia USA wykazywała tendencję schyłkową. Pod tym względem najnowszy okres trzeciej fali globalizacji przypomina późny wiek XIX. "Schyłkowy hegemon nadal opowiadał się za globalizacją i globalizował swoją własną gospodarkę, podczas gdy rywale w centrum zaczęli kierować się bardziej narodowym lub kontynentalnym podejściem. Z tego punktu widzenia proces integracji europejskiej postrzega się głównie jako kształtowanie się nowego, bardziej zintegrowanego niż poprzednio konkurenta w rywalizacji o hegemonię, a nie jako przejaw narastającego otwarcia na szczeblu globalnym." (35)

Isaac Johsua, wychodząc z odmiennych założeń teoretycznych, dochodzi do podobnych wniosków. Obok kwestii równowagi europejskiej (tzn. stosunków między Anglią, Francją i Niemcami), wynik pierwszej wojny światowej, a niewątpliwie również sama wojna, stawiały ściśle związaną z nią kwestię hegemonii światowej, ale nie przyniosły ich rozwiązania. W rezultacie w okresie międzywojennym Anglia nie mogła już spełniać w gospodarce światowej swojej dawnej roli hegemonicznej, gdyż przeszkadzał jej w tym gwałtowny wzrost potęgi gospodarczej USA, podczas gdy te jeszcze nie mogły wziąć na siebie takiej roli, gdyż przeszkadzała im w tym ciągle jeszcze poważna potęga gospodarcza Anglii. Skutkowało to destabilizacją gospodarki światowej i kryzysem 1929 r. Sytuacja uległa zasadniczej zmianie w wyniku drugiej wojny światowej, gdyż - w przeciwieństwie do tego, co stało się po pierwszej - USA okupowały wojskowo dużą część teatru europejskiego, Niemcy były nie tylko pokonane, ale również zmiażdżone i podzielone na strefy okupacyjne czterech mocarstw, pobita przez Niemcy Francja nie wyzwoliła się swoimi siłami, lecz siłami aliantów, przede wszystkim USA, których przewagę musiała również uznać Anglia. To wszystko pozwoliło na taką sprzyjającą hegemonii USA przebudowę Europy, jaka byłaby nie do pomyślenia bez ich fizycznej obecności. "Dziś jeszcze jedna z podstawowych sprzeczności systemu polega na tym, że w obliczu (coraz bardziej) światowego rynku władza (ciągle) pozostaje w rękach państw narodowych. Wymaga to więc współpracy, a należy stwierdzić, że w obecnym świecie kapitalistycznym, zbudowanym z antagonistycznych potęg, istnienie współpracy często zakłada sprawowanie hegemonii. Również pod tym względem kryzys 1929 r. uczy nas czegoś ważnego: pokazuje, że okresy wykluwania się, przekazywania pałeczki są niezwykle niebezpieczne. Wielka depresja przypomina nam, że wielkie mocarstwa powstają i upadają i że w przyszłości nieuchronnie nastąpi ponownie chwila, w której dawna hegemonia odmówi obumarcia, podczas gdy nowej trudno będzie jeszcze się utwierdzić. Czyż mamy zadowolić się takim biernym i zrezygnowanym stwierdzeniem? Czyż nie wolno wyobrazić sobie świata radykalnie odmiennego od tego, który mamy przed oczami?" (36)

Schyłek hegemonii amerykańskiej sprzyja wzrostowi rywalizacji o hegemonię, ale nowego mocarstwa hegemonicznego w systemie światowym nie widać na horyzoncie. Wygląda więc na to, że instytucjonalna podstawa obecnej fali globalizacji neoliberalnej ulega erozji, a to nie może pozostać bez wpływu na dynamikę samej fali. Może ona załamać się i zostać odparta. Po stronie kapitału światowego przyznają to otwarcie lub w sposób zawoalowany te media, które nie służą wpajaniu masom ideologii panującej, lecz obsługują "globalnych przywódców" klasy panującej. 23 września 2000 r. na łamach londyńskiego Economist napisano bez ogródek: "Ci, którzy protestują, mają rację mówiąc, że najbardziej palącą kwestią moralną, polityczną i ekonomiczną naszej epoki jest ubóstwo Trzeciego Świata. Mają też rację mówiąc, że falę globalizacji - bez względu na to, jak potężne są jej motory - można odeprzeć. To właśnie fakt, że jedno i drugie jest prawdą, czyni z tych, którzy protestują - i, co ma kluczowe znaczenie, z sympatyzującego z nimi nurtu opinii publicznej - tak strasznie niebezpiecznych ludzi."

Na świecie gromadzą się czynniki sprzyjające długotrwałemu przypływowi fali rewolucyjnej. Nadszedł czas, aby znów myśleć i mówić o rewolucjach, studiować ich doświadczenia historyczne oraz analizy i syntezy tych doświadczeń, wynikające z nich teorie, programy i strategie. Temu ma służyć to czasopismo.



1. I. Ramonet, "Stratégies de la faim", Le Monde Diplomatique nr 536, 1998, s. 1.

2. S. George, Le rapport Lugano, Paryż, Fayard 2000, s. 318, 317.

3. M. Husson, Mis?re du capital: Une critique du néolibéralisme, Paryż, Syros 1996, s. 119-121, 250.

4. S. George, op. cit., s. 324-325.

5. C. Feltrinelli, Senior Service, Paryż, Bourgois 2001, s. 434, 445.

6. Trân Van Tr?, Vietnam: History of the Bulwark B2 Theater, t. V: "Concluding the 30-Years War", Arlington, Joint Publications Research Service 1983. Por. Van Ti?n Dung, Our Great Spring Victory, Nowy Jork, Monthly Review Press 1977.

7. Komentarz do Trân Van Tr?, "Débats stratégiques au Bureau politique: Comment fut décidée la chute de Sa?gon", w: G. Boudarel (red.), La bureaucratie au Vietnam, Paryż, L'Harmattan 1983, s. 183.

8. J. i S. Lacouture, Vietnam: Voyage ? travers une victoire, Paryż, Seuil 1976, s. 100.

9. E. Guevara, "La guerra de guerrillas". Obras 1957-1967 t. I, Hawana, Casa de las Américas 1970, s. 31.

10. Patrz M. Löwy, La pensée de Che Guevara, Paryż, Maspero 1971, Z.M. Kowalewski, "Rewolucja kubańska w myśli społecznej Ernesto Guevary", Kultura i Społeczeństwo t. XVI nr 2, 1972 oraz R. Massari, Che Guevara: Pensiero e politica dell'utopia, Rzym, Erre Emme 1995, s. 85-155.

11. R. Dutschke, "Le contraddizioni del tardo capitalismo, gli studenti antiautoritari e il loro rapporto col Terzo Mondo", w: La ribellione degli studenti ovvero La nuova opposizione, Mediolan, Feltrinelli 1968, s. 84.

12. Wypracowana przez Ernesta Mandela teoria długich fal w rozwoju kapitalizmu stanowi marksistowską alternatywę wobec - poddanej krytyce przez Trockiego - teorii długich cykli Nikołaja Kondratiewa.

13. R. Dutschke, "Préface ? la lettre de Che Guevara sur le Vi?t-nam". Écrits politiques (1967-1968), Paryż, Bourgois 1968, s. 94-95.

14. C. Serfati, La mondialisation armée: Le déséquilibre de la terreur, Paryż, Textuel 2001, s. 60.

15. K. Leske, "Pinochet ratrappé par la France", Libération z 23 lipca 2001 r., s. 14.

16. P. Abramovici, "France - Argentine: L'autre sale guerre d'Aussaresses", Le Point nr 1500, 2001, s. 34.

17. Tamże, s. 34.

18. Przedmowa F. Maspero do książki Y. Benota, Massacres coloniaux 1944-1950: La IVe République et la mise au pas des colonies françaises, Paryż, La Découverte 2001, s. XI.

19. P. Aussaresses, Services spéciaux: Algérie 1955-1957, Paryż, Perrin 2001.

20. Patrz Z.M. Kowalewski, "La formación del Partido Revolucionario de los Trabajadores de Argentina, 1963-1972", Estudios Latinoamericanos nr 8, 1981, J. Santucho, Los últimos guevaristas: Surgimiento y eclipse del Ejército Revolucionario del Pueblo, Buenos Aires, Puntosur 1988, M. Seoane, Todo o nada: La historia secreta y política del jefe guerrillero Mario Roberto Santucho, Buenos Aires, Planeta 1992, L. Mattini, Hombres y mujeres del PRT-ERP (La pasión militante), Buenos Aires, De la Campana 1995.

21. M.R. Santucho, "La clase obrera: columna vertebral de la resistencia", w: D. De Santis (red.), A vencer o morir - PRT-ERP: Documentos t. II, Editorial Universitaria de Buenos Aires 2000, s. 553.

22. B. Kiernan, How Pol Pot Came to Power: A History of Communism in Kampuchea, 1930-1975, Londyn, Verso 1985, oraz tenże, The Pol Pot Regime: Race, Power, and Genocide in Cambodia under the Khmer Rouge, 1975-1979, New Haven - Londyn, Yale University Press 1996.

23. J. Tischner, Polska jest Ojczyzną: W kręgu filozofii pracy, Paryż, Dialogue 1985, s. 73.

24. Patrz Z.M. Kowalewski, "Solidarność on the Eve", Labour Focus on Eastern Europe t. V nr 1-2, 1982, tenże, Rendez-nous nos usines! Solidarność dans le combat pour l'autogestion ouvri?re, Paryż, La Br?che 1985, oraz tenże, "To była rewolucja robotnicza!", Robotnik Śląski nr 8, 2000.

25. Sz. Jakubowicz, Bitwa o samorząd 1980-1981, Londyn, Aneks 1988, s. 78-82.

26. L. Althusser, Réponse ? John Louis, Paryż, Maspero 1973, s. 77.

27. G. Bensussan, G. Labica (red.), Dictionnaire critique du marxisme, Paryż, Presses Universitaires de France 1999, s. 1184.

28. Patrz Ch. Chase-Dunn, "Globalization: A World-Systems Perspective", Journal of World-Systems Research t. V nr 2, 1999. Z wprowadzeniem do teorii "systemów-światów" można zapoznać się w Lewą Nogą nr 13, 2001.

29. P. Gowan, "The Peripheralisation of Central and Eastern Europe in the 1990s", Labour Focus on Eastern Europe nr 65, 2000, s. 43.

30. Patrz Z.M. Kowalewski, Rap: Między Malcolmem X a subkulturą gangową, Warszawa, nakładem autora 1994.

31. A. Callinicos, "The Anti-Capitalist Movement and the Revolutionary Left", http://www.swp.org.uk/inter, 2 maja 2001 r.

32. D. Zaccaria, "ŤMoi, avocat, tabassé par la policeť", L'Humanité z 1 sierpnia 2001 r., s. 33. O terrorze w Genui piszę szerzej w Lewą Nogą nr 13, 2001.

34. R. Petrella, "Criminaliser la contestation", Le Monde Diplomatique nr 569, 2001, s. 6.

34. S. George, "Violences ? G?nes: L'ordre libéral et ses basses oeuvres", Le Monde Diplomatique nr 569, 2001, s. 7.

35. Ch. Chase-Dunn, Y. Kawano, B.D. Brewer, "Trade Globalization since 1795: Waves of Integration in the World-System", American Sociological Review t. LXV nr 1, 2000, s. 92-93.

36. I. Johsua, La crise de 1929 et l'émergence américaine, Paryż, Presses Universitaires de France 1999, s. 273.

 
Powrót do spisu treści


Instytut Wydawniczy "Książka i Prasa" ul. Twarda 60, 00-818 Warszawa
tel./fax: (0-xxxx-22)   625-36-26   kip@medianet.pl   www.iwkip.org