Powrót do spisu treści
Lech Brywczyński
Kamienne schody
Dramat w jednym akcie
OSOBY:
Kandydat
Sekretarka
Prezes
Komunista
Monarchista
Dyrektor
Stara Kacperska
Dziennikarze Radia News, w liczbie trzech
Chór Polaków
SCENA PIERWSZA
Typowy, dyrektorski gabinet. Po prawej stronie stoi biurko, obok kilka
szafek z dokumentami, dalej są drzwi do sekretariatu. Na wprost znajduje
się wielka szafa na ubrania; obok niej, na ścianie wisi duże lustro, umożliwiające
oglądanie całej postaci. Lewą stronę zajmuje ława z dwoma fotelami. W kącie,
na podłodze stoi donica z wysoką palmą.
Na krześle, przy biurku, siedzi Kandydat - nobliwy mężczyzna w średnim wieku,
nie różniący się od setek podobnych mu dygnitarzy. Jest ubrany w dobrze
skrojony garnitur. Przez chwilę przegląda jakieś papiery, po czym odkłada
je z oznakami znudzenia. Wstaje, podchodzi do lustra, uważnie się sobie
przygląda. Przekrzywia głowę, przyjmuje różne pozy.
Chór Polaków:
Nastała demokracja
Koniec naszej mordęgi
Państwo to obywatel
Podniesiony do n-tej potęgi!
Kandydat: (wyciągając dłoń w kierunku lustra) Panie pośle, miło
mi pana spotkać. Może byłby pan zainteresowany ministerialną teką w nowym
rządzie...
Drzwi gwałtownie się otwierają, do gabinetu wpada młoda, efektownie
ubrana dziewczyna.
Sekretarka: (sapiąc z przejęcia) Szefie! Właśnie odebrałam faks
ze związku zawodowego kolejarzy. Szykują się do strajku, spisali swoje postulaty.
Pytają, czy pan ich popiera.
Kandydat: (tonem niedbałym, ale nie znoszącym sprzeciwu) Pani Halinko!
Tyle razy pani mówiłem, żeby pani tu nie wpadała, jak burza! Czy jakiś tam
strajk jest wystarczającym powodem, żeby przeszkadzać mi w pracy?
Sekretarka: Przepraszam, szefie. Ale sprawa wydała mi się ważna, bo kolejarze
chcą ogłosić na całą Polskę, że mają pańskie poparcie. Czekają na telefon.
Co mam im powiedzieć w pana imieniu?
Kandydat: Proszę ich zapewnić, że mają moje pełne i bezwarunkowe poparcie,
że dotrę, gdzie trzeba, pogadam, z kim trzeba, i załatwię... co się da.
Sekretarka: Czy chce pan przeczytać ich postulaty? (pokazuje kartkę
z faksu)
Kandydat: (machając ręką, jakby się opędzał od muchy) Po co? Przecież
i tak wiadomo, że to populistyczna demagogia, lista roszczeń nie do zrealizowania.
Sekretarka: Dobrze. (chwyta za klamkę, robi krok ku wyjściu, ale nagle
zatrzymuje się) Szefie, czy coś się udało załatwić w sprawie mojego
brata?
Kandydat: (uśmiecha się do Sekretarki, ukradkowym spojrzeniem omiatając
jej biust) Oczywiście. Załatwiłem mu pracę, i to dobrze płatną. W firmie,
której właścicielem jest senator Kamiński. Niech się zgłosi do senatora,
ale dopiero za dwa tygodnie. Przecież pani wie, że nikt teraz nie ma głowy
do takich rzeczy, bo za trzy dni są wybory.
Sekretarka: (uśmiechając się przymilnie) Dziękuję, naprawdę bardzo
dziękuję. A co do wyborów, to w pańskim przypadku są one formalnością. Jest
pan posłem i będzie pan posłem także przez następną kadencję. Jest pan nie
kwestionowanym autorytetem...
Kandydat: (przerywa jej z uśmiechem, siląc się na skromność) No,
dosyć już tego kadzenia. Ale myślę, że wszystko pójdzie dobrze, co będzie
z korzyścią nie tylko dla mnie, ale również dla pani. Coś czuję, że zrobi
pani w przyszłości karierę... A teraz proszę wracać do pracy i zatelefonować
do tych kolejarzy.
Sekretarka: (z kokieteryjnym uśmiechem) Tak jest, panie pośle! (wychodzi,
zamykając za sobą drzwi)
Chór Polaków:
Oto polityk jest wielki
Wie on dobrze, jak się nachapać
Żeby głosy pozyskać wyborców
Tam gdzie swędzi ich, lubi drapać.
SCENA DRUGA
Kandydat przechadza się po gabinecie, najwidoczniej nad czymś się zastanawiając.
Co jakiś czas bezgłośnie porusza wargami i gestykuluje, jakby przemawiał
do tłumu. W pewnej chwili rozlega się pukanie do drzwi.
Kandydat: (nasłuchując) Proszę!
Do gabinetu wchodzi elegancko ubrany starszy pan i zamyka za sobą drzwi.
Podchodzi do Kandydata, wylewnie się z nim witając.
Prezes: Przyszedłem już dziś, żeby pogratulować wygranej!
Kandydat: (uśmiechając się szeroko) No, kochany prezesie, chyba
trochę za wcześnie na gratulacje. Wybory są za trzy dni.
Prezes: Co tam wybory! Ich wynik już teraz nie jest dla mnie tajemnicą.
Przynajmniej w twoim przypadku. Jesteś pewnym, murowanym kandydatem!
Siadają w fotelach. Wchodzi Sekretarka z tacą, stawia na ławie dwie
filiżanki z kawą i cukiernicę, po czym wychodzi. Prezes wstaje, dokładnie
zamyka za nią drzwi i ponownie zasiada w fotelu.
Prezes: Muszę ci powiedzieć, że zaimponowałeś mi swoją kampanią wyborczą.
Cóż za rozmach! Cóż za aktywność! Jaka bezpośredniość w kontaktach z elektoratem.
A ta odwaga w poruszaniu trudnych tematów - istny cymes! Nikt tyle nie mówił
o walce z biedą, co ty.
Kandydat: (odchrząkując z zadowoleniem) No, starałem się. Te pochwały
są przesadzone. Cała sztuka polega na tym, żeby mówić to, co wyborcy chcą
usłyszeć. Czasami wymaga to ekwilibrystycznego wyczucia. Nie jest łatwo
przekonać każdą ze stron konfliktu, że trzymasz właśnie z nią...
Prezes: (pociągając łyk kawy) Niektórzy mówią nawet, że nie masz
własnych poglądów. Że najpierw przeczytałeś wyniki badania opinii publicznej,
a potem je spisałeś i tak powstał twój program wyborczy. Ale to oczywiście
głupie żarty...
Kandydat: Dlaczego? Tak właśnie trzeba! Nie boję się takich zarzutów. Przecież
każdy z kandydatów mógł tak postąpić. Że nie wszyscy to zrobili, to już
ich strata.
Prezes: Święta racja! Ale ja nie o tym chciałem. Przyniosłem ci zaproszenie
na dzisiejszy bal charytatywny. (z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciąga
zaproszenie i kładzie je na ławie, obok Kandydata).
Kandydat: (ze zdziwieniem) Na bal? Czy wypada balować tuż przed
wyborami? A poza tym, kampania już się skończyła i panuje ta, no, cisza
przedwyborcza.
Prezes: Cisza, nie cisza, ale przecież nie zakopiesz się przed światem
w mysiej norze. Możesz być tam, gdzie zechcesz i gdzie cię zapraszają. To
jest idealna okazja, żeby zdobyć dodatkowe punkty - pojawiasz się tam niby
jako osoba prywatna, ale wszyscy cię widzą, wszyscy są ci wdzięczni, wszyscy
pamiętają.
Kandydat: (zastanawia się) Może to i niegłupie?
Prezes: Jasiu, musisz tam być! W hotelu Top Level zbierze się cała śmietanka
towarzyska: ludzie, których możesz potrzebować i którzy mogą potrzebować
ciebie. W tej liczbie całe mnóstwo efektownych babek... (mruga porozumiewawczo)
A poza tym, stary, można tam dobrze się najeść i wypić. Mam nawet przy sobie
spis potraw. Pomyśl tylko: golniesz sobie setę i tym sposobem pomożesz najuboższym,
chorym i potrzebującym. Im więcej wychlejesz, tym bardziej pomożesz.
Kandydat: Moja wątroba nie pozwala już na taki zakres działalności charytatywnej,
jaki by mi odpowiadał. Ale zrobię, co będę mógł. (śmieje się) A konkretnie,
w jakiej intencji jest organizowana ta impreza?
Prezes: Coś mi tam mówili, ale nie zapamiętałem. Najważniejsze, że cel
jest zbożny. (klepie Kandydata po ramieniu) Pamiętaj, Janek, że bal się
rozpoczyna punktualnie o osiemnastej!
Kandydat: Na pewno przyjdę. Dobrze, że mi o tym powiedziałeś. Należy mi
się rozrywka po wyczerpującej kampanii.
Obaj wstają, żegnają się kordialnie. Prezes wychodzi.
Chór Polaków:
Pije Kuba do Jakuba
Takie picie to jest chluba
Toast za biednych
Walc za bezdomnych
Charytatywny show
Czas się pokazać
Grzechy wymazać
Time is money. Wow!
Taniec, podryw, dwa drinki
Może... seks, ślady szminki
Jutro chwalebny kac
Byle dużo się działo
Przecież życia tak mało
Tańczmy w huku rac!
Kto świat chce zbawić
Ten musi się bawić
Figlantropia, figlantropia!
SCENA TRZECIA
Kandydat siedzi za biurkiem. Wprawnym ruchem wyrywa z zeszytu kartkę,
a następnie starannie robi z niej samolocik.
W otwartych drzwiach ukazuje się Sekretarka.
Sekretarka: Przyszedł do pana jakiś człowiek.
Kandydat: (z rezygnacją) Niech wejdzie.
Sekretarka znika, a do gabinetu wchodzi postawny, ale skromnie odziany,
starszy pan.
Komunista: Przychodzę do pana, jako do kapitalistycznego krwiopijcy, żeby
zaprotestować przeciwko temu nieludzkiemu ustrojowi!
Kandydat: (z zaskoczeniem) Dlaczego do mnie i dlaczego wygaduje
pan takie bzdury?
Komunista: Bzdury? Wszyscy mieli pretensje do komuny, że za wolno daje
mieszkania, że za mało płaci, a teraz państwo nie daje ani mieszkań, ani
pracy, i nikogo to nie dziwi!
Kandydat:(z rozbawieniem. wstaje od biurka i nonszalancko wita się z
Komunistą) Mój panie, na tym właśnie polega normalność!
Komunista: Idź pan w cholerę z taką normalnością! Bieda nie może być normalnością.
Komuna upadła, bo była niewydolna gospodarczo, a była niewydolna, bo ludziom
nie chciało się robić. Okazuje się, że ludziom chce się pracować tylko wtedy,
gdy zwierzęco boją się o swój byt. Ale czy to jest powód do radości? Czy
to dobrze świadczy o ludzkości? Komuna też mogła mieć pełne półki w sklepach,
gdyby podniosła ceny o kilkaset procent, ale komuna nie chciała dobijać
społeczeństwa!
Obaj stają naprzeciwko siebie, niczym koguty gotowe do walki.
Kandydat: Raczej dlatego, że bała się o swój tyłek. Bała się społecznego
wybuchu. Komuna upadła, bo była nieludzkim systemem, łamiącym prawa człowieka!
Komunista: O jakich prawach może mówić człowiek, który nie ma pracy? Kiedyś
nie jeździłem za granicę, bo nie miałem paszportu, a teraz, bo nie mam pieniędzy!
Nic nie skorzystałem!
Kandydat: Zwalczaliście tradycję narodową, za ruble sprzedawaliście polskie
interesy narodowe Układowi Warszawskiemu i RWPG! Jesteście zbrodniarzami!
Słyszał pan o księdzu Popiełuszce?
Komunista: Słyszał pan o sierżancie Karosie i poruczniku Turbakiewiczu?
Kandydat: Religia!
Komunista: Wolność!
Kandydat: Własność!
Komunista: Równość!
Kandydat: Praworządność!
Komunista: Braterstwo!
Kandydat: Wolna konkurencja! Wasz czas się skończył, i to raz na zawsze!
Komunista: Jest pan naiwny! Pierwszym komunistą był Spartakus! Kiedy pan
widzi piramidę, to pewnie myśli pan sobie: jaki wielki był ten faraon! A
ja myślę o tych robotnikach, którzy zginęli przy budowaniu piramidy! Tym
się różnimy.
Kandydat: Nie będę tego dłużej wysłuchiwał! Proszę opuścić to pomieszczenie,
bo zawołam policję!
Komunista: Odchodzę, ale nie ze strachu przed policją. Chętnie zostałbym
pierwszym męczennikiem przyszłej rewolucji. A ona przyjdzie... (grozi
Kandydatowi palcem przed nosem, odwraca się i wychodzi).
Kandydat: (starannie zamyka drzwi za Komunistą, mówiąc sam do siebie)
To ci dopiero! Chodzący, czerwony beton! Trzeba będzie po nim wywietrzyć!
Chór Polaków:
Spoza gór i rzek
Wyszliście na brzeg...
No i po co było?
Wszystko się skończyło
Kto czerwony, ten kiep!
Śmiało podnieśli sztandar swój w górę
Co im przyniosło kłopotów furę
Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej
Przegrali wreszcie bój swój ostatni
Teraz już mamy czas pracy, spokoju
I błogiej ciszy.
(z oddali słychać śpiew)
Gdy naród do boju...
SCENA CZWARTA
Kandydat siedzi za biurkiem, trzymając w dłoniach zrobiony przez siebie,
papierowy samolocik. Porusza nim w powietrzu, symulując lot.
Drzwi się otwierają, ukazuje się w nich Sekretarka.
Sekretarka: Przyszedł do pana jakiś poważny, starszy pan.
Kandydat: (z rezygnacją) Dobrze, niech wejdzie. Sekretarka znika,
a do gabinetu wchodzi wolnym krokiem siwowłosy jegomość. Staje na środku
pokoju.
Monarchista: Przepraszam, że panu zajmuję czas, ale mam do pana sprawę
o ogromnym, ogólnokrajowym znaczeniu. Jest to nabrzmiały problem polityczny.
Kandydat: (ze zdziwieniem) Nabrzmiały? W jakim sensie? Czy coś pana
boli? (odkłada papierowy samolocik, wstaje od biurka i nieufnie wita się
z Monarchistą)
Monarchista: Skądże! Jestem monarchistą, powiedziałbym nawet, że monarchistą,
konserwatystą i tradycjonalistą w jednej osobie. Demokracja wcale mi się
nie podoba, wiem natomiast, że pan jest jej zagorzałym orędownikiem. Pomyślałem
więc: jeśli przekonam pana, to przekonam każdego. Chcę na panu wypróbować
skuteczność mojej metody walki politycznej.
Kandydat: (oszołomiony) Wypróbować? Na mnie? A do czego chce pan
mnie przekonać, jeśli łaska?
Monarchista: Jak to do czego? Do monarchii! Polska powinna znów stać się
królestwem, tak jak była nim przez większość swoich dziejów! (nie daje
dojść do słowa Kandydatowi, który usiłuje coś powiedzieć) Ja osobiście
chciałbym mieć głowę państwa, którą mógłbym szanować, a czy można poważać
prezydentów, którzy podczas kampanii wyborczej obrzucani są błotem, a równocześnie
wdzięczą się do wyborców, zabiegając o głosy? Czy naprawdę podoba się panu
to taplanie się w politycznym szambie, pełnym oszczerstw, pomówień i obelg?
Kandydat: Pewnie, że nasza młoda demokracja nie jest doskonała. Ale z czasem...
Monarchista: (obruszony) Co też pan poseł wygaduje! Jeśli system
jest zły, to lepiej nie eksperymentować, tylko go zmienić. Na poprawę nie
ma co liczyć. Niech pan sobie przypomni komunę.
Kandydat: Demokracja daje ludziom prawo wybierania i bycia wybieranymi,
daje równe szanse życiowego startu...
Monarchista: Przecież wie pan, że nie jest to prawdą. Różnice majątkowe
są dziś równie wielkie, jak w czasach feudalnych. Ale w średniowieczu właścicielami
zamków były wielkie rody, kultywujące tradycję przodków, a obecnie wśród
bogaczy znajdzie pan głównie specjalistów od przekrętów, mafiozów albo ludzi
z którejś tam nomenklatury. Prawo wyboru? Żeby kandydować, trzeba mieć pieniądze,
a zatem tylko bogaci mogą wejść do parlamentu. Pan sam powinien wiedzieć
najlepiej, ile i gdzie trzeba „posmarować”, żeby pojechać do przodu.
Twarz Kandydata płonie oburzeniem. Obaj stają naprzeciwko siebie, na
środku pokoju, niczym gotowe do walki koguty.
Monarchista: Wie pan przynajmniej, kto był ostatnim królem Polski?
Kandydat: Jak to kto? Poniatowski.
Monarchista: (z triumfującą miną) Zła odpowiedź. Car Mikołaj I był koronowany
na króla Polski w 1829 roku, z całym kościelnym ceremoniałem!
Kandydat: Już Rewolucja Francuska udowodniła, że feudalizm to przeżytek.
Czytał pan Deklarację Praw Człowieka i Obywatela?
Monarchista: Demokracja nie sprawdziła się już w starożytnych Atenach.
Czytał pan komedie Arystofanesa, panie Kiełbaśniku?
Kandydat: To przez wasze, feudalne warcholstwo doszło do rozbiorów!
Monarchista: Wy nie robicie rozbiorów, tylko całą Polskę oddajecie Unii
Europejskiej i NATO! Sprzedajecie Ojczyznę za dolary!
Kandydat: Wolność!
Monarchista: Religia!
Kandydat: Równość!
Monarchista: Wiele partii, żadnej idei!
Kandydat: Braterstwo!
Monarchista: Naprawdę? Razem pod gilotynę!
Kandydat: Prawa człowieka!
Monarchista: Autorytet!
Kandydat: Tolerancja!
Monarchista: Tradycja!
Kandydat: Średniowieczny ciemniak!
Monarchista: Populistyczny demagog!
Na krótką chwilę zapada cisza.
Kandydat: Wie pan, czym się różnimy? Kiedy pan patrzy na egipską piramidę,
to myśli pan: jak wielki był ten faraon! A ja myślę wówczas o tych bezimiennych
robotnikach, którzy stracili życie przy jej budowaniu! (stanowczym gestem
pokazuje Monarchiście drzwi) Proszę natychmiast opuścić mój gabinet! Pana
miejsce jest w zakładzie dla obłąkanych!
Monarchista: (sapiąc z oburzenia) Rzeczywiście, tracę tu tylko czas. Żegnam,
panie Jourdain! Jest pan godny komedii Moliera. Trzysta lat temu chciał
pan sobie kupić szlachectwo, ale dopiero dziś jest ono do nabycia. W feudalizmie
cnota nie była towarem, teraz jest nim wszystko. Pozostaję z szacunkiem,
ale i z pogardą. (kłania się w staromodny sposób i wychodzi, zamykając za
sobą drzwi)
Kandydat: (otwiera drzwi i krzyczy za odchodzącym) Króla mu się zachciało!
Żeby mi pan tu więcej nie przychodził! Mam dość błazeństw! Proszę się zgłosić
do programu Oszołom Szoł! (nieco spokojniejszym tonem) Pani Halinko, proszę
nigdy więcej, powtarzam, nigdy więcej, nie wpuszczać do mnie tego pana,
co przed chwilą wyszedł, ani tego, co był tu przed nim!
Sekretarka: (nie widać jej, ale słychać jej głos z głębi sekretariatu)
Oczywiście, szefie!
Kandydat: (zamyka drzwi, ciężko oddycha, ale po chwili dochodzi do siebie)
Panie Jourdain? On mnie chyba z kimś pomylił...
Chór Polaków:
Gibelini i gwelfowie
Jakobini - żyrondyści
I torysi, i wigowie
Anarchiści i faszyści
Optymaci - popularzy
Armaniacy - burgundczycy
Co tylko się komu marzy
Wszystkich partii nikt nie zliczy
Libertyni i dewoci
I endecja, i sanacja
Unia i konfederaci
Wszyscy twierdzą, że ich racja.
SCENA PIĄTA
Kandydat przechadza się po gabinecie, czytając jakiś dokument. Po pewnym
czasie przerywa czytanie i gniecie kartkę w dłoniach, robiąc z niej papierową
kulkę. Kilkakrotnie podrzuca tę kulkę do sufitu, usiłując złapać, ale za
każdym razem kulka spada na podłogę. Gdy po raz kolejny pochyla się, żeby
podnieść kulkę z podłogi, drzwi się otwierają i do gabinetu wchodzi młody,
energiczny mężczyzna o wyglądzie menedżera. Pod pachą trzyma brązową teczkę.
Kandydat: (rozpromienia się na widok wchodzącego. dyskretnie chowa papierową
kulkę do kieszeni) Witaj, Stasiu, witaj. Cieszę się, że wreszcie znalazłeś
dla mnie czas.
Dyrektor: (zamyka drzwi, po czym wita się z Kandydatem) Panie pośle,
dla pana to ja mam czas zawsze! Ja i moja firma.
Obaj siadają na fotelach. Dyrektor otwiera teczkę i wyciąga z niej
plik dokumentów. Niektóre z nich daje do przejrzenia Kandydatowi.
Kandydat: (z plikiem papierów w dłoniach) Cieszę się podwójnie
z twojej wizyty, bo wreszcie mogę porozmawiać z kimś... no, normalnym.
Dyrektor: (z uśmiechem) Aż tak źle było? Boję się myśleć, kto tu
przede mną zawitał.
Kandydat: (gestykulując) Byłem ofiarą, tak to trzeba nazwać - ofiarą
odwiedzin dwóch oszołomów. Pierwszy mówił do mnie tak, jakbyśmy mieli rok
1950, a drugi, jakbyśmy mieli rok... bo ja wiem - 1450.
Dyrektor: (w osłupieniu) Co takiego?
Kandydat: Tak, tak mój Stasiu. To był monarchista, zwolennik feudalizmu.
Nie do pojęcia, a jednak prawdziwe. Szkoda, że zapomnieli ściąć mu głowę
podczas Rewolucji Francuskiej. (śmieje się głośno) Ale teraz pomówmy
o ważniejszych sprawach. Co z moimi schodami?
Dyrektor: Wszystko jest w najlepszym porządku. Tam (pokazuje na papiery,
które trzyma w rękach Kandydat) ma pan szczegółową ofertę naszej firmy:
typ schodów, cennik, rodzaj wykończenia. Wszystko z dostawą i montażem.
Który model panu najbardziej odpowiada?
Kandydat: (uważnie przegląda papiery) Bo ja wiem... Wszystkie prezentują
się elegancko. Jest w czym wybierać. (do dyrektora) Teraz to w każdej
dziedzinie klient ma wybór, nie to, co za komuny. I pomyśleć, że są tacy,
którzy tęsknią do tamtych czasów! Tyle tylko, że moje pokolenie nie jest
przyzwyczajone do takich luksusów. My nie znamy się na trendach, modach,
kierunkach sztuki. Wiem, że muszę się dokształcić w tej dziedzinie. Człowiek
ma pieniądze, ale nie wie, jak je wydać, żeby nie wyjść na durnia i żeby
wszyscy widzieli, że się ma wykwintny smak.
Dyrektor: (sięga do teczki i wyciąga z niej mały, kolorowy folder reklamowy)
Ależ, panie pośle, jest pan zbyt skromny. Niejeden fachowiec mógłby panu
pozazdrościć dobrego smaku. A poza tym, od czego ma się fachowych doradców?
Od razu po naszej poprzedniej rozmowie, kiedy poznałem pańskie oczekiwania,
znalazłem schody, które staną się ozdobą pańskiego domu. To są te schody.
(wręcza Kandydatowi folder) Jak pan widzi, mają one pozłacane poręcze,
a stopnie wykonane są z najlepszego gatunkowo kamienia: granitu albo marmuru.
Można sobie wybrać odcień. Najlepszy będzie zielonkawy.
Kandydat: (z zachwytem ogląda folder) To jest to! Jak te schody
wyglądają! Nie wiedziałem, że coś takiego istnieje! Do tej pory schody kojarzyły
mi się z drewnem albo z jakimś ponurym betonem, a tu proszę, jakie cudo!
Dyrektor: Każdy z nas jest jeszcze przyzwyczajony do bylejakości, z której
słynęła miniona epoka. Ale teraz, na szczęście, mamy już inne czasy. Teraz
można być estetą, kształtować w sobie zamiłowanie do piękna.
Kandydat: Tyle tylko, że piękno kosztuje. Ta cena (stuka palcem w folder)
jest bardzo wysoka. Ale nie ma takiej ceny, której nie warto zapłacić za
dzieło sztuki. Bo te schody tak właśnie trzeba nazwać. Teraz nie będę się
wstydził zaprosić do mojej willi ministra Kwiatkowskiego czy posła Zielińskiego.
A senator Jędrasiak to pewnie zzielenieje z zazdrości... Mam nadzieję, że
w domu te schody będą wyglądały choć w połowie tak pięknie, jak na tym folderze.
Dyrektor: (z radością) Nie ma obawy, będą się prezentowały jeszcze
okazalej, ręczę za to w imieniu firmy! Kiedy nasza ekipa może przyjechać
do pańskiego domu, żeby zamontować schody?
Kandydat: (podnosi folder do góry) Ja ci tego nie oddam, ja to muszę
pokazać żonie! Rewelacja! (spogląda na zegarek) Dzisiaj mamy dwudziestego,
więc niech przyjdą ze schodami dwudziestego siódmego. Będzie już kilka dni
po wyborach, człowiek zdąży ochłonąć. Wystawcie rachunek na moje konto.
(znów spogląda na zegarek, a potem zrywa się na nogi, jakby coś sobie
przypomniał) Bal! Zanim dotrę do domu, przebiorę się, przygotuję...
Muszę zaraz wyjść! (uśmiecha się do Dyrektora, który w międzyczasie także
powstał) Mój Stasiu, będę ci dozgonnie wdzięczny za te schody, ale niestety,
nie mam w tej chwili czasu na dłuższą rozmowę z tobą. Przepraszam!
Dyrektor: (uśmiecha się, pakując do teczki wszystkie papiery, przyniesione
przez siebie, poza folderem) Nie ma żadnego problemu, panie pośle. Wiadomo,
że jest pan osobą publiczną i ma pan wiele obowiązków. Tak, jak pan sobie
życzy, zjawimy się u pana w domu dwudziestego siódmego. (żegna się z
Kandydatem, kłaniając mu się głęboko. odwraca się, podchodzi do drzwi, otwiera
je, ale nagle się zatrzymuje. ponownie zwraca się ku Kandydatowi) Panie
pośle, te schody zostaną zainstalowane w saloniku, ale do jakiego pomieszczenia
mają one właściwie prowadzić? Gdzie będzie można nimi dojść?
Kandydat: (machając beztrosko ręką) Czy to ważne, kochany Stasiu,
dokąd one prowadzą? Ważne, żeby schody były i robiły odpowiednie wrażenie.
Dyrektor: (kłaniając się z uszanowaniem) Najzupełniej podzielam
pańskie zdanie. (wychodzi, zamykając za sobą drzwi)
Chór Polaków:
Pijmy zdrowie Petrarki
Który umysł miał szparki
Umiał pisać do rymu
Na pochwałę pleść Rzymu
Choć sam głupią masz minę:
Disce, puer, latinae!
SCENA SZÓSTA
Kandydat podchodzi do szafy, wyciąga z niej płaszcz. Ubiera płaszcz,
nie zapinając go jednak. Zamyka szafę, po czym podchodzi do ławy i bierze
w dłonie folder.
Kandydat: (sam do siebie, z zadowolonym wyrazem twarzy) Schody,
kamienne schody, to ci dopiero schody. A te poręcze...
Drzwi do gabinetu otwierają się, staje w nich Sekretarka.
Sekretarka: (ściszając głos) Szefie, przyszła do pana jakaś starsza
kobieta. Mówi, że pan obiecał jej pomoc.
Kandydat: (zaskoczony) Ja coś komuś obiecywałem? No dobrze, niech
wejdzie. Ale tylko na moment. (składa folder we czworo i wkłada go do
kieszeni marynarki)
Do gabinetu nieśmiało wchodzi starsza, ubogo odziana kobieta. Jest przygarbiona,
lekko utyka.
Stara Kacperska: (błagalnym tonem) Nazywam się Kacperska. Kochany
panie pośle, spotkało nas nieszczęście. Co za tragedia! (zaczyna lamentować)
Nieszczęście, straszne nieszczęście! Eksmisja! Czy pan wie, co to słowo
oznacza? Wyrzucili moją rodzinę z domu na ulicę. Była policja, urzędnicy.
Co my mamy teraz zrobić? Niech pan nas poratuje, błagam... (podaje Kandydatowi
jakiś papier)
Kandydat: (czyta podany mu dokument, po czym odkłada go na ławę. jest
zdziwiony i zmieszany) Dlaczego pani przyszła do mnie? Przecież ja jestem
tylko prostym..., wróć, zwykłym posłem. W tej sprawie wszystko zostało wykonane
zgodnie z prawem - nie płaciła pani czynszu, był wyrok sądowy. Niech się
pani zwróci do pomocy społecznej, może jakaś fundacja...
Stara Kacperska: (przerywa mu) Nie, ja już do wszystkich drzwi pukałam.
Tyle wyprosiłam, że w zamian dają nam jakiś zatęchły pokoik w rozpadającym
się baraku. To nie dla mnie i nie dla mojego starego, który jest ciężko
chory. A córka, wnuki? Niech pan coś zrobi!
Kandydat: (odzyskując pewność siebie) Już powiedziałem, ze nie do
mnie należy kierować takie prośby!
Stara Kacperska: Przecież mówił pan w telewizji, że z polską biedą trzeba
skończyć, w gazetach było pana zdjęcie z mieszkańcami naszej dzielnicy.
Mówił pan, że takie domy trzeba odnawiać, remontować.
Kandydat: Za co je remontować, skoro tacy ludzie, jak pani, nie płacą czynszu?
Stara Kacperska: (z nieoczekiwanym patosem) Tacy jak ja zbudowali
ten kraj, pracując za głodowe pensje. Żeby teraz inni mieli co rozkradać!
Kandydat: (z oburzeniem) Chyba nie kieruje pani tych słów do mnie?
Stara Kacperska: (znów pogrążona w rozpaczy) A skądże, ja tylko
przyszłam prosić o pomoc. Oboje z mężem mamy małe renty, córka jest na bezrobociu,
ale bez zasiłku i ma dwoje dzieci. Nie starczyło na życie, a co dopiero
mówić o rachunkach...
Kandydat: (pokazuje Starej Kacperskiej fotel) Niech pani siada.
W kapitalizmie każdy jest kowalem własnego losu. Może i to niesprawiedliwe,
ale lepszego ustroju na razie nie wymyślono. Nie mogę przecież wyciągać
z kieszeni pieniędzy i dawać ich każdemu potrzebującemu, bo po prostu tyle
nie mam.
Stara Kacperska: (siada w fotelu, spoglądając na Kandydata błędnym wzrokiem)
Tylko tyle ma mi pan do powiedzenia? Mnie, starej kobiecie, która ciężko
harowała przez całe życie, a teraz jest wyrzucana na bruk? A tyle pan poseł
gadał o pomocy dla biednych, o walce z nędzą. Ile to było warte? Pleć pleciugo,
byle długo! Po co było robić sobie zdjęcia? Po co było język strzępić? Znikąd
pomocy, znikąd ratunku! (załamuje ręce w rozpaczliwym geście) I co
my teraz zrobimy, gdzie się podziejemy! (opada w głąb fotela i całkowicie
pogrąża się w swoich myślach, nie zwracając już uwagi na Kandydata)
Kandydat: (do Starej Kacperskiej, tonem oficjalnym) Droga pani!
Jestem posłem, zajmuję się rozwiązywaniem problemów w skali globalnej, ogólnokrajowej.
Skoro pani rodzina nie płaciła czynszu, to eksmisja była nie do uniknięcia.
Ja nie odpowiadam za całe zło tego świata. Proszę zrozumieć! (do Sekretarki)
Pani Halinko, niech pani tu zostanie jeszcze ze dwie godziny, mogą przyjść
jakieś nowe wiadomości, faksy czy coś takiego.
Sekretarka: (z uśmiechem) Nie ma sprawy, szefie.
Kandydat: No, to mogę wreszcie iść na ten bal. (do Sekretarki) Halinko,
zrób pani Kacperskiej kawy albo herbaty, czego tam zechce. (wychodzi,
zamykając za sobą drzwi)
SCENA SIÓDMA
Sekretarka: (do Starej Kacperskiej) No, niech pani powie, co pani
wybiera - kawę czy herbatę? (śmieje się) Jest nawet taki program
w telewizji.
Stara Kacperska: (cicho, z rezygnacją) Niczego nie chcę. Nie po
to przyszłam. (lekko odchyla głowę do tyłu, zamyka oczy. po dłuższej
chwili jej głowa bezwładnie opada na bok. siedzi w bezruchu, wygląda na
uśpioną)
Sekretarka: (nie patrzy na Starą Kacperską, zajęta porządkowaniem papierów
na biurku szefa) Skoro pani nie chce, to trudno. Mój szef to taki dobry
człowiek, tyle zrobił dla najbiedniejszych. (spogląda z niepokojem na
Starą Kacperską) Co jest, czy pani zasnęła? Niech pani się obudzi!
(wstaje, powoli i jakby z obawą podchodzi do Starej Kacperskiej, dotyka
dłonią jej policzka, ale po chwili z przestrachem cofa rękę) Nie, to
chyba niemożliwe. Rany boskie! (ujmuje dłonią przegub staruszki, chcąc
wyczuć puls) Ona chyba nie żyje! (na dłuższą chwilę nieruchomieje,
po czym z całych sił tarmosi staruszkę za ramiona, krzycząc rozpaczliwie)
Niech pani wstanie! Nie pora na dowcipy. Niech pani wstanie!
Chór Polaków:
O Kacperskiej, któż słyszał?
Ona dla nas: nic, cisza
Ani igrzysk, ni chleba
Czy coś było jej trzeba?
Czy to wiersz, czy proza
Czy powroza nić?
By tak umrzeć
Czy warto było żyć?
SCENA ÓSMA
Sekretarka: (chodzi po gabinecie, wymachując rozpaczliwie ramionami)
Co teraz robić, co robić? (siada za biurkiem, nerwowo pociera dłonią
czoło) Najlepiej będzie zadzwonić na pogotowie, na pogotowie, na...
(zastyga w bezruchu, wytężając myśli. wstaje, wychodzi z gabinetu do
sekretariatu, ale po chwili wraca, trzymając w dłoni małą, złożoną we czworo
karteczkę. rozwija ją, kładzie na biurku, obok aparatu telefonicznego. siada
przy biurku, lewą dłonią trzyma słuchawkę, a wskazującym palcem prawej dłoni
wystukuje numer. czeka na zgłoszenie się rozmówcy) Halo! Czy to czerwony
telefon Radia News? Mam dla was prawdziwą bombę, ale najpierw musicie odpowiedzieć
na moje pytania. Ile pieniędzy dostanę, jeśli moja informacja okaże się
ciekawa? Taaak? To świetnie! A czy zapewnicie mi dyskrecję? Całkowitą -
chodzi o to, żeby nikt nigdy się nie dowiedział, że to ode mnie uzyskaliście
tę wiadomość. Będę mogła w razie potrzeby mówić, że dzwonił ktoś inny. Skoro
tak, to w porządku. A więc proszę zapisać moje nazwisko: Halina Nowak. I
proszę posłuchać: w biurze posła Ludnickiego, tak, Jana Ludnickiego, znajduje
się trup!!! Skąd to wiem? Przecież tu jestem! Jestem sekretarką posła. To
dlatego zależało mi na dyskrecji. Zmarłą jest pewna starsza pani, która
tu przyszła, ale poseł nie udzielił jej pomocy i poszedł sobie. Na bal!
Niezłe, co? (przygląda się uważnie Starej Kacperskiej) To długa historia,
opowiem ją wam, jak przyjedziecie na miejsce. Co, już wysyłacie ekipę? Ulica
Chmurna czterdzieści cztery. (z naciskiem) Tak, czterdzieści i cztery.
Na pewno znajdziecie. Zresztą, mogę wyjść przed budynek i machać... (rozgląda
się uważnie po gabinecie, jakby czegoś szukała. Jej wzrok zatrzymuje się
na szafie ubraniowej)... machać flagą, państwową flagą! To nie wzbudzi
podejrzeń, bo każdy pomyśli, że to jakiś protest albo pikieta. Dobrze, zaraz
wychodzę! (odkłada słuchawkę)
Chór Polaków:
Nastała demokracja
Koniec naszej mordęgi
Państwo to obywatel
Podniesiony do n-tej potęgi!
FINAŁ
Sekretarka energicznym krokiem podchodzi do szafy, otwiera ją, szpera
wewnątrz, po czym wyciąga stamtąd owinięty wokół drzewca, biało-czerwony
sztandar. Powoli rozwija flagę, jakby sprawdzała, czy nie jest uszkodzona.
Gdy flaga jest już całkowicie rozwinięta, zarzuca ją sobie na ramię i wychodzi
spiesznym krokiem.
Słychać oddalający się tupot jej kroków, a potem zapada cisza. Po chwili
ciszę przerywają zrazu ciche, a potem coraz głośniejsze dźwięki poloneza
„Pożegnanie Ojczyzny”. Pojawia się Chór Polaków, który z powagą i patosem
tańczy w takt tej melodii. Do tańca przyłączają się kolejno wszyscy bohaterowie
dramatu, w tej liczbie Kandydat w stroju balowym, Stara Kacperska, Sekretarka
z flagą na ramieniu oraz trzej dziennikarze Radia News, ze sprzętem radiowym.
KURTYNA
Lech Brywczyński (ur. 1959) - tłumacz, dziennikarz, poeta i dramaturg. Mieszka
w Elblągu.
Powrót do początku strony