Rozmowa z sekretarzem prasowym OPZZ
W stronę elektroniki
Stanisław Nowakowski: – 1000 „Kronik” na dziesięciolecie... Pamiętamy jak to
się zaczęło? Wówczas wiceprzewodniczącym, odpowiedzialnym za sprawy informacji
był Józek Wiaderny. Stale atakowano go, że OPZZ-u nie ma w mediach, więc organizacje
członkowskie są niedoinformowane, co się na Kopernika dzieje. Argument, że jest
„Nowy Tygodnik Popularny” nie był dla działaczy przekonywający. W gruncie rzeczy
chodziło o to, że pomijała nas telewizja publiczna, choć nie aż tak, jak obecnie.
Wtedy wymyśliłeś „Kronikę Związkową”, żeby zapewnić szybką informację do federacji
i rad wojewódzkich o najważniejszych poczynaniach OPZZ-u. Przyznajesz się do
tego pomysłu?
Grzegorz Ilka: – Oczywiście! Faktycznie wówczas informacja związkowa, jeśli
porównać do stanu obecnego, miała się całkiem nieźle. Wychodził regularnie „Nowy
Tygodnik Popularny”, wydawaliśmy miesięcznik „Przegląd Wydarzeń Związkowych”,
ale chodziło o wprowadzenie do obiegu szybkiego wydawnictwa. Coś przypominającego
solidarnościową bibułę. Było to stosunkowo łatwe i praktycznie bezkosztowe.
Co poniedziałek drukowaliśmy dwustronicową informację, rozsyłaną faxem do ówczesnych
15 rad regionów, one przesyłały ją do 49 rad wojewódzkich, a te dalej, do organizacji
zakładowych, przynajmniej do tych największych. Tak więc praktycznie po dwóch
dniach „Kronika” mogła się pojawić we wszystkich gablotach związków zawodowych
należących do OPZZ.
St.N.: – To nawet się sprawdzało. Ale – powspominajmy – w każdej z czterdziestu
dziewięciu rad wojewódzkich pracowało po kilka osób, każda rada miała fax i
kserograf. Miał to kto robić i było czym. Popatrz, jakim byliśmy bogatym związkiem!
G.I.: – Łza się w oku kręci. Teraz mamy 16 przewodniczących rad wojewódzkich,
najczęściej na relatywnie niższych etatach.
Potem Biuro Prasowe OPZZ dostało szybszy fax, więc rozsyłaliśmy „Kronikę” do
już wówczas 16 rad wojewódzkich, a także organizacji ogólnopolskich.
Wszystko się zmienia. „Kronika” miała wtedy inna formułę. Robiliśmy ją tak:
raz w tygodniu obchodziłem z magnetofonem i karteczką papieru przewodniczącą,
bo w 1996 roku szefową OPZZ była Ewa Spychalska, i wiceprzewodniczących. Oni
opowiadali mi co robili, jakie interwencje podejmowali w ministerstwach, zakładach
itd. Spisywałem to, redagowałem i taki produkt rozsyłaliśmy.
We wszystkich tych numerach występowało całe kierownictwo, z wyjątkiem wiceprzewodniczącego
Wojciecha Obarskiego, który zajmował się finansami. Przy pierwszej próbie „przesłuchania”
go co robił, oświadczył zdecydowanie, że jego działka jest specyficzna, a jemu
nie są potrzebne wychodzące na zewnątrz żadne informacje. Przypomnijmy, że wówczas
OPZZ był pod presją ustawy rewindykacyjnej, która nakładała na nas obowiązek
zwrócenia majątku „Solidarności”, przekazanego po stanie wojennym, w stosunku
niemal 1000 złotych, za złotówkę z lat 80. Co to oznaczało nie ma sensu wyjaśniać.
Przypomnę tylko taką anegdotkę: Pewien dziennikarz z „Rzeczypospolitej”, zajmujący
się związkami zawodowymi, dziś głośny reporter i komentator międzynarodowy,
nazwisko więc pomińmy, powiedział mi wówczas, że dałby każde pieniądze, żeby
móc pochodzić przez dwa tygodnie z Wojtkiem, żeby dowiedzieć się co on tak naprawdę
robi...
Wróćmy jednak do ówczesnej koncepcji „Kroniki”. Na przykład 25 marca 2006 roku
pisaliśmy: „Ewa Spychalska uczestniczyła w posiedzeniu Rady Krajowej Federacji
Kultury i Sztuki. Omawiano...” Pod tą sama datą kolejna informacja: „Ewa Spychalska
interweniowała w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych w sprawie procesu
prywatyzacji cieszyńskiej CELMY...”
Ta formuła wydawała nam się na początku całkiem dobra i była akceptowana. Ale
tak po około półtora roku zaczynałem dostawać sygnały, że to jest „kronika dworska”.
I w rzeczy samej – przy takim sposobie jej tworzenia opisywała ona działalność
OPZZ-u tylko poprzez działania członków ścisłego kierownictwa – 5 osób. Niektórzy
czytelnicy „Kroniki” zadawali sobie nawet trud liczenia ile razy w jakim numerze
pojawiło się czyjeś nazwisko i wyciągali z tego wnioski, co do pozycji jego
właściciela w kierownictwie...
St.N.: – Spotykałem się z takim samym zarzutem, bo w „NTP”, na rozkładówce,
pomyślanej jako ewentualna gazetka ścienna, przedrukowywaliśmy część tych informacji.
„Dlaczego stale piszecie o Spychalskiej, Łepiku, Wiśniewskim itd., a my też
robimy ważne rzeczy, podejmujemy istotne sprawy. Związki to nie tylko kierownictwo
OPZZ.” – słyszeli nasi dziennikarze na różnych spotkaniach. Odpowiadaliśmy zawsze
podobnie: piszcie do nas, telefonujcie, o was też napiszemy.
G.I.: – To jest przyczynek do oceny sposobu traktowania informacji przez działaczy
związkowych. Nie tak łatwo było ich przekonać, że o to czy i jak będzie się
o nich pisać zależy również od nich. Ale po pewnym czasie zaczęły się zgłaszać
ogólnokrajowe i zakładowe organizacje z informacjami o tym, jakie sprawy podjęli
na zarządzie, jakie zorganizowali akcje protestacyjne, co wywalczyli dla swoich
członków, pracowników.
Miało to wpływ na zmiany w „Kronice”. Zwiększyła się liczba informacji i pochodziły
one już nie tylko z Kopernika, ale od innych organizacji członkowskich OPZZ.
Trzeba więc było zmniejszyć czcionkę z 12 do 10, a czasem i do 9,5 punktowej,
bo pierwsze numery to były praktycznie dwie strony znormalizowanego maszynopisu.
Trzeba też było zwiększyć częstotliwość jej wydawania.
Było to, przynajmniej do czasu skomputeryzowania OPZZ i wprowadzenia elektronicznego
przekazu, poważną trudnością dla Biura Prasowego. Jak powiedziałem, rozszerzyła
się liczba odbiorców o organizacje ogólnokrajowe, a nawet niektóre zakładowe,
które o to zabiegały. Wysyłanie przy pomocy faxów, w roku np. 1998, przy polskiej
telekomunikacji, to była zabawa na dwa dni! Czyli przygotowanie kolejnego wydania
trwało kilka godzin, a rozsyłanie szesnaście. Zawsze komuś któraś strona nie
doszła, trzeba było powtarzać wysyłkę. To był horror.
St.N.: – Technika, jeśli porównać ją do dzisiejszej, była podła, ale było was
więcej. Jakoś sobie radziliście.
G.I.: – Jak wszędzie. U ciebie też był większy zespół. Był „Przegląd Wydarzeń
Związkowych”, a jego redaktor, już nieżyjący Maciek Druś, miał kilkuosobowy
zespół stałych współpracowników, którym płacił małą, ale jednak płacił, wierszówkę.
O wiele łatwiej było zebrać informacje, bośmy się wzajem wspomagali.
St.N.: – Nasi czytelnicy pewnie już nie pamiętają, że pod koniec lat dziewięćdziesiątych
i w początkach dwutysięcznych OPZZ wydawał jeszcze raz w tygodniu wkładkę do
„Trybuny”, która miała znacznie wyższy nakład niż obecnie, a która to wkładka
była tak redagowana, że można było wywieszać ją w gablotach. „NTP” miał nakład
kilkunastu, czasem i dwadzieścia tysięcy, a numery podwójne zdarzały się dwa,
trzy razy w roku; „PWZ” co miesiąc drukowano w pięciu tysiącach egzemplarzy.
Do tego dochodziła „Kronika”, jako najszybszy środek przekazu.
G.I.: – Ważne było i to, że wszystkie te publikatory uzupełniały się wzajem.
Sygnalizowany w „Kronice” jakiś temat można było poszerzyć np. krótkim wywiadem
z przewodniczącym związku, o którego jakiejś akcji donosiła „Kronika”. Sprawę
podejmował czasem twój Tygodnik, czasem „Przegląd Wydarzeń Ziązkowych” Maćka
Drusia. Taki kompleksowy system informacji miał, moim zdaniem, wpływ na to,
że „Kronika”, trwając przy objętości dwóch stron A-4, musiała zwiększać częstotliwość,
bo zwiększał się napływ informacji. Jeśli w 1996 roku wydaliśmy 46 numerów,
to z roku na rok wychodziła coraz częściej, aż w 2005 ukazało się 200 „Kronik”,
i to znacznie mniejszą czcionką. Jednak problem, od którego zaczęliśmy rozmowę,
sprowadzający się do pytań: dlaczego nas nie ma w mediach, dlaczego nie ma przepływu
informacji – nadal istnieje.
Uważam jednak, że to jest bardziej problem mentalny niż rzeczywisty. Oto np.
związek OPZZ przeprowadza jakąś akcję protestacyjną. Sprawa jest dość głośna,
więc przyjeżdża do zakładu dziennikarz i pierwsze kroki kieruje do komisji zakładowej
„Solidarności”, która może nawet i w tej akcji uczestniczy, ale nie jest siłą
wiodącą. Działacze OPZZ czują się niedowartościowani.
St.N.: – To się zdarza, jednak bywają i inne sytuacje. To jest właśnie ów problem
mentalny. Posłużę się przykładem z mojego podwórka. Dzięki „Kronice” dowiedziałem
się, że w pewnym zakładzie jest wielka akcja protestacyjna w bardzo ważnej dla
nich sprawie, ale i mającej znacznie szersze znaczenie, wręcz polityczne, na
ogólnopolską skalę. Piszemy o tym w Tygodniku i wysyłamy do tego zakładu egzemplarz
z materiałem na ich temat. Bardzo mi dziękują, że ich zauważyliśmy i docenili,
choć wcześniej Tygodnika nie znali. Znam dobrze przewodniczącego rady powiatowej.
Dzwonię do niego i pytam, dlaczego mi o sprawie wcześniej nic nie powiedział,
albo szefa tej akcji nie skierował do mnie. „Bo oni nie chcieli, żeby sprawie
nadawać rozgłosu, bo może by potraktowano to jako działanie polityczne” – słyszę
w odpowiedzi.. Z jakimi zdarzeniami stykali się dziennikarze naszego tygodnika.
Działacze związkowi z jednej strony chcieliby, żeby ich trud dostrzeżono, ale
z drugiej – żeby nie było na nich, że rozgłaszają jakieś wewnętrzne utarczki.
Jak wygrają, albo przegrają, wtedy chętnie o sprawie opowiedzą, ucieszą się,
że wymieniono kogoś z nazwiska, a jeszcze bardziej, gdy dołączy się zdjęcie.
Umiejętność posługiwania się mediami, jako narzędziem w działalności związkowej,
mówiąc najdelikatniej, nie jest rozpowszechniona.
G.I.: – Spotkałem się i z taki zdaniem, gdy po długotrwałych przepychankach
wywalczono jakąś podwyżkę: po co o tym pisać, po co to nagłaśniać, to może kogoś
drażnić. Argument, że ich przykład, gdy się go w miarę szczegółowo opisze, może
stanowić pomoc dla innych związków, borykających się z podobnymi problemami,
nie wydawał się moim rozmówcom przekonywający.
St.N.: – To tych działaczy sytuuje mocno w polskiej oficjalnej lewicy. Przeprośmy
za winy, nawet niepopełnione. Nie mówmy o sobie za dużo, nie domagajmy się za
wiele. Pamiętam, że prawie dziesięć lat temu, gdy górnictwo węglowe było niszczone,
na jednym ze spotkań wysoki działacz związkowy wygłosił zdanie, że społeczeństwo
nie chce popierać górników, bo byli oni rozpieszczani za Gierka, lepiej więc
teraz ograniczyć żądania. Potraktowałem tego, zresztą miłego człowieka, dość
ostro. Sala była mi wdzięczna, ale jeszcze bardziej zdziwiona. Oto facet spoza
branży przekonuje ich, że to wszystko im się po prostu należało, jak psu buda.
Tak się dali stłamsić.
G.I.: – Z tym też mam do czynienia przy redagowaniu „Kroniki”. Ale przez lata
dopracowałem się dość licznego grona, że tak ich nazwę – współpracowników. W
radach wojewódzkich, powiatowych, w federacjach są ludzie, którzy do mnie dzwonią,
gdy coś się dzieje. A to spór zbiorowy, a to choćby jakiś list do ministra czy
premiera. Wysyłają mi tekst swojej uchwały, tekst listu. Nie jest to jednak,
mówiąc eufemistycznie, grupa większościowa. Dlatego praca przy „Kronice” zaczyna
się rano od dokładnego przestudiowania prasy, a szczególnie depesz PAP-owskich,
z których większość informacji dotyczących związków zawodowych nie trafia do
warszawskich gazet. Gdy zlokalizowaliśmy jakąś związkową akcję, dzwonimy do
danego związku i poszerzamy informację.
Tu czasami pojawia się taki problem: okazuje się, iż jakiś związek, mający w
swej nazwie NSZZ Pracowników, a więc można przypuszczać, że jest to związek
OPZZ-owski, do OPZZ nie należy. Zdarzały mi się sytuacje, ze opisaliśmy w „Kronice”
jakąś akcję, a po kilku tygodniach, przy okazji posiedzenia Prezydium lub Rady,
przewodniczący federacji przychodzi do mnie z pretensjami, że propagujemy działania
konkurencji, bo ten właśnie związek, po awanturze, z jego federacji wystąpił.
Albo, dla odmiany, przewodniczący zakładowy mówi mi, że oni do OPZZ nie należą.
Nie spytałem, czy należą do jakiejś federacji, bo wydawało mi się to bezprzedmiotowe.
Tym razem pretensje były o to, że nie zauważyliśmy ważnej sprawy. Bo owa organizacja
była członkiem OPZZ poprzez przynależność do federacji, ale nie miała świadomości
tego faktu.
St.N.: – Słabe jest poczucie więzi między organizacjami związkowymi, nawet z
jednej federacji, tym bardziej branży, a także między związkami w jednym województwie,
a nawet w powiecie. Przepływ informacji między nimi jest dość często kiepski.
Lepiej to wygląda w jednolitych związkach, w dużych zakładach pracy, gdzie już
powszechnie korzysta się z Internetu. Kto wie, czy nie jest to jedna z istotnych
przyczyn kryzysu związków zawodowych. Przy lansowanej w głównych mediach i w
podręcznikach ekonomii obrazu związków zawodowych, jako czynnika raczej destruktywnego,
niewiele pomagającego ludziom, przy naciskach pracodawców na ograniczanie pola
działalności organizacjom związkowym, ten słaby kontakt międzyzwiązkowy nie
pozwala na tworzenie się więzi, które mogłyby zaowocować większą solidarnością
pracowniczą. Nie mówię, żeby wracać do sytuacji w „Solidarności” z lat 1980--1981,
kiedy to, nawet bez głębszego wnikania w istotę konfliktu, każdy strajk wywoływał
niemal natychmiast falę strajków solidarnościowych w całym regionie. Czy to
było mądre, czy głupie, słuszne, czy niesłuszne, ale dawało związkowi nieprawdopodobną
siłę. To minęło, tego się nie da powtórzyć. Dzisiejsza atomizacja ruchu zawodowego,
ostra konkurencja między organizacjami, pozwalają władzy i pracodawcom na marginalizowanie
związków zawodowych. Brak jest zrozumienia przez działaczy związkowych prostej
prawdy, że bez sprawnej wewnętrznej informacji nie poradzi się z kryzysem związków
zawodowych. Może jestem nadmiernym pesymistą, ale twierdzę, że wystarczy mi
palców obu rąk, żeby wymienić organizacje ogólnokrajowe i struktury wojewódzkie,
które to sobie uświadamiają.
G.I.: – Przełom nastąpił po pojawieniu się Internetu.
St.N.: – Ale OPZZ nie śpieszył się z komputeryzacją. Pamiętam taki zabawny dialog
na posiedzeniu kierownictwa między, niestety nieżyjącymi już, znakomitymi ludźmi
– Zbyszkiem Kochanem, który odpowiadał za majątek i Markiem Opaśnikiem, ówczesnym
rzecznikiem prasowym. Zbyszek (ze zdziwieniem): – To co, ty byś chciał, żeby
komputer był w każdym pokoju? Marek: – Ależ skąd! Na każdym biurku. Zresztą
nie tylko Zbyszek nie miał zaufania do tych urządzeń.
G.I.: – Rzeczywiście, były panie, które broniły swych maszyn do pisania. Ja
miałem z techniką komputerową do czynienia wcześniej, w OPZZ-cie korzystałem
z komputera poselskiego Ewy Spychalskiej, a potem Józka Wiadernego.
St.N.: – To znaczy, że OPZZ wykorzystywał pieniądze podatników dla własnych,
wewnętrznych celów. Oj, chyba trzeba będzie ich za to przeprosić!
G.I.: – Pierwsze „Kroniki”, jak pamiętamy, nie wychodziły zbyt często i mówiły
o działalności kierownictwa, wśród którego byli posłowie, a problemy dotyczyły
spraw interesujących także wyborców. Kiedy zmieniliśmy tę formułę pracowałem
już na sprzęcie OPZZ. Tak więc nie obawiam się powołania w tej sprawie jakiejś
speckomisji.
St.N.: – Jeśli tak, to odchodzimy od linii prezydenta Kwaśniewskiego i nikogo
za nic nie przepraszamy. Bo faktycznie, komputeryzacja OPZZ nastąpiła wówczas,
gdy przewodniczącym został Maciek Manicki, który zrezygnował z ubiegania się
o mandat poselski. Jego decyzja o zakupie laptopów dla wszystkich organizacji
ogólnokrajowych i struktur terenowych była przełomowa. Rzecz jasna, można się
wybrzydzać, że ten system jeszcze nie hula jakby się chciało, ale pomysł był
znakomity. Nie da się wpierw przeszkolić ludzi, a potem im dać sprzęt, żeby
się nim fachowo posługiwali. Musieli się z tą nowinką oswoić. Najpierw poukładać
pasjanse, pooglądać, co tam kogo interesowało w Internecie, żeby z czasem dojść
do wniosku, że jest to takie narzędzie pracy, bez którego nie sposób się obejść.
G.I.: – Przez ostatnie dziesięć lat zmieniło się pod tym względem nie tylko
OPZZ, ale cała Polska. Z naszej strony internetowej, którą założyliśmy w 1997
roku, korzystało przez pierwsze lata jakieś 10 tys. osób rocznie. W 2003 roku
– kiedy Manicki kupował laptopy – stronę internetową OPZZ odwiedziło 40,5 tysiąca
osób. W następnym roku – po zakupie laptopów – 104,5 tysiąca. To pokazuje co
Maciek zrobił. Teraz 10 tys. wejść notujemy w pół miesiąca. To znaczy, że użycie
Internetu stało się powszechne i nastąpiła taka zmiana mentalności związkowców,
że właściwie bez niego nie sposób się obejść.
St.N.: – Moje obserwacje są oczywiście pobieżne, nie rozjeżdżam się po Polsce,
jak kiedyś. Jednak wydaje mi się, że dzięki stronie internetowej, elektronicznemu
przekazowi informacji, narzekania na jej brak, kiedyś powszechne, teraz są sporadyczne.
Chyba, że nasi działacze przyzwyczaili się do tego, że w głównych mediach o
związkach albo się nie mówi, albo mówi źle. Z wyjątkiem wielkich demonstracji,
którym nie można całkiem odmówić racji.
G.I.: – Mnie to nie całkiem dziwi. Dziennikarz telewizyjny, gdy ma powiedzieć
np. o emeryturach pomostowych, ma kłopoty. A tak na oko 5 tysięcy górników pod
Sejmem jest w stanie policzyć. Ale coś jest na rzeczy i w tym, o czym mówisz.
Jeśli w „Kronice”, dzięki Internetowi, mogę publikować kolorowe zdjęcia, a pierwszych,
faxowych wydaniach nie było mowy nawet o prostym czarno-białym rysunku, to i
odbiór jest inny. No i co najważniejsze – tempo. Co trwało kilka dni – zbieranie
materiałów, redagowanie i przesyłanie – trwa kilka godzin. Do tego, jeśli początkowo
wysyłaliśmy „Kronikę” pod kilkadziesiąt adresów, to dziś pod ok. 600 i liczba
ta stale się zwiększa. Po prostu poza wszystkimi strukturami OPZZ, każdy kto
chce, zostawia mi adres e-mailowy, wprowadzam go na listę. Abonentów zbieramy
przy okazji szkoleń, narad spotkań. Nawet nie policzę, ile tych adresów jest,
bo organizacje ogólnokrajowe i rady terenowe mają własne bazy adresowe i posyłają
„Kronikę” dalej. To się dzieje wszystko bezkosztowo!
St.N.: – To jest najpoważniejszy problem OPZZ: jak bezkosztowo prowadzić działalność.
Jeśli idzie o „Nowy Tygodnik Popularny”, to się na dalszą metę nie da. Będziemy
musieli chyba likwidować tytuł.
G.I.: – Martwisz mnie...
St.N.: – Sam też się martwię. Odłóżmy więc tę rozmowę do następnego numeru.
Powrót do początku tekstu |