Edytorial
Wuwuzele i kampania
Kiedy to piszę mamy za sobą fazę grupową Mundialu i I turę wyborów prezydenckich. Znamy więc wszystkich wielkich przegranych i widzieliśmy styl walki potencjalnych zwycięzców. Nie ośmielę się jednak powiedzieć, kto ostatecznie wygra, a kto padnie w boju.
Jak w każdej grze, czy to piłka nożna, czy walka wyborcza, wszelkie niespodzianki są możliwe. Któż stawiałby na Serbię w meczu z Niemcami, a potem na ich klęskę z najsłabszą w grupie Australią?
Kto liczył, że pogromcy naszej reprezentacji w eliminacjach, Słowacy, wyeliminują także aktualnych mistrzów świata Włochów? A do tego wicemistrz, Francja też przegrała wszystko, co tylko było możliwe, i pojechała do domu w nies ławie. Piłka nożna jest jednak bardziej nieprzewidywalna od polityki, bo, co wiedzą wszyscy, znający się na rzeczy kibice, każda drużyna może mieć kiedyś zły dzień, a innym razem nieprawdopodobne szczęście lub niespodziewany błysk formy (nie mówiąc o pomyłkach sędziów).
Rzecz jednak w tym, że wielkie sztaby trenerskie, za jeszcze większe pieniądze (nie dotyczy to drużyny Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej, ale o tym po tym) pracują nad psychiczną i fizyczną formą zawodników, którzy też, może z wyjątkiem Francuzów, starają się tym sztabom podporządkować, a przynajmniej nie przeszkadzać, bo i oni maj ą ochotę zwyciężyć, albo chociaż pokazać się z najlepszej strony, gdyż to później owocuje lepszymi kontraktami.
Cały ten wysiłek ma na celu doprowadzenie do wyeliminowania lub ograniczenia prawdopodobieństwa wpadki i spowodowanie, by najwyższa forma przyszła w odpowiednim czasie.
Proste te zasady obowiązują właściwie w każdej przemyślanej ludzkiej działalności, w tym w polityce. Trudność polega jedynie na tym, żeby zgromadzić zdolną i wyszkoloną drużynę i powierzyć ją kompetentnemu trenerowi, który dobierz sobie odpowiedni sztab. To już zupełnie nie jest proste. Ta sztuka udała się trzem prezesom PZPN: Wiesławowi Ociepce (1966- 1972), Stanisławowi Nowosielskiemu (1972-1973) i mojemu przyjacielowi, Jankowi Majowi (1973-1976), byłemu pił- karzowi Wisły Kraków. Mieli Górskiego, a on miał wspaniałą drużynę i znakomitego asystenta – Jacka Gmocha. Wtedy to polska piłka nożna weszła na światowa arenę. Polacy na stadionach RFN byli jedn ą dwóch najbardziej przewidywalnych drużyn. Gdy wychodzili na boisko, to wygrywali.
Potknęli się na deszczu i drużynie gospodarzy, żeby na koniec pokonać Brazylię w walce o trzecie miejsce. Ale to było dawno, w słusznie minionej epoce.
Teraz wprawdzie na czele polskiej piłki jest król strzelców z tamtych, pamiętnych mistrzostw, ale widać innych kwalifikacji wymaga królowanie, a innych prezesowanie.
A i, usprawiedliwmy Grzegorza Latę, czasy są zupełnie inne, a futbol nieporównanie bardziej skomercjalizowany.
Właściwie jedyną drużyną, której nie dotknęła komercjalizacja jest reprezentacja KRL-D. Jej zawodników, poza ambicj ą i sławą, których pragnienie towarzyszy wszystkim piłkarzom, nie motywuj ą ani pieniądze, ani szansa na grę najlepszych klubach świata, ale strach przed sprawieniem zawodu swojemu krajowi i jego przywódcy. Byłem onegdaj w Korei Północnej, więc mam pewne wyobrażenie jak ten strach może być wielki, dlatego rozumiem łzy zawodników po przegranych meczach z Portugali ą i Wybrzeżem Kości Słoniowej.
Co jednak różni Mundial od innych rozgrywek, to niewątpliwie znaczny ładunek emocji patriotycznych, często zatr ącających wręcz nacjonalizmem, co nie dziwi, znając światowe podziały na bogatych i biednych, wielkich i maluczkich.
Afrykańczycy, co widać na boiskach i po reakcji kibiców, traktują zawody jako walkę o uznanie za równoprawnych obywateli świata. Reprezentanci małych krajów, jako szansę na dostrze żenie, że one też istnieją. Żal mi by- ło Słoweńców, którzy dość nieszczęśliwie padli w boju z drużyną USA. Gdyby wygrali, pewna część Amerykanów dowiedzia łaby się, że istniej taki kraj, wciśnięty miedzy Alpy i Adriatyk. Tysiące kosztownych akcji promocyjnych tego by nigdy nie załatwiło.
Tak to na Mundialu polityka miesza się ze sportem, narodowymi
kompleksami i pieniędzmi. Osobną grupę – obok Wuwuzele i kampania zawodników
i trenerów, którzy, a szczególnie boski Diego Maradona,
potrafią skupić na sobie uwagę kibiców – to sędziowie. Mieli oni swoje
wpadki, ale per saldo, nie można powiedzieć, żeby w istotny sposób zniekształcili
wyniki meczów, albo popisali się stronniczością. Byli wśród nich
aptekarze, ale i zwolennicy owsiakowej zasady – róbta co chceta. Nie
było wśród nich naszych sędziów, bo najlepiej wyszkoleni siedzą,
a do reszty, na wszelki wypadek, brak międzynarodowego zaufania.
Kibice, jak dotychczas, sprawują się poprawnie. Pięknie umalowani, przystrojeni w narodowe barwy i oryginalne szaty oraz maski, dmą z całej siły w instrument nieznany dotąd na takich imprezach wuwuzele, których dźwięk przypomina głos roju szerszeni. Nie jest to zbyt miłe, gdy zagra na nich kilkadziesiąt tysięcy trębaczy.
O ileż jednak subtelniejsze są one od wypowiedzi naszych polityków i mniej nieznośne od równoległej rozmowy przed kamerą pań ministerek Jakubiak i Pitery albo od monologów profesorek Staniszkis lub Synyszyn!
A wszystko to razem daje wielkie widowisko, dzięki któremu możemy złapać oddech w trakcie bratobójczej walki Platformy z PiSem o prezydenturę.
Ale i w kampanii prezydenckiej mieliśmy zdarzenia warte komentarza. Oto skazywany na totalną klęskę przez komercyjne media, Grzegorz Napieralski stał się, wraz z SLD, języczkiem uwagi. Starzy wyjadacze SLDowscy, nie mówiąc to takich tuzach jak Cimoszewicz czy Nałęcz, bo oni nas przyzwyczaili do zaskakujący zachowań i wypowiedzi, zdumieli się, że ten nieopierzony młodzian okazał się tak skuteczny. Oby tylko nie poszedł drog ą mundialową Serbów i nie zmarnował dorobku. Odświe żenie przywództwa w SLD bardzo się tej partii przyda, byle tylko nie tworzyć jak Kaczyński, Tusk, a wcześniej na lewicy Miller – partii wodzowskiej.
A 4 lipca wybierzemy sobie prezydenta (kto nie będzie głosował, też zdecyduje – zaniechanie działania, to też jest działanie) spośród dwóch prawicowych Polakówkatolików.
Albo zrównoważonego, umiarkowanego z zasadami (nie koniecznie muszą się nam one podobać, mnie np. się nie podobają), albo dynamicznego, zmiennego i nieprzewidywalnego, wyznającego PRAWO Kalego (Kali ukraść – dobrze, Kalemu ukraść – źle) i SPRAWIEDLIWOśĆ z „Samych swoich” („sąd, sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”).
Przy pierwszym – będzie spokojniej i morze mniej głupstw popełnimy na arenie międzynarodowej. Ale żeby nam się poprawiło? Co? W jaki sposób?
Przy drugim, będzie żywiej i śmieszniej. To o nim myśli Paweł śpiewak, prawicowiec do szpiku kości, ponoć pomysłodawca nazwy IV RP, pisząc: „... liderzy PiS nieustannie wyrządzali sobie krzywdę i do dzisiaj uparcie tego nie rozumieją. Mówili o nowym otwarciu w polskiej polityce, o IV RP, ale ugrzęźli w intrygach, kłótniach i prymitywnej wersji politycznego realizmu”. Mocne słowa.
Ale co tu się dziwić? Jak białe nie jest białe, a czarne –
czarne, to solidarna Polska oznacza wprowadzenie najmniej solidarnego systemu
podatkowego, prawo – oznacza bezprawne podsłuchiwanie obywateli i mnożenie
prowokacji, a sprawiedliwość niszczenie ludzi (Barbara Blida), areszty wydobywcze
itd. Nic z tego nie będzie, tylko ludzi i czasu szkoda. Ale Polska jest najważ-
niejsza. A w niej władza.
Stanisław Nowakowski
PS. Przed chwilą obejrzałem zwycięstwo Niemiec nad Anglią. U
zwycięzców grało trzech zawodników polskiego pochodzenia, a dwóch
z nich strzeliło bramki. Polak (za granicą) potrafi! W Anglii też.
Powrót do początku tekstu |