Powrót do spisu treści
Wojciech Orliński
Paranoja jest nasza
Gdybym był prawicowym dziennikarzem, czytającym ten numer Lewą Nogą wyłącznie
celem sporządzenia manipulacyjnej „recenzji”, w której dowolnie powyrywane cytaty
miałyby służyć udowodnieniu, że jesteśmy wszyscy bardzo głupi - ogromnie bym
się ucieszył z niniejszego artykułu. Jego tezę da się bowiem streścić (i wcale
nie będzie to streszczenie naciągane czy nierzetelne) tak oto: „autor rozważa
w nim znaczenie paranoi dla lewicy współczesnej i vice versa”.
Pojęciem „paranoja” będę się tu posługiwać nie w znaczeniu psychiatrycznym,
ale kulturoznawczym: jest to bowiem jedno z najważniejszych nowych pojęć określających
kulturę masową ostatniej dekady XX wieku. W tej dekadzie słowo „paranoja” nie
jest już nazwą choroby, ale pewnego gatunku fabuły (powieści, filmu, komiksu,
gry komputerowej itd.), tak jak słowo „noir” pół wieku temu przestało być tylko
francuskim przymiotnikiem oznaczającym czerń. Internetowa baza danych o filmach1
znajduje 53 filmy i seriale telewizyjne z gatunku „paranoja”. Nie jest tego
oczywiście tyle, co westernów, ale zważywszy, że prawie wszystko pochodzi z
lat 1990.2, można się chyba spodziewać dalszego szybkiego przyrostu.
„Paranoja” w kulturze nie doczekała się jeszcze - o ile mi wiadomo - książkowych
monografii, tylko garści mniej lub bardziej wyczerpujących ten temat esejów
w prasie. Nie ma więc żadnej kanonicznej definicji tego nowego gatunku. Posłużę
się definicją zaproponowaną przez Jonathana Romney'a3: paranoja to gatunek filmowy,
w którym oś fabuły stanowi postmodernistyczny pesymizm poznawczy. Protagonista
stawiany jest w obliczu pewnej intrygi, dokładnie tak samo, jak czyniono to
w blisko stuletniej tradycji kina modernistycznego („kto zabił?”). Nowość polega
tylko na tym, że o ile w kinie modernistycznym osią fabuły jest wyjaśnienie
całej prawdy o owej intrydze („Herkules Poirot wyjaśnia zebranym w salonie członkom
rodziny, że zabójcą jest stryjeczna praciotka denata”) - film paranoiczny czyni
osią fabuły niemożność wyjaśnienia owej prawdy („Agent Moulder bada dowody zebrane
przez Herculesa Poirot i odkrywa, że Agata Christie była tylko ogniwem spisku
mającego ukryć to, że denat był kosmitą a stryjeczna praciotka androidem; niestety,
zebrane przez niego materiały giną w tajemniczych okolicznościach, na ich miejscu
zostaje zaś tylko niedopałek papierosa Morley”).
Paranoja jest więc gatunkiem kultury masowej (nie tylko filmu), w którym zakwestionowaniu
ulega poznawalność rzeczywistości. Romney zwraca uwagę na to, że w klasycznych
spiskowych filmach lat 70, takich jak „Syndykat zbrodni” Pakuli, również występują
zakrojone na dużą skalę próby kreowania fałszywej rzeczywistości, protagonista
zawsze jest je jednak w stanie wyjaśnić. Wyobraźmy sobie zresztą, jak bardzo
byśmy byli zawiedzeni w kinie 20 lat temu na „Trzech dniach Kondora”, gdyby
Robert Redford nie rozwiązał zagadki masakry w lokalu CIA. Powiedzielibyśmy:
„fajny film, ale skopano zakończenie - nic się nie wyjaśnia”. Dziś z kolei z
trudem powstrzymujemy ironiczny, postmodernistyczny chichot patrząc na happy
end. Jeden facet pokonuje samotrzeć gigantyczny spisek w ramach CIA? Gimme a
break, kto w roku 2001 kupiłby takie zakończenie. Dziś uważamy raczej, że (a)
spiskowcy odpaliliby milion baksów komuś, kto uciszyłby owego samotnego bohatera
raz na zawsze, (b) gdyby nawet rzeczony bohater pokonał wszystkich nasłanych
na niego zabójców, przekupnych policjantów podrzucających mu narkotyki, sprzedajnych
dziennikarzy przedstawiających go jako maniakalnego tropiciela spisków itd.,
sam dostałby dwa miliony - i zamilknął dobrowolnie.
Oczywiście, nie twierdzę, że w dzisiejszych czasach nie ma ludzi nieprzekupnych
- twierdzę tylko, że widownia kinowa przestała dziś wierzyć w takie rozstrzygnięcia
fabularne. W roku 2001 wyjątkowo niewiarygodnie brzmią zwłaszcza ostatnie słowa
filmu, w których Redford deklaruje swoją wiarę w wolne i niezawisłe media, stanowiące
ostatnią instancję obrony wolnego społeczeństwa przez spiskami takimi, jak ten
z von Sydowem. Dziś na takie dictum widownia turlałaby się ze śmiechu po podłodze
kina (zwłaszcza, gdyby to był pokaz prasowy); zaakceptowałaby natomiast na przykład
taką oto puentę:
BIURO MAXA VON SYDOWA. WNĘTRZE. DZIEŃ.
ROBERT REDFORD: Ja was załatwię, dranie. Jutro o was napisze New York Times.
Max Von Sydow bez słowa podaje mu jutrzejsze wydanie New York Timesa i stuka
palcem w małą notkę na 14 stronie - to zawiadomienie o śmierci Redforda.
ROBERT REDFORD: (nie tracąc animuszu) A jednak nawet wasz doskonały spisek
ma jakieś luki - tutaj piszą, że zginąłem od kul 9 mm, a ty masz czterdziestkę
piątkę.
MAX VON SYDOW: (spokojnie) Dzięki. Zaraz napiszę sprostowanie (pociąga za spust).
Ściemnienie. Napis: KONIEC.
Jeśli ktoś zechce mi zarzucić, że z paranoi popadłem już w schizofrenię (pracuję
w mediach i jednocześnie nie wierzę w media) spieszę wyjaśnić, że sprzeczność
jest tylko pozorna. Media to instytucja, w której rządzi chaos i bałagan - w
czym zresztą właśnie tkwi jej wielkość. Bez większego trudu potrafię sobie wyobrazić
mechanizm, przy pomocy którego spiskowcy z „Trzech dni Kondora” zniechęcają
redakcję New York Timesa do zajmowania się tą historią. Takie mechanizmy niesłychanie
realistycznie pokazuje film „Informator” z Alem Pacino i Russelem Crowe - nieprzypadkowo
bardzo entuzjastycznie przyjęty właśnie przez dziennikarzy. W dzisiejszych czasach
prasowe wydawnictwa to zazwyczaj spółki notowane na giełdzie, a na ich czele
stoją posiadacze pokaźnych pakietów akcji. Nieznaczny, np. dziesięcioprocentowy
spadek ich kursu oznacza dla nich nawet milionowe straty i wtedy dochodzi do
takich scen jak moja ukochana rozmowa Pacino z „Informatora” z jego szefem:
SZEF: Czy oskarżasz mnie o działanie z pobudek czysto finansowych?
AL PACINO: Nie. Oczywiście, że nie działasz z pobudek czysto finansowych. Pracujesz
dla idei. Jesteś wolontariuszem, jak wszyscy w zarządzie korporacji.
Ta sytuacja daje różne możliwości manewru osobom, które chcą wywrzeć taki czy
inny wpływ na media (pod warunkiem, rzecz jasna, że te osoby dysponują odpowiednim
szmalcem). Nie wpłyną tak na wszystkich - w „Informatorze” wściekły Al Pacino
odchodzi z CBS i sprzedaje całą historię do Washington Post. Ale o to właśnie
chodzi ewentualnym spiskowcom: jeśli zostaje tylko jeden czy dwa ważne tytuły
zajmujące się danym tematem, sprawa przestaje mieć charakter „machinacji ujawnionych
przez media”, a staje się li tylko „indywidualną kampanią oskarżeń ze strony
określonych mediów” (zamiast „określonych” wpisz: „prawicowych”, „lewicowych”,
„liberalnych”, „konserwatywnych”, „ateistycznych”, „klerykalnych”, „marksistowskich”,
„nacjonalistycznych” itd.). Czyli czymś, co współczesny konsument mediów puszcza
mimo uszu, jeśli sam nie ma „określonych” poglądów.
Pojęcie „konsument mediów” jest błędem frazeologicznym, który zapewne zakreśliłby
czerwonym ołówkiem polonista w szkolnym wypracowaniu, dopisując na marginesie
jakąś dowcipną (dla polonistów) uwagę typu „chodzi o osobę zjadającą gazety?”.
Ja się jednak będę przy nim upierać, moim zdaniem bowiem trafnie oddaje ono
sytuację, która doprowadziła do narodzin paranoicznej kultury.
Jednym z najbardziej interesujących fenomenów ostatniego ćwierćwiecza w prasie
krajów kapitalistycznych jest tak zwana „tabloidyzacja”4, czyli systematyczne
wypieranie tzw. „jakościowych” mediów, traktujących swoją misję chociaż z grubsza
serio, przez quasi-media, oferujące pseudo-newsy. Odbywa się to albo poprzez
dosłowne wypieranie starych mediów przez nowe (jak to się dokonało w USA, gdzie
National Enquirer w latach 70. zdominował rynek reklamy) albo przez tabloidyzację
mediów istniejących, czego fantastycznym przykładem jest uwaga, jaką wszystkie
tzw. poważne gazety poświęcały rozporkowi Clintona.
Tabloidyzacja to temat na osobny tekst, w naszych rozważaniach interesuje nas
tylko wpływ, jaki ma ona na czytelnika. Otóż czytelnik tradycyjnego medium zachowuje
się jak mieszczanin z klasycznego opisu Habermasa: mieszczanin ów interesuje
się sferą publiczną, czyli sprawami dotyczącymi go jako obywatela i przedsiębiorcę,
i właśnie informacji na ich temat szuka w mediach. Tabloidy zajmują się jednak
sferą prywatną (życiem seksualnym sławnych osób), o sferzej publicznej pisząc
tylko wtedy, gdy może to być ciekawe. Zamiast dostarczać informacji, tabloidy
dostarczają rozrywki - bo ich docelowym czytelnikiem jest osoba, która nie ma
obywatelskiego poczucia współudziału w sferze publicznej. To osoba, która nie
wierzy w swój wpływ na politykę, w sens czytania doniesień z prac rządu czy
parlamentu - bo „jak naprawdę jest nikt nie wie”, a „gdyby głosowanie mogło
coś zmienić, już dawno by je znieśli”.
Kim są „oni” w tym zdaniu (spopularyzowanym przez Kena Livingstone'a)? Dla
jednych będą to kapitaliści, dla innych brukselski spisek lewicowo-liberalnej
cywilizacji śmierci, dla jeszcze innych kosmici rządzący z ukrycia ludzkością.
Dla osób traktujących to zdanie serio, nie jest to aż takie znowu istotne -
ważne, że czują one brak realnego wpływu na sprawy publiczne i brak szans na
poznanie prawdy o nich. A tabloidyzacja mediów świadczy o tym, że od lat 70.
takich osób systematycznie przybywa, również w demokratycznych krajach kapitalistycznych.
Do tych osób odwołuje się paranoiczny nurt kultury masowej.
To są osoby, które media konsumują - niekoniecznie wierząc w to, co w nich
wyczytują. Z badań wynika, że większość czytelników tabloidów nie traktuje ich
treści serio. Nic w tym dziwnego, zważywszy że ulubionym tematem amerykańskich
tabloidów są np. doniesienia o tym, że gdzieś widziano żywego Elvisa; brytyjskie
tabloidy w latach 80. żyły zaś głównie dniem codziennym Diany. Z punktu widzenia
konsumenta mediów artykuł o odnalezieniu żywego Elvisa jest ciekawszy od artykułu
o tym, że jakaś tam partia zaproponowała redukcję czegoś tam o trzy procent.
Nie ma on bowiem poczucia wpływu na cokolwiek - domyśla się za to, że czy te
trzy procent pójdzie w tę czy we w tę, i tak w efekcie ludzie tacy jak on dostaną
w skórę, za to kilku przedstawicieli elit zapewne zmieni jednego drogiego merola
na drugiego jeszcze droższego. To właśnie z jego bezradności i zagubienia rodzi
się paranoja.
Na początku artykułu obiecywałem, że będzie on o paranoi i o lewicy. Dotąd
było tylko o paranoi, czas więc na lewicę. Paranoja sama w sobie jest apolityczna,
w Polsce nawet jest to postawa dużo popularniejsza wśród prawicy. „Media fałszują
rzeczywistość, ponieważ są sterowane przez potężny spisek, do którego należą
też wszyscy czołowi biznesmeni, intelektualiści i politycy” - to wręcz standardowy
opis polskiej rzeczywistości po roku 1989 w prawicowej prasie. Popularność tego
paranoicznego modelu w dużym stopniu odpowiada chyba za kłopoty z jednoczeniem
polskiej prawicy - wszyscy tam wszystkich nawzajem mają za kryptolewicowych
spiskowców.
Czołowy film gatunku „paranoicznego”, jakim jest „Matrix” braci Wachowskich,
doczekał się również prawicowej interpretacji na łamach Życia Wołka, gdzie anonimowy
autor (zapewne z obawy przed krwawą zemstą ukrywający się pod pseudonimem) opublikował
fan-fiction na kanwie „Matrixa” o polskiej rzeczywistości, w której niżej podpisany
został przedstawiony jako demiurg polskiej kultury, arbitralnie kreujący sławnych
ludzi według własnego uznania, niszczący zaś tych, których pragnie zniszczyć
(całe moje cholerne życie - jak już ktoś mnie wreszcie docenia, to musi to być
akurat anonimowy prawicowiec).
Prawicowa paranoja ma jedną wadę - w moim przekonaniu całkowicie ją dyskwalifikującą.
Jeszcze nigdy nie spotkałem przekonującego wyjaśnienia motywów kierujących spiskowcami.
Lewicowo-liberalni spiskowcy knują, bo już taka jest ich masońska natura - tylko
na taką odpowiedź stać prawicowych teoretyków paranoi (w Polsce i na świecie).
Ja tej teorii „nie kupuję” tak samo, jak happy endu „Trzech dni Kondora” - wydaje
mi się niewiarygodna psychologicznie i socjologicznie. Zakłada ona swoisty idealizm
spiskowców, utrzymujących kosztowny mechanizm kontroli mediów i elit tylko dla
forsowania jakiegoś światopoglądu. Nie potrafię „kupić” właśnie tego idealizmu.
Z drugiej strony, jeśli zaczniemy ów spisek wyobrażać sobie z jego ekonomicznym
tłem - na przykład założymy, że owi spiskowcy to posiadacze środków produkcji,
którzy chcą ukryć fakt swojej dominacji nad społeczeństwem przez kreowanie demokratycznej
fasady - zaczynamy wpadać w sidła marksistowskiej krytyki społecznej, nawet
jeśli nie użyjemy tego słowa. Brodaty filozof z Trewiru bowiem w taki właśnie
sposób opisał kapitalistyczne społeczeństwo na jakieś 140 lat przed braćmi Wachowskimi
(wielu polskich prawicowców jak molierowski pan Jourdain po prostu nie wie,
że „mówi prozą”).
W sidła marksizmu wpada większość utworów fantastyki paranoicznej, chociaż
nie zawsze jestem w stanie udowodnić, że autorzy czynią to świadomie. Klasyk
tego gatunku, Philip Dick, mówił o sobie tak: „nie jestem członkiem partii komunistycznej,
ale marksistowskie myślenie o społeczeństwie z pewnością jest w moich książkach
obecne ”5,6. Dick to dla mnie niebezpieczny przykład, stał się on bowiem pionierem
gatunku niejako wbrew woli - po prostu był autentycznie chory psychicznie. Interesujące
jest jednak to, że Dick sympatyzował z kręgami lewicowymi w latach 60, kiedy
jeszcze jego choroba była pod kontrolą i kiedy pisał swoje najwybitniejsze książki.
Dopiero na początku lat 70, kiedy zdrowie psychiczne pisarza gwałtownie się
załamało, kompletnie już szalony Dick popadł z paranoi antykapitalistycznej
w paranoję antykomunistyczną; przekonany o tym, że miłośnicy jego twórczości
są zakonspirowanymi agentami KGB, zaczął pisać liczne donosy do FBI, wśród nich
słynny donos na Stanisława Lema (Dick z charakterystyczną dla paranoików zdolnością
przekonywania wykazał w nim całkiem przekonująco, że nikt taki jak Lem nie może
istnieć - pisarz ten po prostu ma zbyt rozległą wiedzę i zna za dużo języków
obcych, co dowodzi, że LEM to typowy komunistyczny skrótowiec oznaczający sztab
autorów, mających opanować umysły amerykańskich czytelników science-fiction).
Jako paranoik antykapitalistyczny Dick napisał szereg znakomitych powieści,
przepojonych głęboką nieufnością wobec świata polityków i wielkich korporacji.
To jeden z nielicznych amerykańskich autorów sf przekonanych o tym, że przyszłość
należy do gospodarki wolnorynkowej (w latach 60. większość autorów wyobrażała
sobie gospodarkę przyszłości na kształt czegoś w rodzaju socjalizmu z ludzką
- czy przynajmniej robocią - twarzą; patrz np. „Star Trek”). To przekonanie
czyniło go głębokim pesymistą - świat rządzony przez wielkie korporacje okazuje
się być antyutopią nie mniej ponurą od orwellowskiego 1984.
Bohaterowie Ubika Philipa Dicka są pracownikami korporacji Runcitera, który
traktuje ich tak, jakby był panem ich życia i śmierci. Dosłownie zresztą, jak
się bowiem okazuje - bohaterowie już nie żyją, Runciter zaś dla sobie tylko
wiadomych celów utrzymuje ich w stanie pseudo-życia w specjalnej aparaturze.
Wszystko, co bohaterowie przeżywali w trakcie powieści, okazuje się być tylko
mirażem generowanym przez Runcitera.
Ta wydana w 1969 roku powieść wzbudziła zachwyt marksistowskich krytyków (co
z kolei niebawem wpędziło Dicka w antykomunistyczną panikę), trudno bowiem o
lepszą i zabawniejszą ilustrację w prozie marksistowskich pojęć takich jak „nadbudowa”,
„myśl krytyczna” czy „społeczeństwo spektaklu” (rzeczeni marksiści byli francuskiej
proweniencji). Parodia kapitalizmu w Ubiku sięga zresztą tak daleko, że w świecie
powieści płacić trzeba absolutnie za wszystko - nawet drzwi (zautomatyzowane)
dopraszają się opłaty za ich otwarcie, w związku z tym główny bohater parokrotnie
zostaje uwięziony w różnych niewinnych pomieszczeniach - bo nie ma pieniędzy
na zapłatę za drzwi.
Dick stworzył też przejmującą wizję świata rządzonego przez kapitalizm w powieści
Czy androidy śnią o elektrycznych owcach, zekranizowanej jako „Blade Runner”
w 1981 roku przez Ridleya Scotta. „Blade Runner” powszechnie uważany jest za
kamień milowy w rozwoju paranoi w kinie. W tym filmie bezwzględna korporacja
Tyrella produkuje „replikantów” - zmodyfikowane kopie ludzi, z ludzkimi odczuciami
i ludzką świadomością, które są jednak pozbawione wszelkich praw. Nie są to
roboty7 (dlatego bojkotuję polski tytuł „Łowca androidów”, pod którym ten film
występuje u nas). Główny bohater, grany przez Harrisona Forda, jest bezwzględnym
mordercą replikantów - ale sam, jak się okazuje, też jest jednym z nich, replikantem
z fałszywą ludzką świadomością dorobioną mu przez korporację Tyrella.
Paranoja Dicka i „Blade Runnera” jest kluczem do zrozumienia paranoi „Matrixa”
braci Wachowskich. „Matrix” jest z kolei filmem, w którym bohater dowiaduje
się, że cała rzeczywistość XX-wiecznego kapitalizmu jest snem wytwarzanym przez
maszyny, wykorzystujące ludzi jako źródło energii. W jednozdaniowym streszczeniu
brzmi to oczywiście idiotycznie (ale tak samo jest przecież z „Hamletem”!).
Metafora „Matrixa” okazała się jednak być na tyle nośna, że nawet wspomniany
wyżej tajemniczy prawicowiec nie mógł się powstrzymać przed napisaniem swojego
fan-fiction.
Odczytywany prawicowo „Matrix” sprowadza się jednak tylko do banalnego „filmu
o spisku” - a to nawet już nie jest trywializacja filmu, to po prostu kompletny
brak zrozumienia. O wiele ciekawsze jest odczytanie lewicowe, do którego bracia
Wachowscy wyraźnie zachęcają pośrednimi aluzjami, takimi jak zbliżenie książki
Baudrillarda On nihilism, w której główny bohater przechowuje nielegalne dyskietki.
„Matrix” mówi bowiem ludziom, że kapitalizm schyłku XX wieku jest oszustwem
- czujemy się wolnymi obywatelami, ale w rzeczywistości jesteśmy niewolnikami
systemu, podsuwającego nam przed oczy zręcznie skomponowane miraże. Jedno, czego
system nie potrafi przed nami ukryć, to nasze zmęczenie - które odczuwamy po
pracy. Zmęczenie, które bierze się nie wiadomo skąd - jakbyśmy zasuwali jak
niewolnicy na budowe piramidy egipskiej, a nie w demokratycznym społeczeństwie
w kapitalistycznej korporacji. A może - sugerują Wachowscy - naprawdę harujemy
dla tych korporacji jak niewolnicy, tylko że miraż, baudrillardowski „simulacron”,
ukrywa przed nami rzeczywistość? „Matrix” to wręcz ekranizacja Społeczeństwa
spektaklu Deborda - spektakl, jak wiadomo, ma za naczelne zadanie ukrywanie
przed ludźmi ich nędzy. Kupujemy sobie klimatyzowane terenówki, jedziemy na
wakacje na Karaiby, pijemy wino Chateau de Quelque-Chose i wydaje nam się, że
jesteśmy nie wiadomo jak bardzo super duper życiowo ustawieni - podczas gdy
choćby rachunek karty Visa, którą płacimy za to wszystko, jest niewidzialnymi
kajdanami i zarazem batem, który popędza nas do galerniczej harówki skuteczniej,
niż zrobiłby to tradycyjny, analogowy poganiacz niewolników.
Pięknie jest to spuentowane w scenie, w której jeden z bohaterów dokonuje aktu
zdrady i dobrowolnie zgadza się pracować dla Matrixa - nie może bowiem znieść
paskudnego żarcia, którym żywią się ludzie, którzy uciekli z systemu. Ów bohater,
niejaki Cypher, wraca do świata iluzji i zjada w niej iluzoryczny - ale niewątpliwie
przepyszny - krwisty i delikatny stek, popijając go czerwonym winem i mówi „niewiedza
jest błogosławieństwem”. Nawiasem mówiąc, w tej scenie polski dystrybutor dokonał
ingerencji cenzorskiej o charakterze wybitnie politycznym. Z dialogu między
Cypherem a agentem Matrixa wypadło jedno słowo, proszę zgadnąć jakie:
CYPHER: Chciałbym być kimś ważnym i sławnym... na przykład aktorem.
AGENT SMITH: Oczywiście, panie Reagan. To się da załatwić.
Cypher dokonuje więc aktu zdrady, który przydarza się wielu wkraczającym w
dorosłość ludziom. Pewnego dnia jakaś wielka korporacja proponuje im pracę za
jakieś przyzwoite pieniądze i oni - no cóż - przyjmują tę ofertę, sprzedając
swoją wolność w gruncie rzeczy tylko za możliwość jedzenia takich właśnie steków.
Mam tę scenę z „Matrixa” zawsze przed oczami, ilekroć jem obiad w mojej ulubionej
restauracji.
Flirt marksizmu i science-fiction jest właściwie stary niemalże jak sama science-fiction
- dość wspomnieć nazwisko Herberta George'a Wellsa (a jeśli komuś nie dość,
to niech sobie przypomni fantastyczno-naukowe utwory Jacka Londona, jak Żelazna
stopa). To nie zaczęło się więc od „Blade Runnera” i „Matrixa”. Jednak marksistowska
obecność w sf przeszła podobną ewolucję, jak sam marksizm.
Marksizm końca XX wieku to filozofia pesymistyczna. Wielu autorów dzisiaj określających
się jako marksiści nie wierzy w upadek kapitalizmu i zwycięstwo ludzi pracy.
Ta niewiara wcale nie odbiera użyteczności marksistowskiemu aparatowi narzędzi
analizy społeczeństwa - kategorie takie, jak alienacja, wyzysk czy ideologia
nie tracą przecież stosowalności tylko dlatego, że używająca ich osoba nie wierzy
w triumf socjalizmu (w każdym razie, nie za jej życia). Kwestię tego, czy taka
osoba może być uważana za marksistę czy może raczej „postmarksistę” pozostawiłbym
zwolennikom scholastycznego roztrząsania ilu trockistów zmieści się na końcu
szpilki. Zresztą, jak wiadomo, sam Marks na pseudoargument „wszyscy marksiści
mówią tak i tak” zwykł odpowiadać „nie jestem marksistą, jestem Marksem”.
Inspirowana marksizmem fantastyka z początku stulecia najpierw opisywała z
radością przyszły triumf ustroju radzieckiego, by przejść do opisywania tego
samego, ale już z głęboką obawą. Interesujące jednak jest to, że ta obawa wcale
nie czyniła jej niemarksistowską - wszak George Orwell również pisał 1984 z
pozycji marksistowskich. Otóż obecnie obawa sięga jeszcze dalej - dziś obawiamy
się raczej tego, że kapitalizm jednak zatriumfuje. I to dopiero prowadzi do
horrorów, przy których Orwell brzmi optymistycznie, jak choćby wspomniana proza
Dicka.
Nie wszystkie te horrory przyjmują postać paranoi. Film sf „Gattaca” na serio
i na chłodno rozważa, jaką przyszłość przyniesie rozszyfrowanie ludzkiego genomu
w ustroju kapitalistycznym. Dzieci bogatych rodziców będą się rodzić z genomem
„podrasowanym” przez lekarzy, a dzieci biedaków będą się rodzić „po bożemu”.
W efekcie dziedzice wielkich fortun będą przychodzić na świat nie tylko z większą
kasą, ale i większymi zdolnościami - urodą, słuchem muzycznym, muskularnym ciałem,
inteligencją. Alzheimer, Parkinson, nowotwory, genetycznie uwarunkowana skłonność
do alkoholizmu pozostaną chorobami ubogich. W tej wizji najbardziej przerażające
jest właśnie to, że nie jest paranoiczna - to po prostu chłodne, zimne i logiczne
wyciągnięcie wniosków z tego, jaki kapitalizm jest teraz.
Najciekawsze związki wynikają jednak moim zdaniem ze spotkania pesymistycznego,
postmodernistycznego marksizmu - który już nie obiecuje bezklasowego raju na
ziemi, tylko po prostu używa narzędzi do opisu społeczeństwa - z fantastyką
paranoiczną. Marksizm bez fantastyki pozostaje tylko suchym dziełem filozoficznym.
Fantastyka bez marksizmu pozostaje błądzeniem po omacku. Na początku mojego
tekstu zaproponowałem jego streszczenie z pozycji nieżyczliwych autorowi. Teraz
streszczę go tak, jak sam bym to zrobił: otóż chodzi mi o następujący apel:
Marksiści - do kin (na Matrixa)! Fantaści - do książek! (zwłaszcza Deborda).
A najlepiej spotkajcie się razem i pogadajcie.
Powrót do początku strony