Nowy Tygodnik Popularny

 Ogólnopolskie pismo ruchu związkowego   •   Nr 31-33 (1123-1125)  •  30 VII-13 VIII 2006


1000 „Kronik” na dziesięciolecie


W stronę elektroniki

W numerze między innymi:
Edytorial
Mamy kryzys
Jubileusz z socjalizmem w tle
Fenomen ZSMP
Związkowcy u Andrzeja Leppera
Wicepremier ma związane ręce
Felieton Tomasza R. Wiśniewskiego
Racjonalna logika sadyzmu


Redaktor naczelny:
Stanisław Nowakowski
Redaktor techniczny:
Anna Lewandowska
Opracowanie graficzne:
Olivier Duboux
Adres redakcji:
ul. Kopernika 36/40
00-924 Warszawa

Tel: (022) 826 41 67



Serdecznie zapraszamy na strony

Przeglądu Wydarzeń Związkowych




Aktualności związkowe, artykuły, zdjęcia, wywiady, reportaże, porady prawne.
Rozmowa z sekretarzem prasowym OPZZ

W stronę elektroniki

Stanisław Nowakowski: – 1000 „Kronik” na dziesięciolecie... Pamiętamy jak to się zaczęło? Wówczas wiceprzewodniczącym, odpowiedzialnym za sprawy informacji był Józek Wiaderny. Stale atakowano go, że OPZZ-u nie ma w mediach, więc organizacje członkowskie są niedoinformowane, co się na Kopernika dzieje. Argument, że jest „Nowy Tygodnik Popularny” nie był dla działaczy przekonywający. W gruncie rzeczy chodziło o to, że pomijała nas telewizja publiczna, choć nie aż tak, jak obecnie. Wtedy wymyśliłeś „Kronikę Związkową”, żeby zapewnić szybką informację do federacji i rad wojewódzkich o najważniejszych poczynaniach OPZZ-u. Przyznajesz się do tego pomysłu?

Grzegorz Ilka: – Oczywiście! Faktycznie wówczas informacja związkowa, jeśli porównać do stanu obecnego, miała się całkiem nieźle. Wychodził regularnie „Nowy Tygodnik Popularny”, wydawaliśmy miesięcznik „Przegląd Wydarzeń Związkowych”, ale chodziło o wprowadzenie do obiegu szybkiego wydawnictwa. Coś przypominającego solidarnościową bibułę. Było to stosunkowo łatwe i praktycznie bezkosztowe. Co poniedziałek drukowaliśmy dwustronicową informację, rozsyłaną faxem do ówczesnych 15 rad regionów, one przesyłały ją do 49 rad wojewódzkich, a te dalej, do organizacji zakładowych, przynajmniej do tych największych. Tak więc praktycznie po dwóch dniach „Kronika” mogła się pojawić we wszystkich gablotach związków zawodowych należących do OPZZ.

St.N.: – To nawet się sprawdzało. Ale – powspominajmy – w każdej z czterdziestu dziewięciu rad wojewódzkich pracowało po kilka osób, każda rada miała fax i kserograf. Miał to kto robić i było czym. Popatrz, jakim byliśmy bogatym związkiem!

G.I.: – Łza się w oku kręci. Teraz mamy 16 przewodniczących rad wojewódzkich, najczęściej na relatywnie niższych etatach.

Potem Biuro Prasowe OPZZ dostało szybszy fax, więc rozsyłaliśmy „Kronikę” do już wówczas 16 rad wojewódzkich, a także organizacji ogólnopolskich.

Wszystko się zmienia. „Kronika” miała wtedy inna formułę. Robiliśmy ją tak: raz w tygodniu obchodziłem z magnetofonem i karteczką papieru przewodniczącą, bo w 1996 roku szefową OPZZ była Ewa Spychalska, i wiceprzewodniczących. Oni opowiadali mi co robili, jakie interwencje podejmowali w ministerstwach, zakładach itd. Spisywałem to, redagowałem i taki produkt rozsyłaliśmy.

We wszystkich tych numerach występowało całe kierownictwo, z wyjątkiem wiceprzewodniczącego Wojciecha Obarskiego, który zajmował się finansami. Przy pierwszej próbie „przesłuchania” go co robił, oświadczył zdecydowanie, że jego działka jest specyficzna, a jemu nie są potrzebne wychodzące na zewnątrz żadne informacje. Przypomnijmy, że wówczas OPZZ był pod presją ustawy rewindykacyjnej, która nakładała na nas obowiązek zwrócenia majątku „Solidarności”, przekazanego po stanie wojennym, w stosunku niemal 1000 złotych, za złotówkę z lat 80. Co to oznaczało nie ma sensu wyjaśniać. Przypomnę tylko taką anegdotkę: Pewien dziennikarz z „Rzeczypospolitej”, zajmujący się związkami zawodowymi, dziś głośny reporter i komentator międzynarodowy, nazwisko więc pomińmy, powiedział mi wówczas, że dałby każde pieniądze, żeby móc pochodzić przez dwa tygodnie z Wojtkiem, żeby dowiedzieć się co on tak naprawdę robi...

Wróćmy jednak do ówczesnej koncepcji „Kroniki”. Na przykład 25 marca 2006 roku pisaliśmy: „Ewa Spychalska uczestniczyła w posiedzeniu Rady Krajowej Federacji Kultury i Sztuki. Omawiano...” Pod tą sama datą kolejna informacja: „Ewa Spychalska interweniowała w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych w sprawie procesu prywatyzacji cieszyńskiej CELMY...”

Ta formuła wydawała nam się na początku całkiem dobra i była akceptowana. Ale tak po około półtora roku zaczynałem dostawać sygnały, że to jest „kronika dworska”. I w rzeczy samej – przy takim sposobie jej tworzenia opisywała ona działalność OPZZ-u tylko poprzez działania członków ścisłego kierownictwa – 5 osób. Niektórzy czytelnicy „Kroniki” zadawali sobie nawet trud liczenia ile razy w jakim numerze pojawiło się czyjeś nazwisko i wyciągali z tego wnioski, co do pozycji jego właściciela w kierownictwie...

St.N.: – Spotykałem się z takim samym zarzutem, bo w „NTP”, na rozkładówce, pomyślanej jako ewentualna gazetka ścienna, przedrukowywaliśmy część tych informacji. „Dlaczego stale piszecie o Spychalskiej, Łepiku, Wiśniewskim itd., a my też robimy ważne rzeczy, podejmujemy istotne sprawy. Związki to nie tylko kierownictwo OPZZ.” – słyszeli nasi dziennikarze na różnych spotkaniach. Odpowiadaliśmy zawsze podobnie: piszcie do nas, telefonujcie, o was też napiszemy.

G.I.: – To jest przyczynek do oceny sposobu traktowania informacji przez działaczy związkowych. Nie tak łatwo było ich przekonać, że o to czy i jak będzie się o nich pisać zależy również od nich. Ale po pewnym czasie zaczęły się zgłaszać ogólnokrajowe i zakładowe organizacje z informacjami o tym, jakie sprawy podjęli na zarządzie, jakie zorganizowali akcje protestacyjne, co wywalczyli dla swoich członków, pracowników.

Miało to wpływ na zmiany w „Kronice”. Zwiększyła się liczba informacji i pochodziły one już nie tylko z Kopernika, ale od innych organizacji członkowskich OPZZ. Trzeba więc było zmniejszyć czcionkę z 12 do 10, a czasem i do 9,5 punktowej, bo pierwsze numery to były praktycznie dwie strony znormalizowanego maszynopisu. Trzeba też było zwiększyć częstotliwość jej wydawania.

Było to, przynajmniej do czasu skomputeryzowania OPZZ i wprowadzenia elektronicznego przekazu, poważną trudnością dla Biura Prasowego. Jak powiedziałem, rozszerzyła się liczba odbiorców o organizacje ogólnokrajowe, a nawet niektóre zakładowe, które o to zabiegały. Wysyłanie przy pomocy faxów, w roku np. 1998, przy polskiej telekomunikacji, to była zabawa na dwa dni! Czyli przygotowanie kolejnego wydania trwało kilka godzin, a rozsyłanie szesnaście. Zawsze komuś któraś strona nie doszła, trzeba było powtarzać wysyłkę. To był horror.

St.N.: – Technika, jeśli porównać ją do dzisiejszej, była podła, ale było was więcej. Jakoś sobie radziliście.

G.I.: – Jak wszędzie. U ciebie też był większy zespół. Był „Przegląd Wydarzeń Związkowych”, a jego redaktor, już nieżyjący Maciek Druś, miał kilkuosobowy zespół stałych współpracowników, którym płacił małą, ale jednak płacił, wierszówkę. O wiele łatwiej było zebrać informacje, bośmy się wzajem wspomagali.

St.N.: – Nasi czytelnicy pewnie już nie pamiętają, że pod koniec lat dziewięćdziesiątych i w początkach dwutysięcznych OPZZ wydawał jeszcze raz w tygodniu wkładkę do „Trybuny”, która miała znacznie wyższy nakład niż obecnie, a która to wkładka była tak redagowana, że można było wywieszać ją w gablotach. „NTP” miał nakład kilkunastu, czasem i dwadzieścia tysięcy, a numery podwójne zdarzały się dwa, trzy razy w roku; „PWZ” co miesiąc drukowano w pięciu tysiącach egzemplarzy. Do tego dochodziła „Kronika”, jako najszybszy środek przekazu.

G.I.: – Ważne było i to, że wszystkie te publikatory uzupełniały się wzajem. Sygnalizowany w „Kronice” jakiś temat można było poszerzyć np. krótkim wywiadem z przewodniczącym związku, o którego jakiejś akcji donosiła „Kronika”. Sprawę podejmował czasem twój Tygodnik, czasem „Przegląd Wydarzeń Ziązkowych” Maćka Drusia. Taki kompleksowy system informacji miał, moim zdaniem, wpływ na to, że „Kronika”, trwając przy objętości dwóch stron A-4, musiała zwiększać częstotliwość, bo zwiększał się napływ informacji. Jeśli w 1996 roku wydaliśmy 46 numerów, to z roku na rok wychodziła coraz częściej, aż w 2005 ukazało się 200 „Kronik”, i to znacznie mniejszą czcionką. Jednak problem, od którego zaczęliśmy rozmowę, sprowadzający się do pytań: dlaczego nas nie ma w mediach, dlaczego nie ma przepływu informacji – nadal istnieje.

Uważam jednak, że to jest bardziej problem mentalny niż rzeczywisty. Oto np. związek OPZZ przeprowadza jakąś akcję protestacyjną. Sprawa jest dość głośna, więc przyjeżdża do zakładu dziennikarz i pierwsze kroki kieruje do komisji zakładowej „Solidarności”, która może nawet i w tej akcji uczestniczy, ale nie jest siłą wiodącą. Działacze OPZZ czują się niedowartościowani.

St.N.: – To się zdarza, jednak bywają i inne sytuacje. To jest właśnie ów problem mentalny. Posłużę się przykładem z mojego podwórka. Dzięki „Kronice” dowiedziałem się, że w pewnym zakładzie jest wielka akcja protestacyjna w bardzo ważnej dla nich sprawie, ale i mającej znacznie szersze znaczenie, wręcz polityczne, na ogólnopolską skalę. Piszemy o tym w Tygodniku i wysyłamy do tego zakładu egzemplarz z materiałem na ich temat. Bardzo mi dziękują, że ich zauważyliśmy i docenili, choć wcześniej Tygodnika nie znali. Znam dobrze przewodniczącego rady powiatowej. Dzwonię do niego i pytam, dlaczego mi o sprawie wcześniej nic nie powiedział, albo szefa tej akcji nie skierował do mnie. „Bo oni nie chcieli, żeby sprawie nadawać rozgłosu, bo może by potraktowano to jako działanie polityczne” – słyszę w odpowiedzi.. Z jakimi zdarzeniami stykali się dziennikarze naszego tygodnika. Działacze związkowi z jednej strony chcieliby, żeby ich trud dostrzeżono, ale z drugiej – żeby nie było na nich, że rozgłaszają jakieś wewnętrzne utarczki. Jak wygrają, albo przegrają, wtedy chętnie o sprawie opowiedzą, ucieszą się, że wymieniono kogoś z nazwiska, a jeszcze bardziej, gdy dołączy się zdjęcie. Umiejętność posługiwania się mediami, jako narzędziem w działalności związkowej, mówiąc najdelikatniej, nie jest rozpowszechniona.

G.I.: – Spotkałem się i z taki zdaniem, gdy po długotrwałych przepychankach wywalczono jakąś podwyżkę: po co o tym pisać, po co to nagłaśniać, to może kogoś drażnić. Argument, że ich przykład, gdy się go w miarę szczegółowo opisze, może stanowić pomoc dla innych związków, borykających się z podobnymi problemami, nie wydawał się moim rozmówcom przekonywający.

St.N.: – To tych działaczy sytuuje mocno w polskiej oficjalnej lewicy. Przeprośmy za winy, nawet niepopełnione. Nie mówmy o sobie za dużo, nie domagajmy się za wiele. Pamiętam, że prawie dziesięć lat temu, gdy górnictwo węglowe było niszczone, na jednym ze spotkań wysoki działacz związkowy wygłosił zdanie, że społeczeństwo nie chce popierać górników, bo byli oni rozpieszczani za Gierka, lepiej więc teraz ograniczyć żądania. Potraktowałem tego, zresztą miłego człowieka, dość ostro. Sala była mi wdzięczna, ale jeszcze bardziej zdziwiona. Oto facet spoza branży przekonuje ich, że to wszystko im się po prostu należało, jak psu buda. Tak się dali stłamsić.

G.I.: – Z tym też mam do czynienia przy redagowaniu „Kroniki”. Ale przez lata dopracowałem się dość licznego grona, że tak ich nazwę – współpracowników. W radach wojewódzkich, powiatowych, w federacjach są ludzie, którzy do mnie dzwonią, gdy coś się dzieje. A to spór zbiorowy, a to choćby jakiś list do ministra czy premiera. Wysyłają mi tekst swojej uchwały, tekst listu. Nie jest to jednak, mówiąc eufemistycznie, grupa większościowa. Dlatego praca przy „Kronice” zaczyna się rano od dokładnego przestudiowania prasy, a szczególnie depesz PAP-owskich, z których większość informacji dotyczących związków zawodowych nie trafia do warszawskich gazet. Gdy zlokalizowaliśmy jakąś związkową akcję, dzwonimy do danego związku i poszerzamy informację.

Tu czasami pojawia się taki problem: okazuje się, iż jakiś związek, mający w swej nazwie NSZZ Pracowników, a więc można przypuszczać, że jest to związek OPZZ-owski, do OPZZ nie należy. Zdarzały mi się sytuacje, ze opisaliśmy w „Kronice” jakąś akcję, a po kilku tygodniach, przy okazji posiedzenia Prezydium lub Rady, przewodniczący federacji przychodzi do mnie z pretensjami, że propagujemy działania konkurencji, bo ten właśnie związek, po awanturze, z jego federacji wystąpił. Albo, dla odmiany, przewodniczący zakładowy mówi mi, że oni do OPZZ nie należą. Nie spytałem, czy należą do jakiejś federacji, bo wydawało mi się to bezprzedmiotowe. Tym razem pretensje były o to, że nie zauważyliśmy ważnej sprawy. Bo owa organizacja była członkiem OPZZ poprzez przynależność do federacji, ale nie miała świadomości tego faktu.

St.N.: – Słabe jest poczucie więzi między organizacjami związkowymi, nawet z jednej federacji, tym bardziej branży, a także między związkami w jednym województwie, a nawet w powiecie. Przepływ informacji między nimi jest dość często kiepski. Lepiej to wygląda w jednolitych związkach, w dużych zakładach pracy, gdzie już powszechnie korzysta się z Internetu. Kto wie, czy nie jest to jedna z istotnych przyczyn kryzysu związków zawodowych. Przy lansowanej w głównych mediach i w podręcznikach ekonomii obrazu związków zawodowych, jako czynnika raczej destruktywnego, niewiele pomagającego ludziom, przy naciskach pracodawców na ograniczanie pola działalności organizacjom związkowym, ten słaby kontakt międzyzwiązkowy nie pozwala na tworzenie się więzi, które mogłyby zaowocować większą solidarnością pracowniczą. Nie mówię, żeby wracać do sytuacji w „Solidarności” z lat 1980--1981, kiedy to, nawet bez głębszego wnikania w istotę konfliktu, każdy strajk wywoływał niemal natychmiast falę strajków solidarnościowych w całym regionie. Czy to było mądre, czy głupie, słuszne, czy niesłuszne, ale dawało związkowi nieprawdopodobną siłę. To minęło, tego się nie da powtórzyć. Dzisiejsza atomizacja ruchu zawodowego, ostra konkurencja między organizacjami, pozwalają władzy i pracodawcom na marginalizowanie związków zawodowych. Brak jest zrozumienia przez działaczy związkowych prostej prawdy, że bez sprawnej wewnętrznej informacji nie poradzi się z kryzysem związków zawodowych. Może jestem nadmiernym pesymistą, ale twierdzę, że wystarczy mi palców obu rąk, żeby wymienić organizacje ogólnokrajowe i struktury wojewódzkie, które to sobie uświadamiają.

G.I.: – Przełom nastąpił po pojawieniu się Internetu.

St.N.: – Ale OPZZ nie śpieszył się z komputeryzacją. Pamiętam taki zabawny dialog na posiedzeniu kierownictwa między, niestety nieżyjącymi już, znakomitymi ludźmi – Zbyszkiem Kochanem, który odpowiadał za majątek i Markiem Opaśnikiem, ówczesnym rzecznikiem prasowym. Zbyszek (ze zdziwieniem): – To co, ty byś chciał, żeby komputer był w każdym pokoju? Marek: – Ależ skąd! Na każdym biurku. Zresztą nie tylko Zbyszek nie miał zaufania do tych urządzeń.

G.I.: – Rzeczywiście, były panie, które broniły swych maszyn do pisania. Ja miałem z techniką komputerową do czynienia wcześniej, w OPZZ-cie korzystałem z komputera poselskiego Ewy Spychalskiej, a potem Józka Wiadernego.

St.N.: – To znaczy, że OPZZ wykorzystywał pieniądze podatników dla własnych, wewnętrznych celów. Oj, chyba trzeba będzie ich za to przeprosić!

G.I.: – Pierwsze „Kroniki”, jak pamiętamy, nie wychodziły zbyt często i mówiły o działalności kierownictwa, wśród którego byli posłowie, a problemy dotyczyły spraw interesujących także wyborców. Kiedy zmieniliśmy tę formułę pracowałem już na sprzęcie OPZZ. Tak więc nie obawiam się powołania w tej sprawie jakiejś speckomisji.

St.N.: – Jeśli tak, to odchodzimy od linii prezydenta Kwaśniewskiego i nikogo za nic nie przepraszamy. Bo faktycznie, komputeryzacja OPZZ nastąpiła wówczas, gdy przewodniczącym został Maciek Manicki, który zrezygnował z ubiegania się o mandat poselski. Jego decyzja o zakupie laptopów dla wszystkich organizacji ogólnokrajowych i struktur terenowych była przełomowa. Rzecz jasna, można się wybrzydzać, że ten system jeszcze nie hula jakby się chciało, ale pomysł był znakomity. Nie da się wpierw przeszkolić ludzi, a potem im dać sprzęt, żeby się nim fachowo posługiwali. Musieli się z tą nowinką oswoić. Najpierw poukładać pasjanse, pooglądać, co tam kogo interesowało w Internecie, żeby z czasem dojść do wniosku, że jest to takie narzędzie pracy, bez którego nie sposób się obejść.

G.I.: – Przez ostatnie dziesięć lat zmieniło się pod tym względem nie tylko OPZZ, ale cała Polska. Z naszej strony internetowej, którą założyliśmy w 1997 roku, korzystało przez pierwsze lata jakieś 10 tys. osób rocznie. W 2003 roku – kiedy Manicki kupował laptopy – stronę internetową OPZZ odwiedziło 40,5 tysiąca osób. W następnym roku – po zakupie laptopów – 104,5 tysiąca. To pokazuje co Maciek zrobił. Teraz 10 tys. wejść notujemy w pół miesiąca. To znaczy, że użycie Internetu stało się powszechne i nastąpiła taka zmiana mentalności związkowców, że właściwie bez niego nie sposób się obejść.

St.N.: – Moje obserwacje są oczywiście pobieżne, nie rozjeżdżam się po Polsce, jak kiedyś. Jednak wydaje mi się, że dzięki stronie internetowej, elektronicznemu przekazowi informacji, narzekania na jej brak, kiedyś powszechne, teraz są sporadyczne. Chyba, że nasi działacze przyzwyczaili się do tego, że w głównych mediach o związkach albo się nie mówi, albo mówi źle. Z wyjątkiem wielkich demonstracji, którym nie można całkiem odmówić racji.

G.I.: – Mnie to nie całkiem dziwi. Dziennikarz telewizyjny, gdy ma powiedzieć np. o emeryturach pomostowych, ma kłopoty. A tak na oko 5 tysięcy górników pod Sejmem jest w stanie policzyć. Ale coś jest na rzeczy i w tym, o czym mówisz.

Jeśli w „Kronice”, dzięki Internetowi, mogę publikować kolorowe zdjęcia, a pierwszych, faxowych wydaniach nie było mowy nawet o prostym czarno-białym rysunku, to i odbiór jest inny. No i co najważniejsze – tempo. Co trwało kilka dni – zbieranie materiałów, redagowanie i przesyłanie – trwa kilka godzin. Do tego, jeśli początkowo wysyłaliśmy „Kronikę” pod kilkadziesiąt adresów, to dziś pod ok. 600 i liczba ta stale się zwiększa. Po prostu poza wszystkimi strukturami OPZZ, każdy kto chce, zostawia mi adres e-mailowy, wprowadzam go na listę. Abonentów zbieramy przy okazji szkoleń, narad spotkań. Nawet nie policzę, ile tych adresów jest, bo organizacje ogólnokrajowe i rady terenowe mają własne bazy adresowe i posyłają „Kronikę” dalej. To się dzieje wszystko bezkosztowo!

St.N.: – To jest najpoważniejszy problem OPZZ: jak bezkosztowo prowadzić działalność. Jeśli idzie o „Nowy Tygodnik Popularny”, to się na dalszą metę nie da. Będziemy musieli chyba likwidować tytuł.

G.I.: – Martwisz mnie...

St.N.: – Sam też się martwię. Odłóżmy więc tę rozmowę do następnego numeru.

Powrót do początku tekstu

© Instytut Wydawniczy „Książka i Prasa” ul. Twarda 60, 00-818 Warszawa
tel./fax: (022)   625-36-26   kip@medianet.pl   www.iwkip.org