Strona główna  |  Numer bieżący  |  Archiwum  |  Zamówienia  |  Spis treści

Lewą nogą

14/02


Półrocznik polityczno-artystyczny

Redagują:
Przemysław Wielgosz
Stefan Zgliczyński

Współpraca:
Maciej Gachewicz
Zbigniew Marcin Kowalewski
Antoni Malinowski
Ewa Mazierska (Adlington, GB)
Wojciech Orliński
James Petras (Binghamton, USA)
Michel Warschawski (Jerozolima)
Tomasz Rafał Wiśniewski
Jacek Zychowicz

Opracowanie graficzne:
Anikó Kiss

Redaktor techniczny:
Anna Lewandowska

500 stron tekstu
rysunki, grafiki, zdjęcia

Zamówienia:
Lewą Nogą można zamówić
pocztą elektroniczną pod adresem
kip@medianet.pl
w cenie 10 zł plus porto.

Archiwum:
Nr 1-12   Nr 13

Powrót do spisu treści

Rafał Księżyk

Czarodziejska peleryna

Sinatra i narodziny potęgi stylu

W święta Bożego Narodzenia w pierwszym programie telewizji polskiej muzykowała Arka Noego i... pozujący na Sinatrę, idol nastolatek Robbie Williams. W tym samym czasie o Sinatrze mówi się w kręgu bywalców ekstrawaganckich klubów tanecznych. Na ulicach Warszawy pojawiają się plakaty anonsujące musical „Sinatra”. Najwyraźniej Frank Sinatra, sztandarowy idol lat 50. powrócił. Co to może znaczyć?

Jego miejsce w kulturze muzycznej XX wieku jest bezsprzeczne. Był pierwszym nowoczesnym idolem. W czasach, gdy Marshall MacLuhan analizował polityczne sposoby wykorzystania mass mediów, Sinatra już nimi władał. Uznaje się go także za pierwszą gwiazdę pop, która w pełni wykorzystywała możliwości mikrofonu do budowania dramaturgii swych kreacji.

Aktualny renesans Franka Sinatry jest kulminacją mody na amerykańską muzykę lat 50. Prasa muzyczna pisze po prostu o powodzeniu stylowego kiczu. Od końca minionej dekady powracają kuriozalne estetyki charakterystyczne dla tamtej epoki, takie jak muzyka z kreskówek Warner Bros., lounge jazz, exotica i space age pop. Sinatra jest jednak pierwszą na tej fali ikoną piosenkarza-gwiazdy.

Trubadur prezydentów i gangsterów

Urodzony w 1915 r. w New Jersey, syn ubogich emigrantów z Sycylii w latach 30. przeszedł kolejne szczeble estradowej kariery. Był śpiewającym kelnerem, laureatem radiowego konkursu talentów, amantem w tanecznym, swingującym big bandzie. W latach 40. – na długo przed Elvisem i Beatlesami – zrobił zawrotną karierę jako idol budzący ekstazę nastolatek i... protegowany bossów włoskiej mafii. Gdy nie mógł już udawać chłopca, jego kariera załamała się. Powrócił w glorii w 1953 r. jako aktor nagrodzony Oskarem za rolę w „Stąd do wieczności”. Zaraz potem nagrał swe najsłynniejsze płyty rozchwytywane przez dorosłych. Został liderem estradowo-ekranowej grupy „Rat Pack”, która kokietowała przepychem playboyów rozbijających się pomiędzy Hollywood a Las Vegas.

Kulminacją kariery Franka był udział w kampanii wyborczej Johna F. Kennedy’ego w 1960 r., gdzie zaśpiewał „This Is My Home”. Wkrótce później FBI ujawniło, iż jedna z kochanek JFK sypia równocześnie z szefem chicagowskiej mafii. Okazało się, iż obaj zapoznali ją dzięki Sinatrze... Odrzucony przez Kennedych, piosenkarz przeżywał kolejny kryzys, który zbiegł się z triumfem znienawidzonego przezeń rock&rolla. Demonstracyjnie, z demokraty stał się republikaninem, co sprawiło, że w latach 80. – oczyszczony z zarzutów o współpracę z mafią – został gwiazdą show inaugurującego prezydenturę Ronalda Reagana. W 1993 roku Sinatra przeżył triumfalny comeback. Płytą „Duets” Sinatra – który dla generacji hippisów i punków jawił się żałosną karykaturą – podbił generację MTV. Tytułowe duety wykonywali z nim m.in. Julio Iglesias, Barbara Streisand i Bono.

Zmarł na atak serca w 1998 roku. Żegnano go jako ukochanego interpretatora standardów z „American Songbook”. Redaktor Village Voice pisząc o niebezpiecznych stronach jego osobowości, porównał go do Francoise Villona. Tekst z prowincjonalnej Boston Phoenix stwierdza, iż od czasów Dylana każdy piosenkarz był „artystą”, tymczasem Frank to pierwszy i największy człowiek estrady – „entertainer”.

Styl życia na rynku

W miesiąc po premierze, przedstawienia „Sinatry” w warszawskim Teatrze Syrena mają komplet widowni. Średnia wieku na sali: po 50-ce. Ci, co pamiętają Franka? Tymczasem wydany jesienią ubiegłego roku „sinatrowski” album Robbie Williamsa, „Swing When You Happy”, po tym jak podbił pół Europy, tej zimy stał się bestsellerem wśród młodzieżowych odbiorców nad Wisłą. Różnica między obu przedsięwzięciami nie ogranicza się do tego, że za pieniądze włożone w płytę Williamsa można by kupić całą „Syrenę”. Warszawski „Sinatra” to interpretacje piosenek Franka. Dodać trzeba: kiepskie, bo utrzymane w mdłej estetyce standardów „Telewizyjnego Koncertu Życzeń”. Williams nie zdobył się na próbę twórczej interpretacji szlagierów swego idola. On po prostu powiela jego styl. Od musicalowego charakteru koncertów promocyjnych, poprzez zdjęcia, orkiestracje i aranżacje, kreacje wokalne, na edycji płyty skończywszy – wszystko jest tu błyskotliwą, oszałamiająco wystawną stylizacją. „Swing When You Happy” jest współczesną – chciałoby się powiedzieć: wirtualną – apoteozą stylu Sinatry.

Wymowne, że bieżąca moda na lata 50. narodziła się na obrzeżach muzyki klubowej. Z jednej strony zwrot ku tamtej tradycji jest jednym ze szlaków odzyskiwania harmonii w muzyce, za którą wyraźnie tęskni pokolenie wyrosłe na techno i hip hop’ie. Ale też obecne postrzeganie muzyki bliższe jest latom 50., niż erze dominacji rocka przypadającej na lata 60., 70. i 80. Współczesna muzyka klubowa – lansowana jako rozrywka młodej burżuazji – w swej kokieterii bardziej przypomina futurystyczne wydanie easy listening lat 50., niż transowe techno lat 90., z którego wyrasta. Tę muzykę sprzedaje się jako ważny element stylu życia, komponent modnego wizerunku. Twórca muzyki przypomina obecnie projektanta mody. To „entertainer”, człowiek rozrywki a nie artysta – idzie o dobry, funkcjonalny produkt, nie o dzieło. Archetypem idola, który w latach 50. uwiódł świat etosem stylu jest właśnie Frank Sinatra.

Obcy w biaŁym kołnierzyku

Stylowo wymięta elegancja ŕ la Humphrey Bogart. Cygaro i bourbon w ciemnym kącie baru. Smutne, błękitne oczy i zmysłowy baryton. Otoczony kobietami król najmodniejszych kasyn i hoteli. Oto zewnętrzne atrybuty Franka. Co jest szczególne to fakt, iż Sinatra formował swą kreację równolegle z tym, jak kształtowała się powojenna amerykańska klasa średnia. Stał się bohaterem jej wyobraźni, symbolem seksu i męskim wzorcem. Jego ikona i jej mit tak zrosły się ze sobą, iż niełatwo dziś prześledzić kierunki wzajemnych wpływów pomiędzy nimi.

Być może ten związek tłumaczy fakt, dlaczego w Polsce, Sinatra nigdy nie był tak znaczący jak Presley czy The Beatles. Dziś jednak sytuacja najwyraźniej się zmienia. Po 10 latach kształtowania rodzimej klasy średniej, wiemy już, że nie dla niej etos inteligencji, z której w dużej mierze wyrosła. Styl życia wystarcza jako autorytet i potwierdzenie tożsamości.

Współczesnych krytyków intryguje wielokulturowość kreacji Sinatry. Choć jako wokalista wyrastał z kręgu włoskiego belcanta, emocjonalność śpiewu podpatrywał u czarnoskórej Billie Holiday. Bing Crosby’emu, dystyngowanej, białej gwieździe lat 30. – epoki jazzu i radia – zawdzięczał lekcję opanowania mikrofonu. Jak to się stało, że to „obcy” – Włosi, Czarni i Żydzi – ukształtowali kulturę masową Ameryki – zastanawia się Peter Schmidt w tekście analizującym... metamorfozy fryzur Sinatry: od chłopięcego, włoskiego śpiewaka, po rzymskiego patrycjusza. Odpowiedź brzmi: było to kwestią potęgi stylu. Kreacja atrakcyjnego stylu okazała się najbardziej skutecznym wehikułem asymilacji dla „obcych”, którzy szukali swego miejsca w realiach XX-wiecznej Ameryki. O tym jak trudne to było zadanie świadczy choćby przykład ojca Sinatry, ubogiego imigranta z Sycylii, który chcąc robić w Stanach karierę boksera, przybrał irlandzkie nazwisko.

Afrodyzjak dla sennych przedmieść

Podmiejskie rezydencje wystylizowane na haciendy. Szafowe stereo rozsiewa blichtr swingującej orkiestry w przestronnych living-room’ach. Zrolowane nad kostką białe podkolanówki nastolatek. Weekendowa siesta celebrująca partie golfa i koktajle. Kapiący złotem przepych nocnych lokali. Rytuały i gesty, dzięki którym w latach 50. amerykańskie „białe kołnierzyki” tworzyły swój arystokratyczny etos klasy pracującej. Jak być arystokratą w demokratycznej Ameryce?

Skoro dzięki budzącemu aprobatę stylowi obca etniczność okazywała się atrakcyjna dla ogółu Amerykanów, również dzięki niemu arystokratyczność mogła być demokratyczna pozostając zarazem elitarną. Pod warunkiem, że styl uznamy za kwestię wyboru poświadczonego określonymi rytuałami. Nawet jeśli były to kosztowne rytuały, teoretycznie każdy mógł je odprawić. Na czym polegała istota stylu Sinatry, którym tak ujął klasę średnią?

W pochodzącym z lat 50. reportażu z Time’a znajdujemy wizerunek Sinatry prywatnie. Objętość jego szaf z setkami garniturów, kapeluszy i butów porównana jest do pola golfowego. Mowa też o tym, że Frank obsesyjnie dba o czystość, myjąc ręce często i dokładnie. Recenzenci jego koncertów pisali z kolei o „mesmerycznym” oddziaływaniu, ekstazie, w którą wprawiał nieletnie dziewczęta. Frank zaprzeczał, iż jego fenomen związany jest z seksem. Kreował wokół siebie romantyczną aurę magicznego oddziaływania pieśni. „Kiedy śpiewam jestem pełen wiary, jestem uczciwy” – mówił w 1962 w wywiadzie dla Playboya pytany o sekret swego magnetyzującego wpływu. Rock&roll uznał za zjawisko brudne i wyuzdane.

Współcześni zgodnie uznawali jednak, że Sinatra ich podnieca. To również kwestia stylu, że jego muzyka stała się afrodyzjakiem dostępnym bez recepty i bez cenzury. Nie bez znaczenia była też pewnie legenda największego uwodziciela Ameryki. Wśród czterech żon Franka znajdujemy gwiazdy kina kolejnych generacji – Avę Gardner i Mię Farrow. Nieoficjalna, ale mityczna lista erotycznych podbojów supersamca jest wręcz szokująca. Marlena Dietrich, Sophia Loren, Marylin Monroe, Elizabeth Taylor oraz dwie żony prezydentów Stanów Zjednoczonych... Kennedy’ego i Reagan’a.

Męczennicy banalności

Kamieniem węgielnym ikony Sinatry jest tekst Gaya Talese „Frank Sinatra Has a Cold” opublikowany w Esquire w 1966 roku. Napisany z literackim zacięciem, montowany niczym film noire reportaż Talese’a uznano za klasyczny okaz „nowego dziennikarstwa” i dziś uczą się na nim kolejne generacje amerykańskich studentów. Jest to wielowątkowy obraz giganta w czasach największego kryzysu: gdy miał na karku 50 lat i został odrzucony przez prezydenta Kennedy’ego. Kolejne sceny „Frank Sinatra Has a Cold” kojarzyć się mogą z „Wielkim Gatsbym”, „Ojcem chrzestnym”, ale też „Starym człowiekiem i morzem”.

Za największe artystyczne osiągnięcie Sinatry uznano nagrania z przełomu lat 50. i 60., gdy przestał być młodzieńczym trubadurem i zaczął śpiewać piosenki „dla dorosłych”. Idzie o ich gorzko-słodką wizję życia. Sinatra wydaje się umierać, gdy wyznaje, że jest zraniony i samotny, a zaraz potem podrywa wszystkich, głosząc, że ma świat u swych stóp. Skąd pomysł, że w tym melodramatycznym teatrze kryje się dojrzała refleksja o życiu? Talese, nie bez zachwytu, stwierdza, że dzięki intonacji głosu Sinatra wydobywał z prostych tekstów głębsze znaczenie. Mimowolnie ujawnia najcenniejszą myśl swego eseju. Czynienie banalności czymś znaczącym. Oto istota stylu Sinatry i fenomen jego powodzenia. Rzeczywiście, bardzo dorosłe wyzwanie dla aspiracji „białych kołnierzyków” sytej Ameryki końca lat 50. W tle czai się desperacja. Zapytany przez Playboya o to, czy jest człowiekiem religijnym, Sinatra odpowiedział: „Jestem za wszystkim, co pomaga przetrwać noc, może to być modlitwa, środki nasenne, butelka Jacka Danielsa.”

Styl i narodziny nowoczesności

Muzyka rozrywkowa generacji dzisiejszych 20-sto, 30-stolatków przestała odwoływać się do mitu kontrkultury lat 60., jak było to w latach 90. za sprawą techno i grunge. Gdy dorastające dzieci pop kultury lat 80. i 90. zaczynają rozglądać się po niespokojnym świecie, to amerykańskie lata 50. wydają się im miejscem narodzin współczesności. W tym kierunku wskazują bestsellery najmodniejszych kulturowych guru: Ameryka Baudrillarda czy No Logo Naomi Klein.

To w latach 50. powstał w Stanach Zjednoczonych pierwszy park rozrywki Disneya, tam i wtedy objawił się bohater najdłuższej kampanii brandu – kowboj Marlboro, założono pierwsze centra handlowe, ruszyła sieć McDonald’s i KFC. Amerykańska prosperita lat 50. to czas narodzin etosu „białych kołnierzyków”, „ducha korporacji” i futurystycznej technokracji, okres erupcji massmediów i przemysłu popkulturowego. Łatwo spostrzec, iż to wtedy ustalił się kształt świata dominującej dziś kultury konsumpcyjnej. Symboliczną „granicę nowoczesności” wyznaczają właśnie lata 50. Stąd powracają one u progu nowego wieku. Nie tylko jako stylowy gadżet, ale też jako problem do przemyślenia w burzliwych czasach globalizmu.

Ikona idola pop, której archetypem jest Sinatra była ważnym elementem „nowego wspaniałego świata” lat 50. Postaci szansonisty nie mogło zabraknąć w Tęczy grawitacji, słynnej powieści, w której Thomas Pynchon błyskotliwie analizuje narodziny owego powojennego ładu. Frank pojawia się tam w groteskowej scence będącej parodią upadłych dionizjów. Jej puenta metaforycznie podsumowuje potęgę stylu Sinatry: „Gdy szlachcice płaczą w okowach nocy, giermkowie śpiewają. Nie dotyczy ich straszliwa polityka Graala. Pieśń jest czarodziejską peleryną.”

Dodatek: Sinatra XXI wieku: pornografia i nekrofila

Miss Kittin & The Hacker
„First Album”
Gigolo/ W Polsce: Outside

Francuskie duo urodzonych w latach 70. dzieciaków sławę zawdzięcza niecenzuralnemu klubowemu hitowi „Frank Sinatra”. Duet związany jest z monachijską wytwórnią Gigolo, która z powodzeniem wykreowała karkołomną fuzję punkowej zadziorności i kiczu a la new romantic lat 80. Igrając z rozpasanym hedonizmem artyści Gigolo dosadnie puentują upadek moralności w dobie hiperkonsumpcji. Oto refren przeboju „Frank Sinatra” wyśpiewany na tle chłodnej elektroniki niepokojąco beznamiętnym, dziewczęcym głosem Miss Kittin – „Tak miło być sławnym/ Ssij mi chuja/ Liż mi dupę/ Każdej nocy ja i moi sławni przyjaciele kochamy się w limuzynach.”

Louie Austen
„Only Tonight”
Cheap/ Kitty-Yo/ w Polsce: Gusstaff

Austen jest zniszczony, ale nieźle się trzyma. Brytyjska prasa napisała, iż wygląda jak emerytowana gwiazda tyrolskiego porno. Ma 57 lat. Za sobą sięgającą lat 60. karierę szansonisty z nocnych klubów i hoteli. Najpierw śpiewał w Wiedniu, potem w Stanach. W 1999 roku nagrał pierwszy album – „Consequences” dla awangardowej wiedeńskiej wytwórni Cheap. Sentymentalna maniera Sinatry zderzyła się z rozwichrzoną, mroczną elektroniką. W 2001 roku na nowej płycie „Only Tonight”, Louie szarmancko odgrzewa estradowe grepsy na tle rozerotyzowanego disco. Stał się gwiazdą ironicznej i dekadenckiej berlińskiej sceny klubowej, potem podbił brytyjską scenę taneczną, która traktuje go bardziej serio. W lutym 2002 „Only Tonight” doczekało się amerykańskiej reedycji.

Robbie Williams
„Swing When You’re Winning”
Chrysalis/ w Polsce: Pomaton EMI

Sławę i miłość nastolatek zyskał występując w boysbandzie Take That. Błyskotliwą karierę solową rozpoczął z manierą stadionowego chuligana. Miał być nowym wokalistą Queen. Nie udało się. Za to swingowy album okazał się największym sukcesem 27-letniego Robbie’go. Olśniewa blichtrem, bogactwem i „perfekcją”. Wyśpiewującemu standardy Robbie’mu akompaniuje orkiestra symfoniczna i big band. Nie koniec na tym... „Dzięki cudowi nowoczesnej technologii Robert Peter Willimas śpiewa z Francisem Albertem Sinatrą.” Szykowna retoryka żywcem z lat 50! A to nota z okładki o trącącym artystyczną nekrofilią utworze, gdzie Robbie dośpiewuje duet do archiwalnej taśmy z głosem Sinatry.

Powrót do początku strony

© Instytut Wydawniczy „Książka i Prasa” ul. Twarda 60, 00-818 Warszawa
tel./fax: (0-xxxx-22)   625-36-26   kip@medianet.pl   www.iwkip.org