Strona główna  |  Numer bieżący  |  Archiwum  |  Zamówienia  |  Spis treści

Lewą nogą

13/01


Półrocznik polityczno-artystyczny

Redagują:
Przemysław Wielgosz
Stefan Zgliczyński

Współpraca:
Zuzanna Dąbrowska, Piotr Ikonowicz,
Zbigniew Marcin Kowalewski, Piotr Kownacki,
Ewa Mazierska, Jarosław Mikołajewski,
Wojciech Orliński, Tomasz Rafał Wiśniewski
i Jacek Zychowicz

Opracowanie graficzne:
Anikó Kiss

Redaktor techniczny:
Anna Lewandowska

546 stron tekstu
rysunki, grafiki, zdjęcia

Zamówienia:
Nr 13 Lewą Nogą można jeszcze zamówić
pocztą elektroniczną pod adresem
kip@medianet.pl
w cenie 10 zł plus porto.

Archiwum:
Nr 1-12   Nr 13

Powrót do spisu treści

Wojciech Orliński

Paranoja jest nasza

Gdybym był prawicowym dziennikarzem, czytającym ten numer Lewą Nogą wyłącznie celem sporządzenia manipulacyjnej „recenzji”, w której dowolnie powyrywane cytaty miałyby służyć udowodnieniu, że jesteśmy wszyscy bardzo głupi - ogromnie bym się ucieszył z niniejszego artykułu. Jego tezę da się bowiem streścić (i wcale nie będzie to streszczenie naciągane czy nierzetelne) tak oto: „autor rozważa w nim znaczenie paranoi dla lewicy współczesnej i vice versa”.

Pojęciem „paranoja” będę się tu posługiwać nie w znaczeniu psychiatrycznym, ale kulturoznawczym: jest to bowiem jedno z najważniejszych nowych pojęć określających kulturę masową ostatniej dekady XX wieku. W tej dekadzie słowo „paranoja” nie jest już nazwą choroby, ale pewnego gatunku fabuły (powieści, filmu, komiksu, gry komputerowej itd.), tak jak słowo „noir” pół wieku temu przestało być tylko francuskim przymiotnikiem oznaczającym czerń. Internetowa baza danych o filmach1 znajduje 53 filmy i seriale telewizyjne z gatunku „paranoja”. Nie jest tego oczywiście tyle, co westernów, ale zważywszy, że prawie wszystko pochodzi z lat 1990.2, można się chyba spodziewać dalszego szybkiego przyrostu.

„Paranoja” w kulturze nie doczekała się jeszcze - o ile mi wiadomo - książkowych monografii, tylko garści mniej lub bardziej wyczerpujących ten temat esejów w prasie. Nie ma więc żadnej kanonicznej definicji tego nowego gatunku. Posłużę się definicją zaproponowaną przez Jonathana Romney'a3: paranoja to gatunek filmowy, w którym oś fabuły stanowi postmodernistyczny pesymizm poznawczy. Protagonista stawiany jest w obliczu pewnej intrygi, dokładnie tak samo, jak czyniono to w blisko stuletniej tradycji kina modernistycznego („kto zabił?”). Nowość polega tylko na tym, że o ile w kinie modernistycznym osią fabuły jest wyjaśnienie całej prawdy o owej intrydze („Herkules Poirot wyjaśnia zebranym w salonie członkom rodziny, że zabójcą jest stryjeczna praciotka denata”) - film paranoiczny czyni osią fabuły niemożność wyjaśnienia owej prawdy („Agent Moulder bada dowody zebrane przez Herculesa Poirot i odkrywa, że Agata Christie była tylko ogniwem spisku mającego ukryć to, że denat był kosmitą a stryjeczna praciotka androidem; niestety, zebrane przez niego materiały giną w tajemniczych okolicznościach, na ich miejscu zostaje zaś tylko niedopałek papierosa Morley”).

Paranoja jest więc gatunkiem kultury masowej (nie tylko filmu), w którym zakwestionowaniu ulega poznawalność rzeczywistości. Romney zwraca uwagę na to, że w klasycznych spiskowych filmach lat 70, takich jak „Syndykat zbrodni” Pakuli, również występują zakrojone na dużą skalę próby kreowania fałszywej rzeczywistości, protagonista zawsze jest je jednak w stanie wyjaśnić. Wyobraźmy sobie zresztą, jak bardzo byśmy byli zawiedzeni w kinie 20 lat temu na „Trzech dniach Kondora”, gdyby Robert Redford nie rozwiązał zagadki masakry w lokalu CIA. Powiedzielibyśmy: „fajny film, ale skopano zakończenie - nic się nie wyjaśnia”. Dziś z kolei z trudem powstrzymujemy ironiczny, postmodernistyczny chichot patrząc na happy end. Jeden facet pokonuje samotrzeć gigantyczny spisek w ramach CIA? Gimme a break, kto w roku 2001 kupiłby takie zakończenie. Dziś uważamy raczej, że (a) spiskowcy odpaliliby milion baksów komuś, kto uciszyłby owego samotnego bohatera raz na zawsze, (b) gdyby nawet rzeczony bohater pokonał wszystkich nasłanych na niego zabójców, przekupnych policjantów podrzucających mu narkotyki, sprzedajnych dziennikarzy przedstawiających go jako maniakalnego tropiciela spisków itd., sam dostałby dwa miliony - i zamilknął dobrowolnie.

Oczywiście, nie twierdzę, że w dzisiejszych czasach nie ma ludzi nieprzekupnych - twierdzę tylko, że widownia kinowa przestała dziś wierzyć w takie rozstrzygnięcia fabularne. W roku 2001 wyjątkowo niewiarygodnie brzmią zwłaszcza ostatnie słowa filmu, w których Redford deklaruje swoją wiarę w wolne i niezawisłe media, stanowiące ostatnią instancję obrony wolnego społeczeństwa przez spiskami takimi, jak ten z von Sydowem. Dziś na takie dictum widownia turlałaby się ze śmiechu po podłodze kina (zwłaszcza, gdyby to był pokaz prasowy); zaakceptowałaby natomiast na przykład taką oto puentę:

BIURO MAXA VON SYDOWA. WNĘTRZE. DZIEŃ.

ROBERT REDFORD: Ja was załatwię, dranie. Jutro o was napisze New York Times.

Max Von Sydow bez słowa podaje mu jutrzejsze wydanie New York Timesa i stuka palcem w małą notkę na 14 stronie - to zawiadomienie o śmierci Redforda.

ROBERT REDFORD: (nie tracąc animuszu) A jednak nawet wasz doskonały spisek ma jakieś luki - tutaj piszą, że zginąłem od kul 9 mm, a ty masz czterdziestkę piątkę.

MAX VON SYDOW: (spokojnie) Dzięki. Zaraz napiszę sprostowanie (pociąga za spust).

Ściemnienie. Napis: KONIEC.

Jeśli ktoś zechce mi zarzucić, że z paranoi popadłem już w schizofrenię (pracuję w mediach i jednocześnie nie wierzę w media) spieszę wyjaśnić, że sprzeczność jest tylko pozorna. Media to instytucja, w której rządzi chaos i bałagan - w czym zresztą właśnie tkwi jej wielkość. Bez większego trudu potrafię sobie wyobrazić mechanizm, przy pomocy którego spiskowcy z „Trzech dni Kondora” zniechęcają redakcję New York Timesa do zajmowania się tą historią. Takie mechanizmy niesłychanie realistycznie pokazuje film „Informator” z Alem Pacino i Russelem Crowe - nieprzypadkowo bardzo entuzjastycznie przyjęty właśnie przez dziennikarzy. W dzisiejszych czasach prasowe wydawnictwa to zazwyczaj spółki notowane na giełdzie, a na ich czele stoją posiadacze pokaźnych pakietów akcji. Nieznaczny, np. dziesięcioprocentowy spadek ich kursu oznacza dla nich nawet milionowe straty i wtedy dochodzi do takich scen jak moja ukochana rozmowa Pacino z „Informatora” z jego szefem:

SZEF: Czy oskarżasz mnie o działanie z pobudek czysto finansowych?

AL PACINO: Nie. Oczywiście, że nie działasz z pobudek czysto finansowych. Pracujesz dla idei. Jesteś wolontariuszem, jak wszyscy w zarządzie korporacji.

Ta sytuacja daje różne możliwości manewru osobom, które chcą wywrzeć taki czy inny wpływ na media (pod warunkiem, rzecz jasna, że te osoby dysponują odpowiednim szmalcem). Nie wpłyną tak na wszystkich - w „Informatorze” wściekły Al Pacino odchodzi z CBS i sprzedaje całą historię do Washington Post. Ale o to właśnie chodzi ewentualnym spiskowcom: jeśli zostaje tylko jeden czy dwa ważne tytuły zajmujące się danym tematem, sprawa przestaje mieć charakter „machinacji ujawnionych przez media”, a staje się li tylko „indywidualną kampanią oskarżeń ze strony określonych mediów” (zamiast „określonych” wpisz: „prawicowych”, „lewicowych”, „liberalnych”, „konserwatywnych”, „ateistycznych”, „klerykalnych”, „marksistowskich”, „nacjonalistycznych” itd.). Czyli czymś, co współczesny konsument mediów puszcza mimo uszu, jeśli sam nie ma „określonych” poglądów.

Pojęcie „konsument mediów” jest błędem frazeologicznym, który zapewne zakreśliłby czerwonym ołówkiem polonista w szkolnym wypracowaniu, dopisując na marginesie jakąś dowcipną (dla polonistów) uwagę typu „chodzi o osobę zjadającą gazety?”. Ja się jednak będę przy nim upierać, moim zdaniem bowiem trafnie oddaje ono sytuację, która doprowadziła do narodzin paranoicznej kultury.

Jednym z najbardziej interesujących fenomenów ostatniego ćwierćwiecza w prasie krajów kapitalistycznych jest tak zwana „tabloidyzacja”4, czyli systematyczne wypieranie tzw. „jakościowych” mediów, traktujących swoją misję chociaż z grubsza serio, przez quasi-media, oferujące pseudo-newsy. Odbywa się to albo poprzez dosłowne wypieranie starych mediów przez nowe (jak to się dokonało w USA, gdzie National Enquirer w latach 70. zdominował rynek reklamy) albo przez tabloidyzację mediów istniejących, czego fantastycznym przykładem jest uwaga, jaką wszystkie tzw. poważne gazety poświęcały rozporkowi Clintona.

Tabloidyzacja to temat na osobny tekst, w naszych rozważaniach interesuje nas tylko wpływ, jaki ma ona na czytelnika. Otóż czytelnik tradycyjnego medium zachowuje się jak mieszczanin z klasycznego opisu Habermasa: mieszczanin ów interesuje się sferą publiczną, czyli sprawami dotyczącymi go jako obywatela i przedsiębiorcę, i właśnie informacji na ich temat szuka w mediach. Tabloidy zajmują się jednak sferą prywatną (życiem seksualnym sławnych osób), o sferzej publicznej pisząc tylko wtedy, gdy może to być ciekawe. Zamiast dostarczać informacji, tabloidy dostarczają rozrywki - bo ich docelowym czytelnikiem jest osoba, która nie ma obywatelskiego poczucia współudziału w sferze publicznej. To osoba, która nie wierzy w swój wpływ na politykę, w sens czytania doniesień z prac rządu czy parlamentu - bo „jak naprawdę jest nikt nie wie”, a „gdyby głosowanie mogło coś zmienić, już dawno by je znieśli”.

Kim są „oni” w tym zdaniu (spopularyzowanym przez Kena Livingstone'a)? Dla jednych będą to kapitaliści, dla innych brukselski spisek lewicowo-liberalnej cywilizacji śmierci, dla jeszcze innych kosmici rządzący z ukrycia ludzkością. Dla osób traktujących to zdanie serio, nie jest to aż takie znowu istotne - ważne, że czują one brak realnego wpływu na sprawy publiczne i brak szans na poznanie prawdy o nich. A tabloidyzacja mediów świadczy o tym, że od lat 70. takich osób systematycznie przybywa, również w demokratycznych krajach kapitalistycznych. Do tych osób odwołuje się paranoiczny nurt kultury masowej.

To są osoby, które media konsumują - niekoniecznie wierząc w to, co w nich wyczytują. Z badań wynika, że większość czytelników tabloidów nie traktuje ich treści serio. Nic w tym dziwnego, zważywszy że ulubionym tematem amerykańskich tabloidów są np. doniesienia o tym, że gdzieś widziano żywego Elvisa; brytyjskie tabloidy w latach 80. żyły zaś głównie dniem codziennym Diany. Z punktu widzenia konsumenta mediów artykuł o odnalezieniu żywego Elvisa jest ciekawszy od artykułu o tym, że jakaś tam partia zaproponowała redukcję czegoś tam o trzy procent. Nie ma on bowiem poczucia wpływu na cokolwiek - domyśla się za to, że czy te trzy procent pójdzie w tę czy we w tę, i tak w efekcie ludzie tacy jak on dostaną w skórę, za to kilku przedstawicieli elit zapewne zmieni jednego drogiego merola na drugiego jeszcze droższego. To właśnie z jego bezradności i zagubienia rodzi się paranoja.

Na początku artykułu obiecywałem, że będzie on o paranoi i o lewicy. Dotąd było tylko o paranoi, czas więc na lewicę. Paranoja sama w sobie jest apolityczna, w Polsce nawet jest to postawa dużo popularniejsza wśród prawicy. „Media fałszują rzeczywistość, ponieważ są sterowane przez potężny spisek, do którego należą też wszyscy czołowi biznesmeni, intelektualiści i politycy” - to wręcz standardowy opis polskiej rzeczywistości po roku 1989 w prawicowej prasie. Popularność tego paranoicznego modelu w dużym stopniu odpowiada chyba za kłopoty z jednoczeniem polskiej prawicy - wszyscy tam wszystkich nawzajem mają za kryptolewicowych spiskowców.

Czołowy film gatunku „paranoicznego”, jakim jest „Matrix” braci Wachowskich, doczekał się również prawicowej interpretacji na łamach Życia Wołka, gdzie anonimowy autor (zapewne z obawy przed krwawą zemstą ukrywający się pod pseudonimem) opublikował fan-fiction na kanwie „Matrixa” o polskiej rzeczywistości, w której niżej podpisany został przedstawiony jako demiurg polskiej kultury, arbitralnie kreujący sławnych ludzi według własnego uznania, niszczący zaś tych, których pragnie zniszczyć (całe moje cholerne życie - jak już ktoś mnie wreszcie docenia, to musi to być akurat anonimowy prawicowiec).

Prawicowa paranoja ma jedną wadę - w moim przekonaniu całkowicie ją dyskwalifikującą. Jeszcze nigdy nie spotkałem przekonującego wyjaśnienia motywów kierujących spiskowcami. Lewicowo-liberalni spiskowcy knują, bo już taka jest ich masońska natura - tylko na taką odpowiedź stać prawicowych teoretyków paranoi (w Polsce i na świecie). Ja tej teorii „nie kupuję” tak samo, jak happy endu „Trzech dni Kondora” - wydaje mi się niewiarygodna psychologicznie i socjologicznie. Zakłada ona swoisty idealizm spiskowców, utrzymujących kosztowny mechanizm kontroli mediów i elit tylko dla forsowania jakiegoś światopoglądu. Nie potrafię „kupić” właśnie tego idealizmu.

Z drugiej strony, jeśli zaczniemy ów spisek wyobrażać sobie z jego ekonomicznym tłem - na przykład założymy, że owi spiskowcy to posiadacze środków produkcji, którzy chcą ukryć fakt swojej dominacji nad społeczeństwem przez kreowanie demokratycznej fasady - zaczynamy wpadać w sidła marksistowskiej krytyki społecznej, nawet jeśli nie użyjemy tego słowa. Brodaty filozof z Trewiru bowiem w taki właśnie sposób opisał kapitalistyczne społeczeństwo na jakieś 140 lat przed braćmi Wachowskimi (wielu polskich prawicowców jak molierowski pan Jourdain po prostu nie wie, że „mówi prozą”).

W sidła marksizmu wpada większość utworów fantastyki paranoicznej, chociaż nie zawsze jestem w stanie udowodnić, że autorzy czynią to świadomie. Klasyk tego gatunku, Philip Dick, mówił o sobie tak: „nie jestem członkiem partii komunistycznej, ale marksistowskie myślenie o społeczeństwie z pewnością jest w moich książkach obecne ”5,6. Dick to dla mnie niebezpieczny przykład, stał się on bowiem pionierem gatunku niejako wbrew woli - po prostu był autentycznie chory psychicznie. Interesujące jest jednak to, że Dick sympatyzował z kręgami lewicowymi w latach 60, kiedy jeszcze jego choroba była pod kontrolą i kiedy pisał swoje najwybitniejsze książki. Dopiero na początku lat 70, kiedy zdrowie psychiczne pisarza gwałtownie się załamało, kompletnie już szalony Dick popadł z paranoi antykapitalistycznej w paranoję antykomunistyczną; przekonany o tym, że miłośnicy jego twórczości są zakonspirowanymi agentami KGB, zaczął pisać liczne donosy do FBI, wśród nich słynny donos na Stanisława Lema (Dick z charakterystyczną dla paranoików zdolnością przekonywania wykazał w nim całkiem przekonująco, że nikt taki jak Lem nie może istnieć - pisarz ten po prostu ma zbyt rozległą wiedzę i zna za dużo języków obcych, co dowodzi, że LEM to typowy komunistyczny skrótowiec oznaczający sztab autorów, mających opanować umysły amerykańskich czytelników science-fiction).

Jako paranoik antykapitalistyczny Dick napisał szereg znakomitych powieści, przepojonych głęboką nieufnością wobec świata polityków i wielkich korporacji. To jeden z nielicznych amerykańskich autorów sf przekonanych o tym, że przyszłość należy do gospodarki wolnorynkowej (w latach 60. większość autorów wyobrażała sobie gospodarkę przyszłości na kształt czegoś w rodzaju socjalizmu z ludzką - czy przynajmniej robocią - twarzą; patrz np. „Star Trek”). To przekonanie czyniło go głębokim pesymistą - świat rządzony przez wielkie korporacje okazuje się być antyutopią nie mniej ponurą od orwellowskiego 1984.

Bohaterowie Ubika Philipa Dicka są pracownikami korporacji Runcitera, który traktuje ich tak, jakby był panem ich życia i śmierci. Dosłownie zresztą, jak się bowiem okazuje - bohaterowie już nie żyją, Runciter zaś dla sobie tylko wiadomych celów utrzymuje ich w stanie pseudo-życia w specjalnej aparaturze. Wszystko, co bohaterowie przeżywali w trakcie powieści, okazuje się być tylko mirażem generowanym przez Runcitera.

Ta wydana w 1969 roku powieść wzbudziła zachwyt marksistowskich krytyków (co z kolei niebawem wpędziło Dicka w antykomunistyczną panikę), trudno bowiem o lepszą i zabawniejszą ilustrację w prozie marksistowskich pojęć takich jak „nadbudowa”, „myśl krytyczna” czy „społeczeństwo spektaklu” (rzeczeni marksiści byli francuskiej proweniencji). Parodia kapitalizmu w Ubiku sięga zresztą tak daleko, że w świecie powieści płacić trzeba absolutnie za wszystko - nawet drzwi (zautomatyzowane) dopraszają się opłaty za ich otwarcie, w związku z tym główny bohater parokrotnie zostaje uwięziony w różnych niewinnych pomieszczeniach - bo nie ma pieniędzy na zapłatę za drzwi.

Dick stworzył też przejmującą wizję świata rządzonego przez kapitalizm w powieści Czy androidy śnią o elektrycznych owcach, zekranizowanej jako „Blade Runner” w 1981 roku przez Ridleya Scotta. „Blade Runner” powszechnie uważany jest za kamień milowy w rozwoju paranoi w kinie. W tym filmie bezwzględna korporacja Tyrella produkuje „replikantów” - zmodyfikowane kopie ludzi, z ludzkimi odczuciami i ludzką świadomością, które są jednak pozbawione wszelkich praw. Nie są to roboty7 (dlatego bojkotuję polski tytuł „Łowca androidów”, pod którym ten film występuje u nas). Główny bohater, grany przez Harrisona Forda, jest bezwzględnym mordercą replikantów - ale sam, jak się okazuje, też jest jednym z nich, replikantem z fałszywą ludzką świadomością dorobioną mu przez korporację Tyrella.

Paranoja Dicka i „Blade Runnera” jest kluczem do zrozumienia paranoi „Matrixa” braci Wachowskich. „Matrix” jest z kolei filmem, w którym bohater dowiaduje się, że cała rzeczywistość XX-wiecznego kapitalizmu jest snem wytwarzanym przez maszyny, wykorzystujące ludzi jako źródło energii. W jednozdaniowym streszczeniu brzmi to oczywiście idiotycznie (ale tak samo jest przecież z „Hamletem”!). Metafora „Matrixa” okazała się jednak być na tyle nośna, że nawet wspomniany wyżej tajemniczy prawicowiec nie mógł się powstrzymać przed napisaniem swojego fan-fiction.

Odczytywany prawicowo „Matrix” sprowadza się jednak tylko do banalnego „filmu o spisku” - a to nawet już nie jest trywializacja filmu, to po prostu kompletny brak zrozumienia. O wiele ciekawsze jest odczytanie lewicowe, do którego bracia Wachowscy wyraźnie zachęcają pośrednimi aluzjami, takimi jak zbliżenie książki Baudrillarda On nihilism, w której główny bohater przechowuje nielegalne dyskietki.

„Matrix” mówi bowiem ludziom, że kapitalizm schyłku XX wieku jest oszustwem - czujemy się wolnymi obywatelami, ale w rzeczywistości jesteśmy niewolnikami systemu, podsuwającego nam przed oczy zręcznie skomponowane miraże. Jedno, czego system nie potrafi przed nami ukryć, to nasze zmęczenie - które odczuwamy po pracy. Zmęczenie, które bierze się nie wiadomo skąd - jakbyśmy zasuwali jak niewolnicy na budowe piramidy egipskiej, a nie w demokratycznym społeczeństwie w kapitalistycznej korporacji. A może - sugerują Wachowscy - naprawdę harujemy dla tych korporacji jak niewolnicy, tylko że miraż, baudrillardowski „simulacron”, ukrywa przed nami rzeczywistość? „Matrix” to wręcz ekranizacja Społeczeństwa spektaklu Deborda - spektakl, jak wiadomo, ma za naczelne zadanie ukrywanie przed ludźmi ich nędzy. Kupujemy sobie klimatyzowane terenówki, jedziemy na wakacje na Karaiby, pijemy wino Chateau de Quelque-Chose i wydaje nam się, że jesteśmy nie wiadomo jak bardzo super duper życiowo ustawieni - podczas gdy choćby rachunek karty Visa, którą płacimy za to wszystko, jest niewidzialnymi kajdanami i zarazem batem, który popędza nas do galerniczej harówki skuteczniej, niż zrobiłby to tradycyjny, analogowy poganiacz niewolników.

Pięknie jest to spuentowane w scenie, w której jeden z bohaterów dokonuje aktu zdrady i dobrowolnie zgadza się pracować dla Matrixa - nie może bowiem znieść paskudnego żarcia, którym żywią się ludzie, którzy uciekli z systemu. Ów bohater, niejaki Cypher, wraca do świata iluzji i zjada w niej iluzoryczny - ale niewątpliwie przepyszny - krwisty i delikatny stek, popijając go czerwonym winem i mówi „niewiedza jest błogosławieństwem”. Nawiasem mówiąc, w tej scenie polski dystrybutor dokonał ingerencji cenzorskiej o charakterze wybitnie politycznym. Z dialogu między Cypherem a agentem Matrixa wypadło jedno słowo, proszę zgadnąć jakie:

CYPHER: Chciałbym być kimś ważnym i sławnym... na przykład aktorem.

AGENT SMITH: Oczywiście, panie Reagan. To się da załatwić.

Cypher dokonuje więc aktu zdrady, który przydarza się wielu wkraczającym w dorosłość ludziom. Pewnego dnia jakaś wielka korporacja proponuje im pracę za jakieś przyzwoite pieniądze i oni - no cóż - przyjmują tę ofertę, sprzedając swoją wolność w gruncie rzeczy tylko za możliwość jedzenia takich właśnie steków. Mam tę scenę z „Matrixa” zawsze przed oczami, ilekroć jem obiad w mojej ulubionej restauracji.

Flirt marksizmu i science-fiction jest właściwie stary niemalże jak sama science-fiction - dość wspomnieć nazwisko Herberta George'a Wellsa (a jeśli komuś nie dość, to niech sobie przypomni fantastyczno-naukowe utwory Jacka Londona, jak Żelazna stopa). To nie zaczęło się więc od „Blade Runnera” i „Matrixa”. Jednak marksistowska obecność w sf przeszła podobną ewolucję, jak sam marksizm.

Marksizm końca XX wieku to filozofia pesymistyczna. Wielu autorów dzisiaj określających się jako marksiści nie wierzy w upadek kapitalizmu i zwycięstwo ludzi pracy. Ta niewiara wcale nie odbiera użyteczności marksistowskiemu aparatowi narzędzi analizy społeczeństwa - kategorie takie, jak alienacja, wyzysk czy ideologia nie tracą przecież stosowalności tylko dlatego, że używająca ich osoba nie wierzy w triumf socjalizmu (w każdym razie, nie za jej życia). Kwestię tego, czy taka osoba może być uważana za marksistę czy może raczej „postmarksistę” pozostawiłbym zwolennikom scholastycznego roztrząsania ilu trockistów zmieści się na końcu szpilki. Zresztą, jak wiadomo, sam Marks na pseudoargument „wszyscy marksiści mówią tak i tak” zwykł odpowiadać „nie jestem marksistą, jestem Marksem”.

Inspirowana marksizmem fantastyka z początku stulecia najpierw opisywała z radością przyszły triumf ustroju radzieckiego, by przejść do opisywania tego samego, ale już z głęboką obawą. Interesujące jednak jest to, że ta obawa wcale nie czyniła jej niemarksistowską - wszak George Orwell również pisał 1984 z pozycji marksistowskich. Otóż obecnie obawa sięga jeszcze dalej - dziś obawiamy się raczej tego, że kapitalizm jednak zatriumfuje. I to dopiero prowadzi do horrorów, przy których Orwell brzmi optymistycznie, jak choćby wspomniana proza Dicka.

Nie wszystkie te horrory przyjmują postać paranoi. Film sf „Gattaca” na serio i na chłodno rozważa, jaką przyszłość przyniesie rozszyfrowanie ludzkiego genomu w ustroju kapitalistycznym. Dzieci bogatych rodziców będą się rodzić z genomem „podrasowanym” przez lekarzy, a dzieci biedaków będą się rodzić „po bożemu”. W efekcie dziedzice wielkich fortun będą przychodzić na świat nie tylko z większą kasą, ale i większymi zdolnościami - urodą, słuchem muzycznym, muskularnym ciałem, inteligencją. Alzheimer, Parkinson, nowotwory, genetycznie uwarunkowana skłonność do alkoholizmu pozostaną chorobami ubogich. W tej wizji najbardziej przerażające jest właśnie to, że nie jest paranoiczna - to po prostu chłodne, zimne i logiczne wyciągnięcie wniosków z tego, jaki kapitalizm jest teraz.

Najciekawsze związki wynikają jednak moim zdaniem ze spotkania pesymistycznego, postmodernistycznego marksizmu - który już nie obiecuje bezklasowego raju na ziemi, tylko po prostu używa narzędzi do opisu społeczeństwa - z fantastyką paranoiczną. Marksizm bez fantastyki pozostaje tylko suchym dziełem filozoficznym. Fantastyka bez marksizmu pozostaje błądzeniem po omacku. Na początku mojego tekstu zaproponowałem jego streszczenie z pozycji nieżyczliwych autorowi. Teraz streszczę go tak, jak sam bym to zrobił: otóż chodzi mi o następujący apel: Marksiści - do kin (na Matrixa)! Fantaści - do książek! (zwłaszcza Deborda). A najlepiej spotkajcie się razem i pogadajcie.

Powrót do początku strony

© Instytut Wydawniczy „Książka i Prasa” ul. Twarda 60, 00-818 Warszawa
tel./fax: (0-xxxx-22)   625-36-26   kip@medianet.pl   www.iwkip.org