Powrót do spisu treści
Rafał Księżyk
Czarodziejska peleryna
Sinatra i narodziny potęgi stylu
W święta Bożego Narodzenia w pierwszym programie telewizji polskiej muzykowała
Arka Noego i... pozujący na Sinatrę, idol nastolatek Robbie Williams. W tym
samym czasie o Sinatrze mówi się w kręgu bywalców ekstrawaganckich klubów tanecznych.
Na ulicach Warszawy pojawiają się plakaty anonsujące musical „Sinatra”. Najwyraźniej
Frank Sinatra, sztandarowy idol lat 50. powrócił. Co to może znaczyć?
Jego miejsce w kulturze muzycznej XX wieku jest bezsprzeczne. Był pierwszym
nowoczesnym idolem. W czasach, gdy Marshall MacLuhan analizował polityczne sposoby
wykorzystania mass mediów, Sinatra już nimi władał. Uznaje się go także za pierwszą
gwiazdę pop, która w pełni wykorzystywała możliwości mikrofonu do budowania
dramaturgii swych kreacji.
Aktualny renesans Franka Sinatry jest kulminacją mody na amerykańską muzykę
lat 50. Prasa muzyczna pisze po prostu o powodzeniu stylowego kiczu. Od końca
minionej dekady powracają kuriozalne estetyki charakterystyczne dla tamtej epoki,
takie jak muzyka z kreskówek Warner Bros., lounge jazz, exotica i space age
pop. Sinatra jest jednak pierwszą na tej fali ikoną piosenkarza-gwiazdy.
Trubadur prezydentów i gangsterów
Urodzony w 1915 r. w New Jersey, syn ubogich emigrantów z Sycylii w latach
30. przeszedł kolejne szczeble estradowej kariery. Był śpiewającym kelnerem,
laureatem radiowego konkursu talentów, amantem w tanecznym, swingującym big
bandzie. W latach 40. – na długo przed Elvisem i Beatlesami – zrobił zawrotną
karierę jako idol budzący ekstazę nastolatek i... protegowany bossów włoskiej
mafii. Gdy nie mógł już udawać chłopca, jego kariera załamała się. Powrócił
w glorii w 1953 r. jako aktor nagrodzony Oskarem za rolę w „Stąd do wieczności”.
Zaraz potem nagrał swe najsłynniejsze płyty rozchwytywane przez dorosłych. Został
liderem estradowo-ekranowej grupy „Rat Pack”, która kokietowała przepychem playboyów
rozbijających się pomiędzy Hollywood a Las Vegas.
Kulminacją kariery Franka był udział w kampanii wyborczej Johna F. Kennedy’ego
w 1960 r., gdzie zaśpiewał „This Is My Home”. Wkrótce później FBI ujawniło,
iż jedna z kochanek JFK sypia równocześnie z szefem chicagowskiej mafii. Okazało
się, iż obaj zapoznali ją dzięki Sinatrze... Odrzucony przez Kennedych, piosenkarz
przeżywał kolejny kryzys, który zbiegł się z triumfem znienawidzonego przezeń
rock&rolla. Demonstracyjnie, z demokraty stał się republikaninem, co sprawiło,
że w latach 80. – oczyszczony z zarzutów o współpracę z mafią – został gwiazdą
show inaugurującego prezydenturę Ronalda Reagana. W 1993 roku Sinatra przeżył
triumfalny comeback. Płytą „Duets” Sinatra – który dla generacji hippisów i
punków jawił się żałosną karykaturą – podbił generację MTV. Tytułowe duety wykonywali
z nim m.in. Julio Iglesias, Barbara Streisand i Bono.
Zmarł na atak serca w 1998 roku. Żegnano go jako ukochanego interpretatora
standardów z „American Songbook”. Redaktor Village Voice pisząc o niebezpiecznych
stronach jego osobowości, porównał go do Francoise Villona. Tekst z prowincjonalnej
Boston Phoenix stwierdza, iż od czasów Dylana każdy piosenkarz był „artystą”,
tymczasem Frank to pierwszy i największy człowiek estrady – „entertainer”.
Styl życia na rynku
W miesiąc po premierze, przedstawienia „Sinatry” w warszawskim Teatrze Syrena
mają komplet widowni. Średnia wieku na sali: po 50-ce. Ci, co pamiętają Franka?
Tymczasem wydany jesienią ubiegłego roku „sinatrowski” album Robbie Williamsa,
„Swing When You Happy”, po tym jak podbił pół Europy, tej zimy stał się bestsellerem
wśród młodzieżowych odbiorców nad Wisłą. Różnica między obu przedsięwzięciami
nie ogranicza się do tego, że za pieniądze włożone w płytę Williamsa można by
kupić całą „Syrenę”. Warszawski „Sinatra” to interpretacje piosenek Franka.
Dodać trzeba: kiepskie, bo utrzymane w mdłej estetyce standardów „Telewizyjnego
Koncertu Życzeń”. Williams nie zdobył się na próbę twórczej interpretacji szlagierów
swego idola. On po prostu powiela jego styl. Od musicalowego charakteru koncertów
promocyjnych, poprzez zdjęcia, orkiestracje i aranżacje, kreacje wokalne, na
edycji płyty skończywszy – wszystko jest tu błyskotliwą, oszałamiająco wystawną
stylizacją. „Swing When You Happy” jest współczesną – chciałoby się powiedzieć:
wirtualną – apoteozą stylu Sinatry.
Wymowne, że bieżąca moda na lata 50. narodziła się na obrzeżach muzyki klubowej.
Z jednej strony zwrot ku tamtej tradycji jest jednym ze szlaków odzyskiwania
harmonii w muzyce, za którą wyraźnie tęskni pokolenie wyrosłe na techno i hip
hop’ie. Ale też obecne postrzeganie muzyki bliższe jest latom 50., niż erze
dominacji rocka przypadającej na lata 60., 70. i 80. Współczesna muzyka klubowa
– lansowana jako rozrywka młodej burżuazji – w swej kokieterii bardziej przypomina
futurystyczne wydanie easy listening lat 50., niż transowe techno lat 90., z
którego wyrasta. Tę muzykę sprzedaje się jako ważny element stylu życia, komponent
modnego wizerunku. Twórca muzyki przypomina obecnie projektanta mody. To „entertainer”,
człowiek rozrywki a nie artysta – idzie o dobry, funkcjonalny produkt, nie o
dzieło. Archetypem idola, który w latach 50. uwiódł świat etosem stylu jest
właśnie Frank Sinatra.
Obcy w biaŁym kołnierzyku
Stylowo wymięta elegancja ŕ la Humphrey Bogart. Cygaro i bourbon w ciemnym
kącie baru. Smutne, błękitne oczy i zmysłowy baryton. Otoczony kobietami król
najmodniejszych kasyn i hoteli. Oto zewnętrzne atrybuty Franka. Co jest szczególne
to fakt, iż Sinatra formował swą kreację równolegle z tym, jak kształtowała
się powojenna amerykańska klasa średnia. Stał się bohaterem jej wyobraźni, symbolem
seksu i męskim wzorcem. Jego ikona i jej mit tak zrosły się ze sobą, iż niełatwo
dziś prześledzić kierunki wzajemnych wpływów pomiędzy nimi.
Być może ten związek tłumaczy fakt, dlaczego w Polsce, Sinatra nigdy nie był
tak znaczący jak Presley czy The Beatles. Dziś jednak sytuacja najwyraźniej
się zmienia. Po 10 latach kształtowania rodzimej klasy średniej, wiemy już,
że nie dla niej etos inteligencji, z której w dużej mierze wyrosła. Styl życia
wystarcza jako autorytet i potwierdzenie tożsamości.
Współczesnych krytyków intryguje wielokulturowość kreacji Sinatry. Choć jako
wokalista wyrastał z kręgu włoskiego belcanta, emocjonalność śpiewu podpatrywał
u czarnoskórej Billie Holiday. Bing Crosby’emu, dystyngowanej, białej gwieździe
lat 30. – epoki jazzu i radia – zawdzięczał lekcję opanowania mikrofonu. Jak
to się stało, że to „obcy” – Włosi, Czarni i Żydzi – ukształtowali kulturę masową
Ameryki – zastanawia się Peter Schmidt w tekście analizującym... metamorfozy
fryzur Sinatry: od chłopięcego, włoskiego śpiewaka, po rzymskiego patrycjusza.
Odpowiedź brzmi: było to kwestią potęgi stylu. Kreacja atrakcyjnego stylu okazała
się najbardziej skutecznym wehikułem asymilacji dla „obcych”, którzy szukali
swego miejsca w realiach XX-wiecznej Ameryki. O tym jak trudne to było zadanie
świadczy choćby przykład ojca Sinatry, ubogiego imigranta z Sycylii, który chcąc
robić w Stanach karierę boksera, przybrał irlandzkie nazwisko.
Afrodyzjak dla sennych przedmieść
Podmiejskie rezydencje wystylizowane na haciendy. Szafowe stereo rozsiewa blichtr
swingującej orkiestry w przestronnych living-room’ach. Zrolowane nad kostką
białe podkolanówki nastolatek. Weekendowa siesta celebrująca partie golfa i
koktajle. Kapiący złotem przepych nocnych lokali. Rytuały i gesty, dzięki którym
w latach 50. amerykańskie „białe kołnierzyki” tworzyły swój arystokratyczny
etos klasy pracującej. Jak być arystokratą w demokratycznej Ameryce?
Skoro dzięki budzącemu aprobatę stylowi obca etniczność okazywała się atrakcyjna
dla ogółu Amerykanów, również dzięki niemu arystokratyczność mogła być demokratyczna
pozostając zarazem elitarną. Pod warunkiem, że styl uznamy za kwestię wyboru
poświadczonego określonymi rytuałami. Nawet jeśli były to kosztowne rytuały,
teoretycznie każdy mógł je odprawić. Na czym polegała istota stylu Sinatry,
którym tak ujął klasę średnią?
W pochodzącym z lat 50. reportażu z Time’a znajdujemy wizerunek Sinatry
prywatnie. Objętość jego szaf z setkami garniturów, kapeluszy i butów porównana
jest do pola golfowego. Mowa też o tym, że Frank obsesyjnie dba o czystość,
myjąc ręce często i dokładnie. Recenzenci jego koncertów pisali z kolei o „mesmerycznym”
oddziaływaniu, ekstazie, w którą wprawiał nieletnie dziewczęta. Frank zaprzeczał,
iż jego fenomen związany jest z seksem. Kreował wokół siebie romantyczną aurę
magicznego oddziaływania pieśni. „Kiedy śpiewam jestem pełen wiary, jestem uczciwy”
– mówił w 1962 w wywiadzie dla Playboya pytany o sekret swego magnetyzującego
wpływu. Rock&roll uznał za zjawisko brudne i wyuzdane.
Współcześni zgodnie uznawali jednak, że Sinatra ich podnieca. To również kwestia
stylu, że jego muzyka stała się afrodyzjakiem dostępnym bez recepty i bez cenzury.
Nie bez znaczenia była też pewnie legenda największego uwodziciela Ameryki.
Wśród czterech żon Franka znajdujemy gwiazdy kina kolejnych generacji – Avę
Gardner i Mię Farrow. Nieoficjalna, ale mityczna lista erotycznych podbojów
supersamca jest wręcz szokująca. Marlena Dietrich, Sophia Loren, Marylin Monroe,
Elizabeth Taylor oraz dwie żony prezydentów Stanów Zjednoczonych... Kennedy’ego
i Reagan’a.
Męczennicy banalności
Kamieniem węgielnym ikony Sinatry jest tekst Gaya Talese „Frank Sinatra Has
a Cold” opublikowany w Esquire w 1966 roku. Napisany z literackim zacięciem,
montowany niczym film noire reportaż Talese’a uznano za klasyczny okaz
„nowego dziennikarstwa” i dziś uczą się na nim kolejne generacje amerykańskich
studentów. Jest to wielowątkowy obraz giganta w czasach największego kryzysu:
gdy miał na karku 50 lat i został odrzucony przez prezydenta Kennedy’ego. Kolejne
sceny „Frank Sinatra Has a Cold” kojarzyć się mogą z „Wielkim Gatsbym”, „Ojcem
chrzestnym”, ale też „Starym człowiekiem i morzem”.
Za największe artystyczne osiągnięcie Sinatry uznano nagrania z przełomu lat
50. i 60., gdy przestał być młodzieńczym trubadurem i zaczął śpiewać piosenki
„dla dorosłych”. Idzie o ich gorzko-słodką wizję życia. Sinatra wydaje się umierać,
gdy wyznaje, że jest zraniony i samotny, a zaraz potem podrywa wszystkich, głosząc,
że ma świat u swych stóp. Skąd pomysł, że w tym melodramatycznym teatrze kryje
się dojrzała refleksja o życiu? Talese, nie bez zachwytu, stwierdza, że dzięki
intonacji głosu Sinatra wydobywał z prostych tekstów głębsze znaczenie. Mimowolnie
ujawnia najcenniejszą myśl swego eseju. Czynienie banalności czymś znaczącym.
Oto istota stylu Sinatry i fenomen jego powodzenia. Rzeczywiście, bardzo dorosłe
wyzwanie dla aspiracji „białych kołnierzyków” sytej Ameryki końca lat 50. W
tle czai się desperacja. Zapytany przez Playboya o to, czy jest człowiekiem
religijnym, Sinatra odpowiedział: „Jestem za wszystkim, co pomaga przetrwać
noc, może to być modlitwa, środki nasenne, butelka Jacka Danielsa.”
Styl i narodziny nowoczesności
Muzyka rozrywkowa generacji dzisiejszych 20-sto, 30-stolatków przestała odwoływać
się do mitu kontrkultury lat 60., jak było to w latach 90. za sprawą techno
i grunge. Gdy dorastające dzieci pop kultury lat 80. i 90. zaczynają rozglądać
się po niespokojnym świecie, to amerykańskie lata 50. wydają się im miejscem
narodzin współczesności. W tym kierunku wskazują bestsellery najmodniejszych
kulturowych guru: Ameryka Baudrillarda czy No Logo Naomi Klein.
To w latach 50. powstał w Stanach Zjednoczonych pierwszy park rozrywki Disneya,
tam i wtedy objawił się bohater najdłuższej kampanii brandu – kowboj Marlboro,
założono pierwsze centra handlowe, ruszyła sieć McDonald’s i KFC. Amerykańska
prosperita lat 50. to czas narodzin etosu „białych kołnierzyków”, „ducha korporacji”
i futurystycznej technokracji, okres erupcji massmediów i przemysłu popkulturowego.
Łatwo spostrzec, iż to wtedy ustalił się kształt świata dominującej dziś kultury
konsumpcyjnej. Symboliczną „granicę nowoczesności” wyznaczają właśnie lata 50.
Stąd powracają one u progu nowego wieku. Nie tylko jako stylowy gadżet, ale
też jako problem do przemyślenia w burzliwych czasach globalizmu.
Ikona idola pop, której archetypem jest Sinatra była ważnym elementem „nowego
wspaniałego świata” lat 50. Postaci szansonisty nie mogło zabraknąć w Tęczy
grawitacji, słynnej powieści, w której Thomas Pynchon błyskotliwie analizuje
narodziny owego powojennego ładu. Frank pojawia się tam w groteskowej scence
będącej parodią upadłych dionizjów. Jej puenta metaforycznie podsumowuje potęgę
stylu Sinatry: „Gdy szlachcice płaczą w okowach nocy, giermkowie śpiewają. Nie
dotyczy ich straszliwa polityka Graala. Pieśń jest czarodziejską peleryną.”
Dodatek: Sinatra XXI wieku: pornografia i nekrofila
Miss Kittin & The Hacker
„First Album”
Gigolo/ W Polsce: Outside
Francuskie duo urodzonych w latach 70. dzieciaków sławę zawdzięcza niecenzuralnemu
klubowemu hitowi „Frank Sinatra”. Duet związany jest z monachijską wytwórnią
Gigolo, która z powodzeniem wykreowała karkołomną fuzję punkowej zadziorności
i kiczu a la new romantic lat 80. Igrając z rozpasanym hedonizmem artyści Gigolo
dosadnie puentują upadek moralności w dobie hiperkonsumpcji. Oto refren przeboju
„Frank Sinatra” wyśpiewany na tle chłodnej elektroniki niepokojąco beznamiętnym,
dziewczęcym głosem Miss Kittin – „Tak miło być sławnym/ Ssij mi chuja/ Liż mi
dupę/ Każdej nocy ja i moi sławni przyjaciele kochamy się w limuzynach.”
Louie Austen
„Only Tonight”
Cheap/ Kitty-Yo/ w Polsce: Gusstaff
Austen jest zniszczony, ale nieźle się trzyma. Brytyjska prasa napisała, iż
wygląda jak emerytowana gwiazda tyrolskiego porno. Ma 57 lat. Za sobą sięgającą
lat 60. karierę szansonisty z nocnych klubów i hoteli. Najpierw śpiewał w Wiedniu,
potem w Stanach. W 1999 roku nagrał pierwszy album – „Consequences” dla awangardowej
wiedeńskiej wytwórni Cheap. Sentymentalna maniera Sinatry zderzyła się z rozwichrzoną,
mroczną elektroniką. W 2001 roku na nowej płycie „Only Tonight”, Louie szarmancko
odgrzewa estradowe grepsy na tle rozerotyzowanego disco. Stał się gwiazdą ironicznej
i dekadenckiej berlińskiej sceny klubowej, potem podbił brytyjską scenę taneczną,
która traktuje go bardziej serio. W lutym 2002 „Only Tonight” doczekało się
amerykańskiej reedycji.
Robbie Williams
„Swing When You’re Winning”
Chrysalis/ w Polsce: Pomaton EMI
Sławę i miłość nastolatek zyskał występując w boysbandzie Take That. Błyskotliwą
karierę solową rozpoczął z manierą stadionowego chuligana. Miał być nowym wokalistą
Queen. Nie udało się. Za to swingowy album okazał się największym sukcesem 27-letniego
Robbie’go. Olśniewa blichtrem, bogactwem i „perfekcją”. Wyśpiewującemu standardy
Robbie’mu akompaniuje orkiestra symfoniczna i big band. Nie koniec na tym...
„Dzięki cudowi nowoczesnej technologii Robert Peter Willimas śpiewa z Francisem
Albertem Sinatrą.” Szykowna retoryka żywcem z lat 50! A to nota z okładki o
trącącym artystyczną nekrofilią utworze, gdzie Robbie dośpiewuje duet do archiwalnej
taśmy z głosem Sinatry.
Powrót do początku strony